Tekst cierpi na zaawansowaną spojlerozę. Nie widziałeś - nie czytaj!

Teza recki brzmi druzgocąco: najnowszy "Indiana" to film ze wszech miar denny, niemający praktycznie nic wspólnego z wieczyście trwałym duchem epickiej opowieści o szukaniu skarbów. Reszta mojego wywodu koncentrować się będzie na złośliwym wynajdywaniu dziury w całym i rozpaczliwej próbie formowania argumentów w obronie rzeczonej tezy. Zanim jednak przejdę do sedna sprawy, powiem jeszcze, iż nowy "Indy" nie byłby może w sumie taki tragiczny, gdyby nie ta cała przeokropna CGI-otoczka i szumne zapowiedzi twórców, że niby pojawi się klasyczna akcyjka w starym dobrym stylu przygodowym. Sugerując się niektórymi wypowiedziami duetu Dżordż-Steven, ktoś wyjątkowo naiwny mógł błędnie wydedukować, iż oto szykuje się coś naprawdę w dechę, ot, taki sentymentalny "powrót do przeszłości" na modłę fabularnego oldskulu Gibsonowskiego "Apocalypto". W końcu kto jak kto, ale Steven byłby w stanie pokazać "faka" dzisiejszym obyczajom i zrobić miłą niespodziankę takiemu widzowi jak ja. Nic bardziej mylnego. "Wojna światów" sprzed lat trzech (nawiasem, dobry film) to w zestawieniu z omawianym tu dziełem Kieślowski kinematografii. Żeby było jasne: nowemu "Indy'emu" daleko do szczytowych osiągnięć w dziedzinie odmóżdżania widowni (mam tu na myśli wyczyny mojego ulubionego reżysera Michaela Baya oraz twórczość tandemu kretynów Emmerich-Devlin), niemniej odchylenie w stronę rasowych "odsysaczy" tkanki mózgowej jest tu aż nazbyt walące po gałach. To oznajmiwszy, zaczynam reckę właściwą.
Najpierw o odniesieniach. Intertekstualne nawiązania do klasyki odgrywają w "IJ4" niebagatelną rolę. Każdy harcerz doskonale wie, iż przygody Indy'ego oraz towarzyszącej mu wesołej kompanii przyjaciół zawsze były swego rodzaju dobrotliwym hołdem dla filmideł B-klasowych. Nie inaczej w przypadku epizodu czwartego, który wręcz pęka w szwach od rozmaitych odniesień do S-F oraz niszowych horrorów. I tak knyf z lodówką urasta w moim odbiorze do rangi powtórki z cenionego tu i ówdzie "Blood Fever" (znanego bardziej pod tytułem "Komary"), w którym to dzielna Megan - ratując się przed plagą moskitów - wskakuje naprędce do lodówki właśnie. Ów rozpaczliwy gest pozwolił jej nie tylko przetrwać inwazję latającego paskudztwa, co przede wszystkim eksplozję domostwa, w którym rozgrywała się finałowa konfrontacja z siłami natury. W ogóle motyw "chowania się w lodowce" uważam za epigoński. Już w "Hardware" uciekająca przed robotem lasia dawała dyla do lodówy, więc doprawdy nie wiem, czemu wujek Lucas nie wpadł na pomysł wykorzystania dobrodziejstw tradycyjnej wanny łazienkowej. Pewnie Spielberg sprzeciwił się ostatkiem sił. Byłoby i realniej, i efektowniej, i na maksa niesztampowo, ba, można by nakręcić scenkę lotu Indy'ego, który wypchnięty przez atomowy podmuch, kurczowo trzymając się krawędzi wanny, uderza w końcu z impetem w ziemię. Już widzę to ujęcie: wykrzywiona jak w sitcomie morda Indiany zbliżająca się do obiektywu kamery. Cięcie. Balia z archeologiem na pokładzie grzęźnie w piaskach Nowego Meksyku, wzniecając gęstwinę pyłu. Chwila niepewności. Kurz rozrzedza się, ujawniając znajomą sylwetkę w kapelutku. Normalnie śmiech na sali i gromkie brawa.

