UWAGA - TEKST ZDRADZA WAŻNE ELEMENTY FABUŁY - UWAGA


Gdy pod koniec XIX w. bracia Lumiere patentowali kinematograf z pewnością nie zdawali sobie sprawy, że oto przyczyniają się do powstania nowej dziedziny sztuki. Nie wiedzieli, że w ciągu następnych dziesięciu dekad z palety ich wizjonerskich pomysłów skorzysta niezliczona ilość im podobnych artystów i jestem całkiem pewien, że nie zdawali sobie sprawy, iż jeden z nich postanowi skorzystać z ich nowo utworzonego medium nie tylko jako środka do opowiedzenia jakiejś historii, ale również jako narzędzia stającego się ni mniej ni więcej jak samym tematem snutej opowieści, a przez to uzyskującego pozafilmowy, niejako istniejący na równi z widownią, byt.

Christopher Nolan w swojej karierze filmowej raz za razem udowadniał i przypominał, że film może być czymś więcej niż tylko kawałkiem zwiniętej taśmy, a konwencje, gatunki i stylistyki filmowe tym czym miały być, gdy je stwarzano - nie zasadami samymi w sobie, ale narzędziami pełniącymi rolę służebną wobec opowiadanej historii, a co najważniejsze - wobec satysfakcji widza. W okresie rojącym się w kinach od różnorakiej maści rimejków, rebootów, sequeli, prequeli i odcinaniu kuponów od lepszych lub gorszych marek, Nolan nie boi się zaoferować widzowi produktu całkowicie oryginalnego, ambitnego i wystawnego, wyrosłego tylko z jego głowy, w którym kolejny raz bezkompromisowo łączy kino wielkie z małym, wystawne ze skromnym, mainstreamowe z artystycznym, aby osiągnąć to, co od zawsze było celem jego filmów - katharsis widza.


Oto mamy film o tak niesamowitym stopniu ambicji, skali i rewolucji tego, co robi, że zdaje się być czymś więcej niż filmem; a jednocześnie zakłócany na tyle poważnymi niedoskonałościami jądra swojej koncepcji i założenia, na którym go zbudowano, że niemożliwym jest nazwanie go arcydziełem. Historia "Incepcji" została tak skonstruowana, że można ją opowiedzieć albo w paru zdaniach albo wcale. Spróbujmy z tym pierwszym - Dom Cobb (Leonardo DiCaprio) jest zawodowym ekstraktorem, najlepszym w swoim fachu. Wraz z członkami swojego zespołu, najczęściej Arthurem (Joseph Gordon-Levitt) na zlecenie różnorakich korporacji zajmuje się wykradaniem tajnych informacji z samych umysłów swoich ofiar. Oto jednak w pierwszym akcie filmu zostaje mu zaoferowane zadanie zgoła odwrotne - incepcja, czyli nie wykradzenie, ale zaimplementowanie idei w umyśle dziedzica pewnej fortuny, Fischera Morrowa (Cillian Murphy). Skuszony obietnicą oczyszczenia z niesłusznie postawionych mu zarzutów i powrotu do swoich dzieci, zgadza się. Nie wie jednak, że wykonanie zadania będzie wymagać od niego konfrontacji z jego własnymi demonami podświadomości - miłością do utraconej żony (przepiękna Marion Cotillard) i jej własnym obsesyjnym pragnieniem bycia z nim.

