Strona główna KMF



Każdy człowiek u progu dorosłości staje przed koniecznością dokonania wyborów, które będą miały bezpośredni wpływ na jego dalsze życie. Bez względu na to, czy dotyczą one sfery zawodowej czy osobistej, podjęcie decyzji nie należy do łatwych zadań. Wszystko komplikuje dodatkowo fakt, iż zazwyczaj istnieją jakieś formy nacisku zewnętrznego - ograniczenie czasowe wymuszające pośpiech, oczekiwania rodziców, czy presja społeczeństwa. Problemy powyższe, z racji swojej uniwersalności, stanowią doskonały materiał na film. Znajdziemy zatem w kinie wiele prób podjęcia tego tematu; zaskakująco mało z nich warto jednak obejrzeć. Bardzo łatwo bowiem twórca może widza zniesmaczyć, popadając w sztampę, ckliwość i banał. Na szczęście, wśród morza tandetnych produkcji, znajdziemy również kilka obrazów jak najbardziej godnych zapamiętania i polecenia, by wymienić tu tylko pierwszą część "Clerks" Kevina Smitha, "Good Will Hunting" i "Finding Forrester" Gusa Van Santa oraz "Interstate 60" Boba Gale'a. I właśnie ostatniemu z przywołanych tytułów chciałbym poświęcić niniejszy tekst.




Neal Oliver (James Marsden) wybiera się właśnie do college'u. Jego pasja to malowanie obrazów, jednak despotyczny ojciec (John Bourgeois) nie chce nawet słyszeć o akademii sztuk pięknych - już dawno zaplanował karierę syna we własnej kancelarii prawnej. Nealowi brakuje odwagi, by przekonać rodziców do swojego pomysłu na przyszłość. W dniu urodzin, tuż przed zdmuchnięciem świeczek na torcie, wypowiada życzenie, które zmieni jego życie - pragnie poznać odpowiedzi na dręczące go dylematy. Kilka dni później otrzymuje dziwne zlecenie - dostarczyć paczkę do miasta nieistniejącego na żadnej z map. Dojechać tam można tylko tytułową autostradą numer 60 - drogi tej również próżno szukać w atlasie samochodowym. Na dodatek, z billboardów (widocznych tylko dla Neala) spogląda na niego oblicze wyśnionej dziewczyny (Amy Smart).

Bob Gale współtworzył skrypt do słynnej trylogii "Back to the Future" Roberta Zemeckisa. Tym razem twórca wziął na siebie więcej obowiązków - napisał scenariusz, a także zasiadł na reżyserskim fotelu, mając dzięki temu pewność, że jego wizja nie ulegnie zniekształceniu. Wybierając tematykę podjął się trudnego zadania - na szczęście doświadczenia wyniesione z pracy nad serią o podróżach w czasie przydały się Gale'owi na planie "Interstate 60" (kompletnie chybiony polski tytuł "Ale jazda!"). Co jednak przygody Marty'ego McFly'a mają wspólnego z filmem o znacznie poważniejszej tematyce? Wbrew pozorom bardzo wiele. W obu produkcjach fabuła została solidnie przyprawiona elementami science-fiction. O ile jednak w przypadku cyklu "Back to the Future" fantastyka stanowiła integralną część całości, o tyle w opisywanym tytule służy jedynie do nakreślenia ram historii - pomimo stosunkowo absurdalnej miejscami otoczki i znacznego (ale celowego) przejaskrawienia wydarzeń ukazanych na ekranie, widz w każdej chwili może znaleźć bezpośrednie odniesienie do naszej rzeczywistości. Czymże bowiem jest miasto prawników, jeśli nie metaforą utrudniającej wszystkim życie biurokracji? Podobną przenośnię możemy dostrzec obserwując osadę ludzi, którzy zatracili się zupełnie w hedonistycznych popędach i konsumpcjonizmie. Takie właśnie miejsca mija Neal w trakcie swojej wyprawy. U kresu podróży okaże się, iż młodzieniec dojrzał i zyskał odwagę potrzebną przy podejmowaniu ważnych decyzji. Bohater szuka więc nie tylko odpowiedzi na trapiące go pytania, ale również, do pewnego stopnia, własnej tożsamości.




Co jeszcze łączy sagę Zemeckisa i autorski film Gale'a? Na pewno lekkość i sprawność w opowiadaniu historii. Wprawdzie nie godzi się kwalifikować "Interstate 60" jako filmu czysto rozrywkowego, ale jednak z każdego kadru widać, iż reżyser pochodzi z nurtu Kina Nowej Przygody, czego naturalnie w żadnym razie nie należy uznawać za wadę. Nie ma bowiem większej sztuki, aniżeli przedstawić jakieś zagadnienie w sposób "strawny", nie tracąc przy tym nic z wagi problemu. Wielkie brawa dla Boba Gale'a za umiejętne przyrządzenie tej trudnej potrawy. Filmowi nie brak akcentów komediowych, a i nieco bardziej liryczne fragmenty również zawierają pewną humorystyczną nutkę.