No dobra, czemu się czepiam nieszczęsnego motywu z fruwającą lodówką? Przecież dzięki niemu publika ma niepowtarzalną okazję podziwiać naprawdę urzekające apokaliptyczne widoczki. Fotogeniczności atomowemu grzybkowi odmówić nie można. Mało tego, w części drugiej przygód Indy'ego znajdziemy wcale nie mniej absurdalne wygibasy z pontonem tudzież brawurowy pościg kopalnianym tunelem rodem z jajeczka Dizzy'ego. O co więc biega? Już wyjaśniam. Po pierwsze, wyskok z samolotu na pontonie - i przyzna to każdy, kto widział ten sławetny wyczyn archeologiczny - to przy horrendalnej niedorzeczności pomysłu z lodówką niewinna gimnastyka ciała, całkiem możliwa do wykonania w realnych warunkach górskich. Po drugie, patrząc na seans nowego "Indiany" z perspektywy kilku dni od jego obejrzenia, dochodzę do wniosku, że największy zjazd motywacyjny odczułem właśnie w momencie owego katapultowania się z miasteczka. Pomijam ewidentnie autoparodystyczny wydźwięk sceny. Jako taki, knyf z lodówką spokojnie daje radę (ale znowu pytanie: po co parodiować coś, co z własnej nieprzymuszonej woli zahacza o parodię?). Chodzi o inne zjawisko - o stłumienie emocjonalnego oddziaływania filmu na moją osobę. W skrócie: zrzucenie nuki na łeb Indy'ego podziałało na mnie jak narkoza - do końca filmu znajdowałem się w stanie, co tu dużo mówić, psychofizycznego otępienia i ogólnej martwoty organizmu. Wiadomo - trylogia również operowała nieodwołalnie happy endem: Indiana klepał złych po ryjach, skakał po czołgach, wsiał nad przepaścią, nad lawą oraz nad innymi otchłaniami, zawsze cało wychodził z rozmaitych opresji, generalnie od początku było jasne, kto wygra i zgarnie wszystkie laski dla siebie. Tylko że jest różnica między tamtym happy endem a nowym. Dawniej Spielberg za każdym razem zawierał milczącą umowę z widownią: "Ja się postaram, żeby triumf mojego bohatera nie był zbyt łatwy, ty zaś, drogi widzu, zapomnij na moment, że w mój bohater musi w ogóle triumfować". I było fajowo. Zabawa w udawanie toczyła się non stop do napisów końcowych. Czasy się jednak zmieniły, gierki wideo rządzą, widownia jakby trochę mniej myśląca, wiec w "IJ4" treść umowy uległa renegocjacji i obecnie prezentuje się następująco: "Ja sprowadzę na mojego bohatera w pierwszej scenie nukę, a ty, drogi widzu, udawaj przez resztę filmu, że to tylko takie kolejne utrudnienie na drodze do odkrycia skarbu". Szkopuł w tym, że spuszczenie atomówki stanowi przekroczenie wszystkich niepisanych barier kina Nowej Przygody. Jego cechą zawsze była podwyższona tolerancja na nieprawdopodobieństwa sytuacyjne, ale jeszcze nigdy nieprawdopodobieństwa sytuacyjne nie były tak naciągane, żeby od razu kwalifikować je jako mankamenty wykonania. Jednego nie kumam: skoro Dżordż i Steven tak bardzo musieli doprowadzić do atomowej rozróby, to czemu nie zaaranżowali jej w końcówce, kiedy to na prawach finału rzecz mogłaby zostać ewentualnie osłabiona przez wszechogarniającą spektakularność innych SFX-ów? Dla mnie byłoby to rozwiązanie jak znalazł - przynajmniej w przeciągu stu wcześniejszych minut mógłbym symulować, że oto oglądam przygody w czepku urodzonego archeologa, a nie jakiegoś niezniszczalnego cyborga z innej bajki.
W tym miejscu powiedzieć trzeba, że większość bohaterów nowego "Indy'ego" to wytwory ludzkie całkiem zdehumanizowane. Ich szefem jest Spalko - najbardziej absurdalna postać w dziejach serii. W założeniu scenarzysty (a raczej scenarzystów - idę o zakład, że skrypt "IJ4" to zlepek kilkunastu odrzuconych wersji tej samej historii) miała być pewnie wyrachowaną suką na usługach Kremla, ale w rezultacie wyszło coś zgoła odwrotnego: paradujący w asyście kacapskich karabinierów, całkowicie wypłukany z ludzkich cech, kobietopodobny manekin ze sklepowej wystawy, wyposażony w wachlarz komiksowych zdolności: niby-telepatia dla hecy + kung-fu kopanie + szermierka. I ta jej nienaruszalna fryzura, przycięta za pomocą linijki, prawie jak u modelki z paryskiego żurnala. Dosłownie laleczka na sprężynce albo jakaś rzeźba z salonu figur woskowych. Dawniejsi wrogowie Indy'ego również przejawiali tendencje do odstawiania demonicznej szopki - no choćby nazi-okularnik z "jedynki" i jego złowieszcze rechotanie, przywodzące na myśl obłąkańczy śmiech upośledzonego umysłowo wariata. Ale przy całej szablonowo-malowniczej osobowości Tohta nigdy nie miałem kłopotów z rozpoznaniem w nim człowieka - pocił się, odczuwał ból, można go było zranić, mundur miewał przybrudzony, wykrzykiwał w nerwach jakieś nazi-rozkazy, słowem, zdradzał elementarne oznaki przynależności do świata istot żywych. Tymczasem Spalko - nic, zero, kamień. O kompletnym wyzuciu bohaterów z resztek empatii niech poświadczy choćby sekwencja wyścigu samochodowego po dżungli: Mutt i Indy nawet się nie zająknęli, kiedy Marion zniknęła z ich pola widzenia i ruszyła przed siebie, walcząc ze Spalko-robotem. Równie dobrze radziecka suka-bura mogła ją podziurawić tym CKM-em. Teraz porównajcie tę scenę do bitki na czołgu w "Krucjacie" - tam jeden martwił się o drugiego, ojciec o syna, kumpel o kumpla, a tutaj wszystko papierowe, na kolanie pisane, byle akcja pędziła galopem do przodu i publika startujące UFO zobaczyła - szczyt Lucasowsko-Spielbergowskiej inwencji. Szkoda gadać.