"Incepcję" można w przybliżeniu określić jako rabunkowy film science-fiction - jak też w przypadku wielu obrazów o najróżniejszego rodzaju włamaniach (seria "Ocean's Eleven", "The Bank Job", "Score" itd.), pierwsza część zostaje poświęcona na rozplanowanie i rozpracowanie całej akcji, a druga - na samą kradzież. Widzowi nie zajmuje dużo czasu, aby zrozumieć, że im bliżej drużyna Cobba jest wykonania zadania, tym cięższą walkę on sam toczy z własną podświadomością. To dlatego "Incepcja" jest perfekcyjnym połączeniem intymnego kina psychologicznego z wielkim widowiskiem science-fiction - zapierające dech sceny akcji są tu niczym więcej jak środkiem przybliżającym nas do emocjonalnej przemiany głównego bohatera. Konsekwencja Nolana, gdy wprowadza tę zasadę w życie jest godna podziwu - w "Incepcji" nie ma ani jednej niepotrzebnej strzelaniny, ani jednej zbędnej feerii fajerwerków tylko na pokaz. Wszystko pełni rolę służebną wobec historii, a dokładniej wobec emocjonalnej podróży Cobba - niczym promienie wychodzące z tarczy słonecznej. Nie potrafię sobie przypomnieć jakiegokolwiek innego amerykańskiego blockbustera z ostatniej dekady, którego narracja tak konsekwentnie byłaby poświęcona nie efektom specjalnym i wybuchom, ale bohaterowi i jego emocjom. Świadomie używam liczby pojedynczej, gdyż jest to historia Doma Cobba, a motywacje całej reszty postaci drugoplanowych zostają jedynie muśnięte - i tu również nasuwają się skojarzenia z główną linią narracyjną i pobocznymi, z promieniami ozdabiającymi okrąg tarczy słonecznej. Z różnych powodów (o których za chwilę) zarówno osobowości, jak i motywacje kompanów Cobba pozostają niewyjaśnione, a oni sami są dla nas enigmami. A jednak to ogołocenie "Incepcji" z niepotrzebnych wątków i zegarmistrzowska finezja z jaką Nolan ukazuje nam główną historię skutkuje - zdawałoby się wbrew logice - niesłychanym skupieniem i zaangażowaniem w proces jej odsłaniania. Dlatego z niekłamanym zachwytem mogę powiedzieć, że miłosny wątek Cobba i jego utraconej miłości został tak subtelnie i elegancko wpleciony w akcję filmu o włamywaniu się do czyichś snów, że przed naszymi oczami staje się najzwyczajniej w świecie szczery, piękny i autentyczny. I jeśli w "Incepcji" są jakieś fragmenty, które zasługują na miano arcydzieła - są to właśnie momenty, gdy poznajemy smutne losy Cobba i Mal.


Kontynuując passę ambitnych, aktorsko wymagających projektów, Leonardo DiCaprio wspina się tu na wyżyny swego kunsztu, subtelnymi środkami kreując postać jednocześnie inteligentną i pewną siebie, jak i naznaczoną straszliwą skazą, rozdartą tragedią i tracącą kontakt z rzeczywistością. Zadanie to tym trudniejsze, że "Incepcja" jest filmem - kameleonem z wciąż zmieniającym się środkiem ciężkości i im głębiej bohaterowie schodzą w podświadomość Fischera, tym bardziej przebiegłe pomysły zaimplementowania w nim idei wchodzą w grę i na tym liczniejszych poziomach ich kreacje aktorskie muszą pracować. W filmie są długie fragmenty, gdy drużyna Cobba z zegarmistrzowską precyzją wciela w życie plan wyjaśniany długi czas temu, ani razu nie pozwalając sobie na znane nam wszystkim techniki aktorskie, mające ułatwić śledzenie historii. Dlatego tak ważnym jest bycie zaangażowanym w nią od początku do końca.

Możliwe jest to wszystko dzięki temu, że w "Incepcji" ontologiczny status wydarzeń rozgrywających się w snach istnieje na tym samym poziomie realności, co świat rzeczywisty - wizja Nolana traktuje sny jako prawdziwe, fizyczne miejsca, w których możliwe jest naginanie zasad realnego świata, ale które również muszą podlegać całemu zestawowi swych własnych restrykcji i ograniczeń. Przedstawieniu tych zasad służy pierwsza część filmu, w której Cobb werbuje w Paryżu nową członkinię do zespołu - Ariadnę (Ellen Page). Służy ona jako substytut widowni i zadaje wszystkie te pytania, jakie my jako widzowie chcemy zadać. To tutaj Nolan popełnia błąd: ekspozycja w "Incepcji" jest niewystarczająca. Wytworzony świat i rządzące nim zasady przypominają raczej szkielet niż pełnokrwistą rzeczywistość. Wiemy, że istnieje technologia pozwalająca na ingerencję w cudze sny. Ale skąd się wzięła? Jak ona działa? Jak jest powszechna, kto z niej korzysta? Jaki stosunek mają do niej władze i jaki użytek z niej robią? Te wszystkie pytania pozostają bez odpowiedzi. Przydałby się również bardziej obrazowy opis samych zasad rządzących technologią wspólnego śnienia czy misternego planu, jaki układają bohaterowie, aby Fischer uwierzył, że podłożona mu idea jest jego własną. Boli to tym bardziej, że na porządne wyjaśnienie tych rzeczy wystarczyłoby dosłownie parę dodatkowych minut. Jego brak powoduje, że drugą połowę filmu, w której drużyna Cobba wciela proces incepcji w życie i z której trwaniem bohaterowie są wystawiani na coraz to bardziej ekstremalne sytuacje, ogląda się nie tylko z poczuciem skonfundowania, ale nawet zażenowania z powodu coraz bardziej absurdalnych trudności, na jakie trafiają bohaterowie. Nolan niebezpiecznie balansuje tu na krawędzi śmieszności.


