Strona główna KMF



PRZYCHODZI BABA DO LEKARZA, A LEKARZ TEŻ BABA!


Standardowa recenzja filmu "Job" w prasie polskiej zaczyna się zazwyczaj od lakonicznego wspomnienia o Konradzie Niewolskim. Jeśli się notką o reżyserze jednak nie zaczyna, to z pewnością autor tekstu znajdzie miejsce na krótką biografię i napisze kilka słów o twórcy, którego łechce określenie "pieprznięty". Bo Niewolskiego podnieca atencja ze strony dziennikarzy, którzy zdają się być zapatrzeni w rosnące ego czołowego pajaca polskiej sceny kinematograficznej. Trudno nie ulec urokowi człowieka, który potrafi lewitować i który napisał naukowe dzieło na temat zasad rządzących naszym światem. Co więcej - jest w stanie manipulować czasem, dokonać samospalenia i połączyć przy pomocy dźwięku dwa jądra atomowe. Idiota? Geniusz? A może jedno i drugie skąpane w doskonałym PR? Przyznam, że nie bardzo interesują mnie rozmyślania łysego aroganta, bo o ocenę filmu tu chodzi, nie wpatrywanie się w udaną autopromocję. Z drugiej jednak strony trudno nie mówić o Niewolskim, a jeszcze trudniej go ignorować, bo to obecnie jedyna młoda i wyrazista postać w polskim kinie, która potrafi bezczelnie wkręcić (jeśli rzeczywiście to robi) i zirytować - co się bardzo chwali, bo nadętego gwiazdorstwa nigdy za wiele. Poza tym zrobił świetne dwa filmy: "Symetrię" i "Palimpsest", które wyróżniały się przede wszystkim znakomitą stroną techniczną rekompensującą niedociągnięcia fabularne.


Przykro mi, "Job" się jednak nie udał. Słaba komedia, która powstała tylko dlatego, że nasz wyjątkowy, oryginalny, najlepszy i najgenialniejszy reżyser miał taki kaprys - ot pierwszego pomazańca bożego olśniło i odważnie postanowił zawalczyć z gnuśnym polskim humorem filmowym. Był Bareja, był Piwowski, był Machulski - czas na błyskotliwego Niewolskiego, który dowcipem porazi, a śmiechem zabije, wszak to On, Mozart obrazu.




Kpić z deficytowego fenomenu można długo, tym bardziej, że "Job" zaczyna się nietuzinkowo. Reżyser rzuca w stronę publiczności granat dymny, którego zadaniem jest ochrona przed malkontenctwem podobnym do mojego. Otóż na ekranie pojawia się podstarzały krytyk, oczywiście w swetrze, oczywiście w okularach, wyjaśniający w wysublimowany sposób kretyństwo filmu, którego napisy początkowe za chwilkę się zaczną. Chwyt dość przebiegły, czyż nie? Kuty na cztery nogi sposób na wszędobylskie krytykanctwo i intelektualną czepliwość w stosunku do filmu, którego zadaniem jest rozweselenie widowni. Krytyk zły, bo nie rozumie, albo za bardzo rozumuje, tak usilnie, choć nie ma o czym i nie ma z kim. Zgrabny zabieg, a ukryte szyderstwo bardzo celne, bo faktycznie tak jest, że prasowi filmoznawcy nos zadzierają za wysoko, pocąc się nad semantyczną analizą dzieł klasycznych mniej lub bardziej, a następnie podobną miarkę przykładają oceniając wartość filmów pokracznych, głupich, czasem wulgarnych, bądź politycznie niepoprawnych, acz w tym wszystkim - przyjemnych. Niektórzy w cynizmie recenzentów dopatrują się pewnych spisków - skoro ktoś gani, to pewnie jest zakompleksionym niedoszłym artystą, któremu talentu brak, choć Bozia nie poskąpiła jadu. Złośliwy grymas na twarzy Niewolskiego jest więc zasadny, bo domagający się obiektywizmu. A ten, jak wszem i wobec wiadomo, w ocenie dzieł filmowych nie jest możliwy, choć niejaką głupotą jest nazywanie dzieł uznanych za wybitne - słabymi. To byłby już debilny subiektywizm. "Job" na szczęście nie rości sobie prawa do bycia wybitnym, więc podpisany poniżej chętnie jeszcze poszczeka, a potem zamknie się w budzie ze swoją zakompleksioną kością.




