Strona główna KMF



Godzina 21:55. Właśnie wróciłem do domu po seansie filmu reżysera, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem. Chociaż w przypadku takiego filmu jak "Iron Man", reżyser jest chyba najmniej ważną osobą na planie, a wszystkiego pilnuje jakiś bezimienny księgowy trzymający pieczę nad tym, aby zmieścić się w budżecie. Trudno jednak odmówić Fabryce Snów umiejętności do tworzenia kina niezobowiązującego i pełnego fajerwerków wizualnych, które większości Wielkich Znawców i Krytyków Kina (Posiadających Wykształcenie w Dziedzinie Filmoznawstwa) staje kością w gardle. Czy "Iron Man" jest wart obejrzenia?


Zacznę od drobnego oświadczenia: tak, lubię czytać komiksy Marvela; tak, bardzo lubię kino rozrywkowe i jestem efektownemu filmowi w stanie sporo wybaczyć; nie, Iron Man nigdy nie był moją ulubioną postacią. Oprócz tego w tekście mogą (i będą) pojawiać się porównania do Spider-Mana, co jest trochę trudne do uzasadnienia, bo poza przynależnością do jednego uniwersum, filmów praktycznie nic nie łączy.




Zacznijmy jednak od początku: Tony Stark to człowiek sukcesu, lubiący się zabawić kobieciarz i - jak go niektórzy nazywają - sprzedawca śmierci. Jest on szefem firmy Stark Industries, która zajmuje się wieloma dziedzinami przemysłu, ale zyski czerpie głównie ze sprzedaży broni. Tony uważa, że wszystko jest cacy, bo przecież broń służy głównie do obrony. Prawda? Jego stosunek do rzeczywistości zmienia się po tym, kiedy tuż po prezentacji rakiety nowego typu zostaje uprowadzony z wojskowego konwoju przez islamskich terrorystów. Po zorientowaniu się, że "ci źli" również korzystają z jego broni, zdaje sobie sprawę, że odpowiedzialność za korzystanie z niej ponosi pośrednio on sam. Po wykonaniu w chałupniczy sposób uzbrojonego, wspomaganego pancerza i minireaktora (który utrzymuje go również przy życiu, ponieważ zasila elektromagnes uniemożliwiający odłamkom bomby dotarcie do jego serca), ucieka oprawcom i postanawia poświęcić życie walce w obronie niewinnych. Spójrzmy prawdzie w oczy - scenariusz nie jest najmocniejszą stroną tego filmu. Co można jeszcze o skrypcie powiedzieć? Motyw mentora i jego śmierci - jest, wątek romantyczny - jest, wścibska reporterka - jest, dwulicowy niby-przyjaciel - jest, nie-dwulicowy prawdziwy przyjaciel - jest. Schematy można by jeszcze długo wymieniać.


Co jednak sprawia, że "Żelaznego człowieka" ogląda się tak dobrze? Jest to Robert Downey Jr., który w rolę luzackiego, zaliczającego panienki z okładek "Maxima" multimilionera wcielił się po prostu bezbłędnie. Potrafi on sprawić, że nawet scena rozmowy z inteligentną gaśnicą wygląda przekonująco, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. Do reszty obsady nie mam również żadnych zastrzeżeń. Już samo zgromadzenie takiej ekipy musiało stanowić niemały problem (czworo aktorów było wcześniej nominowanych do Oscara, w tym Jeff Bridges kilkakrotnie, a Gwyneth Paltrow otrzymała statuetkę za "Zakochanego Szekspira"). Dużym plusem jest również fakt, że film nie stara się być tym, czym nie jest, jak było to w przypadku Spider-Mana. Przez cały film stężenie patosu jest równe zeru i nie ma żadnej sceny, w której główny bohater jest uchwycony malowniczym ujęciem na tle majestatycznie powiewającej flagi Stanów Zjednoczonych. Historyjka o Iron Manie moralitetem nie jest i być nim nie próbuje.




Trochę o stronie technicznej. Śmiem twierdzić, że zbroja Iron Mana jest najlepszym przeniesieniem kostiumu superbohatera z kart komiksu na celuloidową taśmę. Nie wygląda tandetnie, nie wygląda plastikowo (no, może czasami) i nie ma majtek na spodniach. Słowo o efektach specjalnych - spełniają swoje zadanie w stu procentach; nie są może idealne, ale nie są też nachalne. Piorące się na autostradzie roboty były już w "Transformers", ale dobrego nigdy za wiele.


Podsumowując, film w całości należy do Roberta Downeya Juniora, który swoją nieszablonowością kradnie widzom z życia bite dwie godziny. Z pewnością są ludzie, a nawet kilku takich znam, którym ten film się nie spodoba, ale ja z niecierpliwością czekam na nieunikniony sequel.


Ocena: 8/10


PS. Jak zwykle w ekranizacjach komiksów Marvela, w epizodzie pojawia się Stan Lee.
PPS. Po napisach końcowych jest jeszcze dodatkowa scena.






Rok produkcji: 2008
Kraj: USA
Czas trwania: 126 minut

Reżyseria: Jon Favreau
Scenariusz: Mark Fergus, Hawk Ostby,
Art Marcum, Matt Holloway
Zdjęcia: Matthew Libatique
Muzyka: Ramin Djawadi

Obsada:
Robert Downey Jr.   .....Tony Stark / Iron Man
Terrence Howard   .....Jim Rhodes
Jeff Bridges   .....O. Stane / Iron Monger
Gwyneth Paltrow   .....Virginia 'Pepper' Potts


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Maciej Poleszak - CIUNIEK
Klub Miłośników Filmu
04.05.2008