Pod względem realizacyjnym "Incepcja" jest absolutnie bezbłędna. Wizualizacje, jakie zostają rzucone przed nasze oczy oszałamiają dopracowaniem i wyobraźnią, wielokrotnie przewyższając to, co mogliśmy widzieć w kinie przez ostatnie lata, ze sławetnym "Avatarem" na czele. Przywiązanie Nolana do obrazu kręconego z kamery i jego oszczędne użycie efektów komputerowych owocują niespotykanym, intymnym wręcz realizmem. Jego fragmentaryczna, często równoległa, wsparta mistrzowskim montażem narracja jest jak zawsze zabójczo efektywna (skojarzenia z "Mrocznym Rycerzem" jak najbardziej na miejscu). I tutaj pojawia się pewien haczyk - mowa tu o filmie prowokującym najróżniejszego rodzaju interpretacje. Jedną z nich, zależną zwłaszcza od odbioru ostatniego ujęcia, jest możliwość, że cały film jest tak naprawdę snem głównego bohatera. W takim wypadku wszystkie wymienione wcześniej aspekty obrazu, w tym i wady - brak motywacji postaci, szkieletowość przedstawionej rzeczywistości, fragmentaryczna narracja - nie są nie tylko wadami, ale przeradzają się w zalety. Uwiarygodniają bowiem nierzeczywistość świata, w jakim znajduje się bohater. Nasuwa się tu jednak pytanie - czy tworząc świat pozwalający na wielorakie interpretacje wydarzeń, jego stwórca ma prawo świadomie skazić go wadami, które w domyśle owe interpretacje mają nam nasuwać? Moim zdaniem, nie. I moim zdaniem, jakkolwiek szanuję to, co Nolan chciał osiągnąć, dla mnie szkieletowość i - co tu dużo mówić - chwiejność przedstawionego świata, wciąż pozostają wadą.

Czas pokaże czy "Incepcja" zapisze się złotymi zgłoskami w annałach kina początku XXI wieku i czy zdobędzie tyle nagród, na które wielu twierdzi, że zasługuje. To film będący czymś znacznie więcej niż typowym blockbusterem; o ambicjach tak wielkich, że - trochę podobnie jak jeden z poprzednich filmów Nolana, "Prestiż" - stara się wykroczyć poza granice swojego medium. Pojawiło się już wiele opinii oceniających czy ten zamiar się udał; większość z nich pozytywnych, a inne tak negatywne, że nie wahały się nazywać Nolana oszustem, robiącym widzom wodę z mózgu. Jestem w stanie to zrozumieć. Jestem w stanie zrozumieć, że w stworzony przez niego świat wielu może nie uwierzyć, a jednocześnie niesamowita wręcz sprawność, szczerość i emocjonalność, w jaką został ozdobiony, może nosić oznaki oszustwa - oszustwa mającego na celu wprawienie widzów w prymitywne osłupienie i obezwładnienie ich formą zbudowaną wokół pustej i nic nieznaczącej treści. Nie zgadzam się z tymi zarzutami, ale rozumiem je, a nawet do pewnego stopnia usprawiedliwiam. "Incepcja" to jeden z tych filmów, które chce się ocenić wyżej, niż na to zasługują; które sprawiają wrażenie, że mają więcej sensu niż (całkiem prawdopodobne, że) mają. A jednak ja uwierzyłem w wykreowany przez Nolana świat; oczarowały mnie czarodziejskie sztuczki, jakimi go ozdobił, ale ponad wszystko zostałem emocjonalnie wciągnięty w genialnie pokazaną podróż głównego bohatera do przezwyciężenia nieprzezwyciężalnego i samopoznania. I za tę podróż daję "Incepcji" - trochę na wyrost, trochę może niesłusznie, z kredytem zaufania dla Nolana na przyszłość, ale jednak - zasłużone...

9/10




wytwórnia - Warner Bros., Legendary Pictures, 2010
scenariusz i reżyseria - Christopher Nolan
produkcja - Christopher Nolan, Kanjiro Sakura, Emma Thomas
muzyka - Hans Zimmer
zdjęcia - Wally Pfister
montaż - Lee Smith
efekty specjalne - Paul J. Franklin, Pete Bebb, Rob Hodgson
czas projekcji - 148 minut

wystąpili
Leonardo DiCaprio
Joseph Gordon-Levitt
Ellen Page
Tom Hardy
Ken Watanabe
Dileep Rao
Cillian Murphy
Tom Berenger
Marion Cotillard
Pete Postlethwaite
Michael Caine
(Cobb)
(Arthur)
(Ariadne)
(Eames)
(Saito)
(Yusuf)
(Robert Fischer, Jr.)
(Browning)
(Mal)
(Maurice Fischer)
(Miles)

Autor recenzji gościnnej: Jerzy "Rodia" Babarowski [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 5 sierpnia 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF



comments powered by Disqus