Najbardziej kasowa seria filmowa ostatnich lat powoli zbliża się do wielkiego finału. Jednak mimo, że na ekrany kin wchodzi adaptacja ostatniego tomu przygód Harry’ego Pottera, to wciąż nie jest to ostatnia część cyklu filmowego. Ze względu na dużą ilość stron i wydarzeń, które dzieją się w ostatnim tomie, zdecydowano się podzielić go na dwie części. Zewsząd odezwały się podzielone opinie widowni, która z jednej strony cieszyła się, gdyż mogło to oznaczać wyeliminowanie podstawowego błędu poprzednich części, czyli dokonywania nadmiernej ilości skrótów i eliminowania niektórych wątków w scenariuszu. Z drugiej jednak strony wskazywano, że może to być celowe działanie studia Warner Bros, które w ten sposób będzie mogło skutecznie podwoić zyski, a jak wiadomo „Harry Potter i Insygnia Śmierci” to absolutny pewniak do kasowego sukcesu. Niepokój fanów budziło też pozostawienie na stołku reżyserskim Davida Yatesa, który z czterech reżyserów odpowiadających dotychczas za cykl o nastoletnim czarodzieju, zdecydowanie w swoich filmach (tj. części piątej i szóstej) zawodził. Czy wszelkie te obawy są na miejscu można się przekonać osobiście, gdyż „Insygnia Śmierci” już podbijają polskie kina; wystarczył jeden weekend, aby przyciągnąć do kin prawie 400 tysięcy widzów.

Już w zwiastunie było widać, że najnowsza część daleka będzie od tego co swego czasu serwował nam Chris Columbus realizując pierwsze dwie części. W najnowszej części nie brakuje śmierci, krwi (ale w niedużych ilościach), tortur i trudnych wyborów życiowych. Ale trudno się dziwić gdyż świat czarodziejów przestał być bezpiecznym miejscem. Voldemort zgromadził wokół siebie najwierniejszych podwładnych i przejmuje absolutną władzę w Ministerstwie Magii. Wciąż dąży też ze wszystkich sił do zgładzenia Harry’ego, który wraz z Ronem i Hermioną poszukują zaklętych w przedmiotach części duszy Voldemorta, zwanych Horkruksami, gdyż jedynie ich zniszczenie może doprowadzić do zniszczenia Voldemorta. Podróż po świecie będzie dla nich testem, w którym nie tylko będą musieli wykorzystać umiejętności i wiedzę nabyte w szkole, ale także swój spryt oraz odwagę.




Niestety już początek wskazywał na to, że podzielenie filmu nie zlikwiduje problemu stosowania zbyt dużej liczby skrótów względem książki. Wiele scen swoje właściwe znaczenie ujawnia jedynie tym, którzy mieli okazję zapoznać się z bestsellerem Joanne K. Rowling, na wierzch wychodzi także niepotrzebne wycinanie niektórych wątków w poprzednich częściach, które, jak się okazuje, w ostatecznym zakończeniu mogą mieć decydujące znaczenie. Pewną wadą jest także niezbyt dobra dynamika najnowszej odsłony Pottera. Po ekscytującym początku z podnoszącymi ciśnienie prologiem, naradą Śmierciożerców, podniebnym pościgiem za Harrym i wreszcie atakiem podczas wesela, akcja zdecydowanie zwalnia. Główni bohaterowie teleportują się po świecie, kryjąc się przed Śmierciożercami i tocząc mało fascynujące rozmowy jak zniszczyć bądź znaleźć Horkruksy. Jest co prawda kilka bardziej dynamicznych fragmentów, jak choćby akcja w Ministerstwie, czy też iście horrorowa scena w Dolinie Godryka. W poprzednich dwóch częściach Yates bardzo często starał się dodawać coś od siebie, jednak najczęściej efekty tego typu działań nie spotykały się z uznaniem fanów. Tym razem jednak popisał się kilkoma rewelacyjnymi pomysłami, udowadniającymi, że nie jest tylko przeciętnym rzemieślnikiem filmowym. Przede wszystkim w oczy rzuca się szeroko komentowana na wszelkich forach scena tańca Harry’ego i Hermiony. Pomijając fakt, że Daniel Radcliffe króla parkietu tu bynajmniej nie przypomina, scena ta dzięki świetnej piosence „O children” Nicka Cave’a ma w sobie pewną dozę magii i o wiele lepiej niż poprzez dialogi pokazuje, że mamy do czynienia z młodzieżą, która powinna się bawić, a nie mierzyć z zadaniami sięgającymi daleko ponad jej siły. W oczy rzucają się także bardzo emocjonalna, nie opisywana szczegółowo w książce scena usuwania przez Herminę pamięci jej rodzicom oraz animacyjna perełka w postaci opowieści o Trzech Braciach. Mimo, że jest to zdecydowanie najpoważniejsza część cyklu, twórcy nie zrezygnowali z wplecenia elementów humorystycznych, choć kilka razy reżyserowi brakuje pod tym względem wyczucia i dobrego smaku, gdyż wstawia je w najbardziej dramatycznych momentach.