Doskwierający brak u boku Indiany jakiejś fajnej laseczki pokroju fraulein Elsy Schneider to sprawa wymagająca osobnego komentarza. Nie wiem, czy zauważyliście, ale czwarta część okrojona jest zupełnie z jakichkolwiek przejawów typowo przygodowej, "zawadiackiej" erotyki, znanej z poprzednich części. Mam tu na uwadze takie nieprzyzwoite figielki jak kąsanie małżowiny usznej partnera, łapczywe nadgryzanie ust partnerki, delikatne całowanie poranionej klaty piersiowej archeologa-twardziela albo najzwyklejszy w świecie klasyczny "podryw" podczas wykonywania misji. I znowu: tego rodzaju zachowania uczłowieczały Indy'ego, przemycały do opowieści pewną dozę bezcennego, seksualnego napięcia. Niestety, w najnowszej odsłonie przygód profesora Jonesa tak postrzegana "dorosłość" nie ma racji bytu. W ogóle w zestawieniu ze starymi odcinkami trylogii treść fabuły "KKC" jawi się jako głęboko infantylny banał (niebawem wrócę do tej kwestii), dostosowany do potrzeb małoletniego odbiorcy w wieku przedszkolnym. Rozumiem, że nie jestem docelowym widzem tego filmu (wiekowo wyrabiam chyba 6-krotną normę), ale nawet mając 4 latka dostrzegłbym wszystkie prostactwa, uniemożliwiające zdrową recepcję opowieści. Od razu przypomniał mi się nieodżałowany Tim Burton, który swego czasu konsekwentnie zmierzał w stronę jakiegoś obscenicznego mega hardkoru. Księgowi WB szybko pokapowali, że jak tak dalej pójdzie, to skandal obyczajowy murowany, więc go zwolnili, sadzając na stołku reżyserskim grzecznego Schumachera. Skutki owego przetasowania kinomani odczuwają po dziś dzień. Morał z powyższej analogii wypływa taki, że nie należy usuwać z filmu pierwiastka erotycznej dwuznaczności, choć prawdę powiedziawszy, w starej trylogii dwuznaczności erotycznej nigdy nie było zbyt wiele. Były za to dorodne niewiasty, które nadawały opowiadanej historii fajnego, zmysłowego czaru. Pod tym względem "IJ4" wypada biednie. Jedna baba to sowiecka kukła na kluczyk, zapięta pod samą szyję, drugą zaś dokleili chyba "na odwal" do fabuły, żeby wymęczyć jakieś "fanowskie" nawiązanie. Gołym okiem widać, że "stara" Marion nie miała kontaktu z poważnym aktorstwem od przeszło 20 lat.
Wracając do intertekstualnych odniesień - na wyjątkowo zuchwałą zrzynkę z klasyki S-F drugiego sortu porywają się twórcy u kresu wędrówki Indy'ego. Będzie to bezczelny plagiat kinowego "X-Files", a dokładniej: kopia sceny z UFO, odlatującym w kosmos. Mówię wam, ludzie, że jak zobaczyłem ten tandetny render facjaty ufoka (lepsi w generowaniu kiczowatych pysków okazali się chyba tylko dizajnerzy odpowiedzialni za CGI w "I Am Legend") i światełka błyskające dookoła, to normalnie myślałem, że wyjdę z krzykiem i kogoś zabiję. W porę się jednak opamiętałem, dzięki czemu mogę zdać relację z tego, co mnie tak zbulwersowało. Co prawda, już od dobrych stu minut byłem totalnie znieczulony obserwowaniem, jak Indiana niezłomnie pokonuje kolejne buchające akcją levele gierki pt. "Królestwo Kryształowej Czaszki" (staga 1: tajna baza, staga 2: uniwersytecki campus, staga 3: cmentarz, staga 4: dżungla, staga 5: wodospady, staga 6: piramida, staga 7: pojedynek z szefem kosmitów, staga 8: outro i koniec gierki), lecz widok ufoludkowego pyska złamał we mnie ducha, przelał czarę goryczy i ostatecznie pogrążył "IJ4" w moich oczach. Nazwę rzecz po imieniu, tak ja na to zasługuje: najnowszy "Indy" to jeden wielki, kolorowy spektakl różnorodnych SFX-ów. Mówię to bez satysfakcji, stwierdzając jedynie prosty fakt. Tę charakterystyczną dla współczesności nieubłaganą konieczność epatowania CGI widać szczególnie w żenującej scenie beztroskiego huśtania się Mutta na lianach w towarzystwie komputerowych małpiatek. Nie dość, że knyf z Tarzanem-Muttem zwyczajnie śmiechu warty i godny politowania, to jeszcze wyziera z niego blue-box z subtelnością "Ostatniej Krucjaty". Żeby chociaż motyw hycania był koncepcyjnie fajnie rozegrany, ale nie - nawet w tym wypadku rzecz jest milion razy bardziej wydumana i pozbawiona sensu niż nazi-pilot sunący we wraku samolotu za furką Indy'ego. Swoją drogą, podziwiając akrobacje chłopczyka z "Transformerów", taki oto błyskotliwy dowcip przyszedł mi do głowy: Gdzie w Hollywood tresuje się zwierzęta? Odpowiedź: na farmach renderujących.