O "Jobie" za parę tygodni będzie pamiętała garstka widzów, niestety. Tak to jest, gdy ktoś hardo przymierza się do konfrontacji z widzami i ich pamięcią o komediach, które bezapelacyjnie nazwać można kultowymi. Moim zamiarem było zrealizowanie komedii, jakiej nie oglądaliście od lat. - przekonuje reżyser - Więcej - chciałem zrealizować komedię, jakiej nie było nigdy. Oglądając po raz enty z kolei "Rejs", "Misia" czy "Wniebowziętych", zaśmiewamy się wciąż do rozpuku, a chwilę później zastanawiamy się, dlaczego od tak dawna już nie powstało w polskim kinie nic, co zbliżyłoby się do owych ikon humoru choćby na odległość siarczystego śmiechu.

Po rezolutnej wypowiedzi reżysera czają się w głowie dwie natrętne myśli. Pierwsza z nich dość impertynencka - Niewolski chce nawiązać do wspaniałej tradycji pełnej bareizmów, lecz jaśniepańskie zamierzenia mają się nijak do rzeczywistości zastanej po podniesieniu kurtyny. Druga, to ta słusznie konstatująca stan rodzimej kinematografii, w szczegółach tej zajmującej się rozśmieszaniem widzów - rzeczywiście, po 1989 roku naprawdę dobrych komedii pojawiło się niewiele, najwyżej pięć, choć tytułów, mimo marszczenia skroni, nie potrafię odnaleźć w pamięci. W recenzji "Statystów", Adi poczynił słuszną uwagę, jakoby współczesne komediowe kino polskie obarczone było ciężarem własnej historii. Nie może być przecież inaczej, gdy ambicja odważnych twórców sięga tam, gdzie sięgnął Bareja bądź Machulski. Przy czym należy zaznaczyć, że wspomniana ambicja jest wielka, lecz sama ochota i wizja nie wystarczą, bo do stworzenia dobrej komedii potrzeba przenikliwości i bystrości, a te nie są wyczuwalne, gdy przychodzi czas obcowania ze współczesnymi arcydziełami groteski.




"Job, czyli ostatnia szara komórka" z pewnością nie zmieni lichego stanu rzeczy. Mądry Maklakiewicz na rejsie po Wiśle właśnie o komedii Niewolskiego mówił. Podobno najbardziej na planie napracowała się osoba robiąca klapsy. Czyżby reszta spała? Nic się tutaj bowiem nie dzieje. Są trzej bohaterowie - każdy z nich bezrobotny. Lubią spotykać się przy trzepaku. Czasami spotkają ludzi. Czasami zwierzęta. Takie "nicsięniedzianie" może być intrygujące i absorbujące uwagę, jeśli dialogi nie są banalne, a sam dowcip cięty, ostry i intelektualnie prowokujący. Zdaje się, że Niewolski chciał być trochę jak Kevin Smith bawiący się częściej w pythonowski absurd i polityczną farsę - ale nie wyszło. Całość składa się ze scenek najczęściej luźno ze sobą powiązanych i najprościej mówiąc - nieśmiesznych, bo pełnych żartów, gagów i historyjek od lat ogranych. Reżyser podobno z premedytacją umieścił znane od lat dowcipy, głównie po to, żeby podkreślić komiksową konwencję opowieści: Postanowiliśmy w ten sposób umieścić naszą historię w rozkroku między światem realnym i indywidualnym, a utworzonym przez masową świadomość i światopogląd. No cóż, światły pomysł, choć na celuloid przekopiowany dość miernie, bo w sposób zwyczajnie nużący. Ile można się śmiać z babć ujaranych zielskiem, albo ze szczekającego pieska wrednej sąsiadki? Teoria Niewolskiego o spajaniu świata realnego z wyobrażeniem o nim dowodzi spektakularnego geniuszu swego twórcy. Autor błyskotliwej wypowiedzi definiuje jedynie znaczenie słowa "konwencja", tłumacząc się ze swych reżyserskich zamiarów i tym samym dość bezsensownie uzasadnia powstanie zwyczajnie nieśmiesznego filmu z dowcipami dawno przebrzmiałymi. Nie on pierwszy dorabia durne teorie. Różnica polega na tym, że Niewolski ma w dupie to, co sądzą o nim inni. I dobrze.


To ja mu pokażę język. Tylko na tyle stać ponurego krytyka z lirycznym bełkotem na ustach. Krótko mówiąc - nie warto płacić za bilet.


Ocena: 3/10


JOB

CZYLI OSTATNIA SZARA KOMÓRKA


Rok produkcji: 2006
Kraj: Polska
Czas trwania: 90 minut

Reżyseria: Konrad Niewolski
Scenariusz: Konrad Niewolski
Zdjęcia: Mikołaj Łebkowski


Obsada:
Borys Szyc   .....Chemik
Andrzej Andrzejewski   .....Pele
Tomasz Borkowski   .....Adi
Agnieszka Włodarczyk   .....Karolina


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Rafał Oświeciński - DESJUDI
Klub Miłośników Filmu
08.11.2006