Na planie "Interstate 60" zobaczymy dwie gwiazdy znane z trylogii o perypetiach Marty'ego: Michaela J. Foxa i Christophera Lloyda. Ten pierwszy pojawia się właściwie tylko w epizodzie. Natomiast postać Lloyda, choć niewielka, odegra w fabule znaczącą rolę - przede wszystkim zwróci Nealowi uwagę na rzeczy oczywiste, z których jednak nie zdawał sobie sprawy. Następnie wyśle go w znamienną podróż. Trzeba również wspomnieć o kilku innych aktorach. Gary Oldman wciela się w O. W. Granta - to on odpowiada za spełnianie ludzkich życzeń. Zazwyczaj jednak interpretuje je na swój własny, przewrotny sposób. Bohater Oldmana stanowi jeden z najmocniejszych punktów produkcji i dowodzi wielkiego talentu odtwórcy. Świetną kreację - nieznoszącego wszelkich przejawów kłamstwa i hipokryzji Boba Cody'ego stworzył Chris Cooper, znany z "The Patriot" (2000) lub serii o przygodach Jasona Bourne'a. Wypada pochwalić Amy Smart za dość interesującą rolę, wykraczającą nieco poza ramy "ślicznego ozdobnika". Kurt Russell pojawia się na chwilę na ekranie jako szeryf pilnujący porządku w miasteczku hedonistów. Głównego bohatera natomiast zagrał James Marsden, obecnie kojarzony głównie z roli Cyclopsa, członka "X-Men". Tutaj małe zastrzeżenie - Nealowi brakuje trochę "plastyczności". Marsden nie gra źle, ale dało się z tego bohatera wycisnąć więcej, bardziej przekonać widza - w efekcie Neal to trochę zbyt papierowy osobnik.




Niestety Gale nie ustrzegł się pewnych niedociągnięć, które można złożyć na karb niewielkiego reżyserskiego doświadczenia. Główny zarzut dotyczy nieco zbyt łopatologicznego rozwiązania problemów Neala. Przez cały czas trwania projekcji widz obserwuje trafne metafory, wyłapuje mrugnięcia okiem, a nawet zaczyna sam zadawać sobie pytania, a w końcówce nagle dostaje wszystko na tacy, niby również w formie przenośni, ale jednak zbyt mocno rzucającej się w oczy i nieprzystającej do skrzętnie budowanej atmosfery. Należy jednak uczciwie przyznać, że nie jest to zarzut dyskwalifikujący, a niektórzy mogliby uznać go wręcz za wysnuty na siłę. Poza tym, mimo iż troszkę zbyt dosłowna, końcówka stanowi zgrabne podsumowanie całości, a ostatnie sceny wracają do właściwego klimatu. Druga wada, na którą pragnę zwrócić uwagę, to wspomniany już odtwórca roli Neala. Na szczęście, aktor nie musiał sam "dźwigać widowiska". Możliwe również, iż Gale celowo kazał nakreślić Marsdenowi jego bohatera w sposób niebezpiecznie zbliżający się do granicy "bezpłciowości". W końcu główna osoba dramatu to zagubiony i niepewny siebie młody człowiek.

Należałoby wspomnieć coś o muzyce i zdjęciach, ponieważ to między innymi te elementy służą budowaniu odpowiedniego klimatu. W "Interstate 60" nie uświadczymy wprawdzie jakichś zapierających dech w piersi krajobrazów, akcja w większości toczy się na tytułowej autostradzie. Film można zakwalifikować jako kino drogi, a więc widz dostrzeże wszystkie charakterystyczne dla tego gatunku chwyty. Autor zdjęć wywiązał się ze swojego zadania poprawnie i wszystko wygląda tak, jak byśmy tego oczekiwali. Podobnie z muzyką - podczas seansu nie słychać żadnego wpadającego w ucho czy przejmującego tematu, ale też ścieżka dźwiękowa nie przeszkadza.




Podsumowując, warto zobaczyć "Interstate 60". Reżyser, jak już wspomniałem, nie ustrzegł się kilku błędów, ale obraz posiada znacznie więcej zalet niż wad. Ponadto, i to chyba najważniejsze - tytuł ten potrafi poruszyć. Są takie filmy (i nie tylko), które coś po sobie zostawiają, sprawiają, że chcesz, Czytelniku, zmienić się na lepsze, zmuszają do refleksji, bądź uczulają cię na sprawy dotychczas nie zaprzątające twojej uwagi, nawet jeśli wiedziałeś o ich istnieniu. Poruszają strunę zagrzebaną głęboko pod pokładami cynizmu i pod tymi wszystkimi pozami prezentowanymi reszcie otoczenia. Niech za przykłady posłużą tu takie obrazy, jak "Forrest Gump", czy wspomniany "Good Will Hunting". O ile jednak dwa powyższe tytuły grają na tej ukrytej strunie jak wirtuoz, o tyle "Interstate 60" zaledwie muska ją na podobieństwo dobrego rzemieślnika. To w zupełności wystarczy by polecić go, jako po prostu dobry film.



INTERSTATE 60


Tytuł polski: Ale jazda!
Rok produkcji: 2002
Kraj: Kanada, USA
Czas trwania: 116 minut

Reżyseria: Bob Gale
Scenariusz: Bob Gale
Zdjęcia: Denis Maloney
Muzyka: Christophe Beck

Obsada:
James Marsden, Gary Oldman, Jane Moffat, Christopher Lloyd, Ken Kramer, Kurt Russell, Michael J. Fox, Amy Jo Johnson, Ann-Margret, Amy Smart, Chris Cooper, Emanuel Arruda, John Bourgeois, Kedar Brown i inni


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Piotr Żymełka - DIRK
Klub Miłośników Filmu
02.09.2007