Oprócz tendencyjnie atakujących sowieckie zastępy małpek, z kompów ILM wylazły także przyjazne oczom dziecka świstaki-pieszczoszki (znowu chamski plagiat, tym razem reklamy czekolady Milka), co się grzybom atomowym nie kłaniają, oraz monstrualne czerwone mrówy-zabójcy z MacGyvera, lubiące wciągać ruskich sołdatów do mrowiska. Sama idea poprowadzenia ogromnej mrówczej armii, jak również idiotyczny pomysł z małpkami szturmującymi kacapskie komando, przypominają do złudzenia humorystyczne rozwiązania stosowane w kreskówkach na kanale MiniMax, a co za tym idzie - dobitnie pokazują, jak bardzo "IJ4" odszedł od swojej, że tak się wyrażę, realistycznej tradycji entomologicznej. Jakoś nie kojarzę, żeby we wcześniejszych epizodach owady specjalnie różniły się od tego, co można wytropić w naturze: raczej wywoływały obrzydzenie swoją liczebnością i bezkarnym włażeniem w otwory ludzkiego ciała. Nie chciałbym się znaleźć w sytuacji, dajmy na to, Willie Scott z drugiego "Indiany", której jakaś szczypawica wpełzła pod koszulę nocną. Patrzenie na to było doświadczeniem niewygodnym i makabreskowym zarazem, tworzyło ten unikatowy klimat pułapek i trudności w docieraniu do celu. Taki horror z przymrużeniem oka. W przypadku nowego "Indy'ego" o żadnym horrorze z przymrużeniem oka nie może być mowy. Za to o "osłabianiu wymowy" jak najbardziej. Oczywiście, wszystko w trosce o amerykańskie dzieci, które, jak wiadomo, panicznie boją się pająków.
Na dobitkę dopowiem, iż nowy "IJ4" przepuszczony został przez zmiękczający filtr, żeby faktura obrazu była ładna i gładka jak pupa niemowlęcia. Wspominam o tym, gdyż osobiście zdzierżyć nie mogę szerzącej się obecnie praktyki poddawania filmów wizualnej "sterylizacji". Jeśli wśród czytelników niniejszej recki znajduje się osoba, która pragnie odczuć "chropowatość" i fizyczny wysiłek wyprawy do Ameryki Łacińskiej - czytaj: ekstrakt kina Nowej Przygody - to z przykrością zawiadamiam, iż takowego wysiłku oglądając "IJ4" nie odczuje. Kurde, wkurzyłem się teraz nie na żarty: "Indiana Jones" nigdy nie był pamiątką z pierwszej komunii, którą trzeba obtaczać w pudrze. "Indiana Jones" to "brudne" kino przygodowe z wuchtą ekstremalnej akcji na pograniczu życia i śmierci. Coś ty, Steven, najlepszego narobił? Od tych aureolek, mlecznej poświaty i studyjnych popisów na linkach nieostrożny widz może oczopląsu dostać albo projekcję epilepsją przypłacić. Zresztą, pal licho wysiłek fizyczny! To, że Spielbergowi nie chciało się iść do prawdziwego lasu, względnie przywieźć na plan cegieł do budowy piramidy Majów, to jeszcze mogę przeboleć i wybaczyć. W końcu nie tak dawno Gibson postawił na środku dżungli kilka piramid i może w Hollywoodzie zabrakło surowców do budowy następnych. Nie wnikam. Jak się rzekło, mogę wybaczyć lenistwo, ale będąc podatnym na wzruszenia kinomanem, nie wybaczę zarzynania ducha opowieści. Koniec z małostkowym czepialstwem. Czas wytoczyć działa największego kalibru.