Nowy Harry Potter jest jednak przede wszystkim świetnie prezentującym się widowiskiem. Co prawda poza niezwykle efektownym i chwilami troszkę naciąganym pościgiem na początku, twórcy starają się ze wszystkich sił hamować zapędy do tworzenia przesadnie efekciarskich scen (ale pewnie dadzą ujść tym zapędom w Bitwie o Hogwart w następnej części), ale i tak na ekranie jest na czym zawiesić oko. Nie zawodzą zdjęcia, które tym razem nie ukazują już tylko murów szkoły, tylko prezentują zachwycające krajobrazy towarzyszące bohaterom w podróży. Świetnie spisali się montażyści, dzięki którym sceny akcji są w pełni przejrzyste - w przeciwieństwie do niektórych współczesnych produkcji. Całości dopełniają doskonałe kostiumy, scenografia i efekty specjalne oraz fantastycznie dawkująca napięcie muzyka, której stworzenia tym razem podjął się robiący coraz większą karierę Alexander Desplat.

Każda część przygód młodego czarodzieja sprawiała równie niemałą przyjemność podczas obserwowania fantastycznych ról najlepszych brytyjskich aktorów. Tym razem do obsady złożonej z takich gwiazd jak Ralph Fiennes, Helena Bonham Carter, Imelda Staunton, czy też Alan Rickaman (którego jest o wiele za mało) dołączyło dwóch niezwykle popularnych aktorów. Jednym z nich jest Bill Nighy, odtwórca roli nowego ministra magii Rufusa Scrimgeoura, którego rola jednak nie jest bardzo duża i nie zapisuje się mocno w pamięci. Przeciwnie jest z niezapomnianym odtwórcą roli Spike’a w „Notting Hill” Rhysem Ifansem, który fantastycznie wciela się w postać dosyć ekscentrycznego Ksenofiliusa Lovegooda, znakomicie łącząc ze sobą elementy błazenady i dramatyzmu. Jeśli chodzi o odtwórców głównych ról, to wciąż potwierdza się zauważalna wcześniej tendencja, że Daniel Radcliffe, choć stara się jak może (a momentami jest naprawdę dobry) wciąż nie ma szans w bezpośrednim porównaniu z Rupertem Grintem oraz Emmą Watson, którzy w swoich rolach wypadają o wiele bardziej naturalnie.

Podsumowując „Insygnia Śmierci” są dobrą ekranizacją, ale mimo podziału na dwie części wciąż popełniającą podstawowy błąd poprzedników, w postaci niedopracowanego scenariusza. Z pewnością jednak dla uczty wizualnej, którą otrzymujemy na ekranie oraz czarujących kreacji aktorskich, warto obejrzeć nową część i już odliczać czas do spektakularnego zakończenia cyklu.

Ocena: 7/10



Autor artykułu: Piotr Gauza - PEGAZ [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 24 listopada 2010
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL
[e-mail]

STRONA GŁÓWNA KMF