PONIŻSZY TEKST JEST POLEMIKĄ Z RECENZJĄ KAROLA BARZOWSKIEGO


Nie pamiętam, żeby wcześniej na łamach film.org.pl kiedykolwiek wcześniej ukazał się tekst polemiczny, więc chyba można rzec, że otwieram w pewien sposób nowy rozdział w historii strony, który kontynuowany, z czasem być może przerodzi się w szersze zjawisko, czego Wam, Czytelnicy, i sobie również życzę.

Szanowny gość na naszych łamach, Karol Barzowski, 19 października opublikował recenzję Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi; recenzję krytyczną, dodajmy. Karol, obwieszczając swoją miłość do angielskiego humoru, odwołuje się do filmu Diabeł ubiera się u Prady (przynajmniej takie sprawia wrażenie), co w kontekście omawianego obrazu ma jeszcze jakiś sens, bo nie na darmo krytyka nazwała go brytyjską na niego odpowiedzią, niemniej jako przykład mający służyć potwierdzeniu miłości do angielskiego humoru wydaje się, delikatnie mówiąc, nietrafiony. Jako żywo, Diabła bynajmniej do tego ekskluzywnego wyspiarskiego grona zaliczyć nie można, i to w każdym z aspektów, który weźmiemy pod uwagę (produkcja, reżyser, scenarzyści, autor powieści, aktorzy), nie wspominając nawet o postaci Anny Wintour, która stała się inspiracją dla powieści i filmu, a która, pewnie przez przypadek, jest redaktorem naczelnym amerykańskiego Vogue'a; AMERYKAŃSKIEGO, powtarzam.
Mój Szanowny Kolega rozpoczynając krytyczną tyradę na temat How to Lose Friends and Alienate People sięga od razu po broń wielkiego kalibru - absurdy scenariuszowe. Przyjrzyjmy się im zatem bliżej. Pierwszym z nich jest jakoby fakt, że redaktor naczelny wielkiego plotkarskiego magazynu Sharps (w tej roli Jeff Bridges) proponuje pracę dziennikarskiemu awanturnikowi zza oceanu (Simon Pegg), a ten ją od razu przyjmuje. Szczerze powiedziawszy, trudno mi dociec, co w wyżej wymienionym fakcie jest tak absurdalne. Harding, telefonujac do Sidneya, ma przed sobą najnowszy numer wydawanego przez niego półamatorsko pisma z jego (Hardinga) nagim zdjęciem na okładce, a szuflada jego biurka jest wypchana wcześniejszymi numerami. Dlaczego, Karolu? Clatyon spoglądając na świat ze szczytu łańcucha pokarmowego widzi w Youngu samego siebie sprzed kilkudziesięciu lat - niepokornego, krnąbrnego pismaka, któremu bardziej niż na opinii o sobie, zależy na tym, żeby pokazać kawałek prawdy o światku celebrities; przybliżyć go normalnym ludziom. Nie w formie uładzonych i wyszlifowanych do granic rozpoznawalności zdjątek i artykulików do czytania w metrze, ale takim, jakim ten świat naprawdę jest - pełnym chorej ambicji, ciągłego wyścigu do sławy, alkoholu i cynizmu. Czy to nie wystarczający powód dla Claytona, żeby zaprosić do pracy w swoim magazynie kogoś takiego jak Young? A że ten ostatni pracę przyjmuje? Na boga, Clayton Harding to chodząca legenda, to Steven Spielberg plotkarskiej prasy, to Einstein kolumny towarzyskiej, twórca podziwianego przez Younga pisma sprzed lat - bezkompromisowego i bezlitosnego w ocenie blichtru świata sław. Czy Young chciałby dla kogoś takiego pracować?! Dałby się za to zabić! Nawiasem mówiąc, drogi Karolu, porównanie Sharpsa, którego pierwowzorem jest Vanity Fair do Gali, to mniej więcej tak, jakby zestawić ze sobą International Herald Tribune i Trybunę. Czas na kolejną z gromko obwieszczonych scenariuszowych mielizn. Ale zaraz..., to już chyba koniec.. Tak Karolu, rozpędziwszy się na pierwszej, nie opisałeś kolejnych, wykpiwając się jedynie ogólnikami o wątłym jakoby wątku miłosnym... Nieładnie.
Trudno się z naszym Szanownym Gościem nie zgodzić, że film miał pewne ambicje demaskatorskie. Tyle że w jego opinii to, co zostało zdemaskowane, wszyscy już od dawna wiedzieli. Posługuje się tu przykładem promocji beztalenci, potęgi PR, układów, etc. Owszem, faktycznie nie można powiedzieć, żeby to była nowość, tyle że nie o odkrywanie tej dawno odkrytej Ameryki tutaj chodziło. Oczywiście mechanizmy rządzące światem szołbiznesu są ważne, bo pokazują jak bardzo przeżarte patologiami i odgrodzone od świata murem PR jest to środowisko, ale w tym kontekście, mam wrażenie, służyły zupełnie innemu celowi - wytworzeniu kontrastu do naiwnego idealizmu Sidneya Younga, zestawieniu ich ze sobą, postawieniu ich w opozycji. Jednym słowem pokazanie mechanizmu nie było celem, ale fabularnym, scenariuszowym środkiem do celu, jakim było budowanie postaci głównego bohatera.