Ponoć od patrzenia na kryształową czaszkę można doznać pomieszania zmysłów. Nie dość, że tętno gwałtownie przyśpiesza, a mięśnie kończyn podlegają konwulsyjnym skurczom, to na domiar złego ślepia wyłażą człowiekowi z orbit, wyrywane przez niezidentyfikowaną siłę o kosmicznej proweniencji. Prócz wyżej wymienionych skutków ubocznych gapienia się w oczodoły kryształowej czaszki, pamiętać należy, iż jest ona produktem pozaziemskiej cywilizacji, podczas obrzędów posługiwał się nią najwyższy kapłan Majów i ogólnie artefakt stanowi siedlisko zła wszelkiego, a odpowiednio pobudzony czarami rzyga najprawdziwszym ogniem. Takie poczciwe blubry sprzedaje gawiedzi za psi grosz znany i lubiany samozwańczy oszołom archeologii - Erich von Däniken. Wszyscy zapewne kojarzymy z czasów dziecięcych jego broszurki, upstrzone rysunkami ufoków, piramid oraz innych cudów nie z tej planety. Dżordż Lucas najwyraźniej tak bardzo uwierzył w te brednie, że postanowił ordynarnie "zlukasować" czwartą część przygód "Indy'ego", adaptując ją do współczesnych postmodernistycznych realiów z iście "gwiezdnowojenną" fantazją.

Co powstało z owego eksperymentu? Krótko: powstał najgorszy film w dorobku Stevena Spielberga. Najgorszy w sensie: najgłupszy i najbardziej przypominający wakacyjne produkcyjniaki, wypłukane z jakiejkolwiek klawej ideologii i wizualnej nietuzinkowości. Ale to już wiemy z dotychczasowej lektury recki. Co zatem nowego? Nowa będzie myśl następująca: "IJ4" to historyjka pozbawiona zupełnie przyssawek łączących fikcję z rzeczywistością. Zarzut brzmi z lekka karkołomnie, zważywszy iż mamy tu do czynienia z kinem przygodowym, które od realiów uporczywie stroni. Bzdura!
W dawnych czasach Indiana parał się szukaniem skarbów mocno, powiedziałbym, elitarnym, takim mianowicie, które zakotwiczone było w najgłębszych pokładach ludzkiej świadomości kulturowej, stanowiło przedmiot marzeń i służyło za kanwę frapujących legend judeo-chrześcijańskiej oraz buddyjskiej cywilizacji. Dzięki temu przygody nieustępliwego archeologa-twardziela samoczynnie przekształcały się w coś bardzo bliskiego i realnego, w coś na wyciągnięcie ręki - wystarczyło dowolną książkę otworzyć tudzież przekartkować średniowieczne apokryfy i człowiek "już tam był i szukał Arki". Ową "apokryficzność" obwołuję niniejszym najdonioślejszą cechą zamierzchłych Spielbergowskich przygodówek. W tym sensie stara trylogia będzie dla mnie zawsze dalece bardziej realistyczna niż pusty i w gruncie rzeczy fantomowy świat "KKC". Archeolog, który uruchamia statek kosmiczny w piramidzie Majów, to farbowany lis, a nie archeolog - to Fox Mulder vs. Tomb Raider (z całym szacunkiem dla tego pierwszego), bujda na resorach i ogólnie jedno wielkie Lucasowsko-Spielbergowskie oszukaństwo. Ja naprawdę nie oczekuję od Indy'ego, że będzie ślęczał w jakimś dole w pipidówce i gmerał łopatką w piachu - oczekuję od niego mierzenia się z legendą, zapasów z historią. Do tego został powołany u swego zarania - żeby z jankeskim chojractwem podkradać naziolom artefakty. No właśnie: naziści i artefakty - spójrzcie, jak to się zgrabnie komponuje. Nazista i artefakt to niemal jak kacapska morda i gorzałka - nierozłączna para, stereotyp, ikona. A teraz weźcie ruskiego sołdata i postawcie go obok kryształowej czaszki. To, co otrzymacie w wyniku takiego ustawienia, to się nazywa dysonans i niczym nieskrępowana fabularna dowolność kreacyjna. Równie dobrze czaszki mogliby szukać Eskimosi z Kamczatki, chińscy komuniści albo wietnamska partyzantka. Jeśli o mnie chodzi, to serdecznie dziękuję - wolę bzdury scenariuszowe niż bzdurny scenariusz. I pomyśleć, że mieli 20 lat na napisanie sensownego skryptu. Na marginesie: ktokolwiek wizytował londyńskie Museum of Mankind, ten doskonale wie, iż tajemnicze przeklęte czaszki z kryształu w niczym nie przypominają ufoków, lecz są jak najbardziej precyzyjnym odzwierciedleniem czaszki ludzkiej, co tylko dowodzi, że parcie na UFO było od samego początku nieuleczalną chorobą Dżordża, silniejszą niż zew archeologii.

Z egzotyką dziejową wiąże się inna właściwość eposu, bez żenady pominięta w najnowszym, bezdusznym płodzie pary Dżordż-Steven - romantyczno-mistyczna atmosfera wyprawy w nieznane (*), podsycana przez bohaterskie gawędziarstwo dotyczące tropionego artefaktu. Pogaduszki Indy'ego z Marcusem w domowym zaciszu, pełne autentycznej troski wzmianki tego drugiego o Arce, przemowa Belloqa w kanionie, wreszcie ojcowskie wskazówki Jonesa seniora kierowane do syna odnośnie pokory w zetknięciu ze świętością Graala - owe wstawki narracyjne przepajały romantycznym duchem archeologiczne pielgrzymowanie Indy'ego. Tego mi właśnie brakowało w epizodzie czwartym - poczucia "wyższej konieczności" działania, historycznej potrzeby przeciwstawienia się złu, które wyciągnęło swoje macki po najświętszy z artefaktów. Pisząc o zarzynaniu ducha opowieści miałem więc na myśli motywacyjną indolencję, potęgowaną przez pretekstowy scenariusz i "platformówkowy" charakter intrygi (ciągle mam przed oczami tubylców wyłażących znienacka ze ścian grobowca, jakby przez te wszystkie lata nie robili nic innego, tylko czekali w ukryciu na przybycie Indy'ego).

Stara trylogia "apelowała" do dziecka w dorosłym. Nowy IJ "apeluje" do dziecka w dziecku. Niech to stwierdzenie posłuży za podsumowanie recki.


(*) W podobnym tonie rozgoryczania wypowiadał się na temat szczątkowego "archeo-romantyzmu"
(*) czwartej części "Indiany" redaktor Zakazanej Planety, Komandor JJA.





Tytuł polski: Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki
Rok produkcji i czas trwania: 2008, USA, 124 minuty
Reżyseria: Steven Spielberg
Scenariusz: David Koepp
Muzyka: John Williams
Zdjęcia: Janusz Kamiński
Wystąpili: Harrison Ford, Cate Blanchett, Karen Allen, Shia LaBeouf,
Ray Winstone, John Hurt, Jim Broadbent, Igor Jujikine, Alan Dale
e-mailAutor recenzji: Bartosz Rudnicki - MENTAL
Klub Miłośników Filmu, 27 maja 2008


STRONA GŁÓWNA | POWRÓT DO WYBORU | RECENZJE KMF | DYSKUSJA NA FORUM