Nasz Gość ciężko się myli łatwo przechodząc do porządku dziennego nad postaciami drugiego planu, z których wymienia w zasadzie jedynie Kirsten Dunst, która, jakkolwiek aktorsko poprawna, nie wniosła do tej roli nic poza swoim dziewczęcym urokiem, a na dokładkę w mojej ocenie jest postacią zdecydowanie pierwszoplanową, na równi z Simonem Peggiem. Grzechem jest już jednak pominięcie trzech niezwykle istotnych, a w jednym przypadku bardzo zaskakujących ról drugoplanowych. Pierwsza to niezawodny Jeff Bridges jako zblazowany rednacz Sharpsa, w siwowłosej peruce i z nieodłącznym grymasem lekko znudzonego rekina (mógłbym-ci-zrobić-krzywdę-ale-nie-chce-mi-się-ruszyć-szczęką) i szklaneczką whisky. Druga to Gillian Anderson - pamiętna agentka Scully z serialu X-files, która tutaj bez cienia fałszu gra cyniczną specjalistkę od kreowania gwiazd, którą bardzo trafnie Empire określiło jako "stalową pięść w welwetowej rękawiczce". Trzecia - największe zaskoczenie - to Megan Fox, której nikt chyba nie podejrzewał o aktorskie umiejętności po Transformers, a która tutaj tworzy postać wschodzącej gwiazdki szołbiznesu, sterowanej na każdym kroku przez swoją specjalistkę od PR. Fox odgrywa swoje sceny, jakby cały czas była na lekkim haju, co sprawia zadziwiające wrażenie - ja wiem? - uduchowienia? Co w kontekście wspominanej przez Ciebie, Karolu Drogi do Świętości, nabierałoby zupełnie nowego znaczenia, prawda?
Na koniec jeszcze jedno. Piszesz, Karolu, że Young jest nieliczącym się z nikim i niczym cynikiem. I owszem, nie liczy się on z nikim i niczym, ale jednym nie jest na pewno - nie jest cynikiem. Wręcz przeciwnie, Sidney Young to czystej wody idealista. To człowiek z zasadami, którego, obok chęci pracy dla legendy Claytona Hardinga, do Sharpsa przyciągnęła chęć zrobienia w tym magazynie czegoś innego, mniej uładzonego, bardziej szczerego, ostrego - wypięcia się na układy i pokazania środowisku środkowego palca (I'm here to shake things up). O nie, Sidney Young to nie cynik.

How to Lose Friends and Alienate People to świetna komedia z drugim dnem. Pewnie nie można mówić o niej w kategoriach arcydzieła, ale z pewnością jest filmem wysokiej próby, w którym wielu znajdzie odzwierciedlenie realiów życia medialnej korporacji, a każdy będzie miał szansę wrócić do niego myślą przeglądając Gale i Vivy tego świata. A nasz Gość, mam nadzieję, da sobie drugą szansę na to, żeby zmienić o tym filmie zdanie.


wytwórnia - Number 9 Films, 2008
reżyseria - Robert B. Weide
scenariusz - Peter Straughan
zdjęcia - Oliver Stapleton
muzyka - David Arnold
montaż - David Freeman
kostiumy - Annie Hardinge
czas projekcji - 110 minut


Simon Pegg
Kirsten Dunst
Megan Fox
Gillian Anderson
Jeff Bridges
Janette Scott
Kelan Pannell


Sidney Young
Alison Olsen
Sophie Maes
Eleanor Johnson
Clayton Harding
matka Sydneya
młody Sydney


Autor polemiki: Edward Kelley - KELLEY | Klub Miłośników Filmu, 24 października 2008

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA