Na początku zaznaczę dwie kwestie: bodźcem, dzięki któremu powstał ten tekst jest analiza Military'ego i w opozycji do niej jest pisany. Siłą rzeczy druga kwestia wynika z pierwszej i...


UWAGA! TEKST PRZEPEŁNIONY PO SAME BRZEGI SPOJLERAMI!


Od razu też muszę powiedzieć, że "Incepcja" mnie urzekła. Co prawda po drugim obejrzeniu nie wydawała mi się już dziełem objawionym, jednak wciąż, pomimo kilku wad, jest to, moim zdaniem, jeden z najbardziej utalentowanych amerykańskich reżyserów w najwyższej formie i tym samym obejrzałem film angażujący i błyskotliwy. Wiem, już w tym momencie przeciwnicy filmu - w tym autor analizy, do której się mam zamiar ustosunkować - pomyślą "meh, fanboy Nolana - nie ma z kim i o czym gadać", więc jeszcze tytułem wstępu powiem, że poprzednie dokonanie tego reżysera, czyli nieszczęsny "Mroczny Rycerz" był... No, zdradziłem już moją opinię, ale nie czas i miejsce to, by się rozwlekać, dlaczego najnowszy film o facecie w czarnej pelerynie (nie Zorro) tak mnie kłuje w boku i uwiera w dorobku świetnego twórcy. Patrząc z mojej perspektywy jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - dzięki poprzedniemu filmowi w dużej mierze udało się Nolanowi nakreślić swoją rozmachniętą wizję w "Incepcji", także przez zaciśnięte zęby dziękuję "Mrocznemu Rycerzowi" i przechodzę do właściwej części tekstu.

Ach tak - jeszcze moment. Chciałem odnieść się po kolei do każdego punktu analizy Military'ego, jednak po chwili zastanowienia widzę, że mój zamiar nie wypali - jak na człowieka, który zarzuca konstrukcyjną indolencję Nolanowi - autor tekstu sam nie popisał się specjalnie i konstrukcja jego dzieła jest wybitnie niewygodna, kiedy przychodzi do spierania się. Toteż na początek musimy zacząć od końca.

6. "Nolan może załatwić krytykę najtańszą wymówką świata"
- czyli o sztuce hipokryzji.

Mamy tutaj zarzut do zwolenników "Incepcji", że każdą krytykę tak beznadziejnego filmu można przecież prymitywnie zbyć frazesem w rodzaju "nie ogarnąłeś tego filmu, dlatego Ci się nie podoba" i wsadzić opornych do szufladki z idiotami. Chamskie, nie? No jasne - ale ten sam oręż zwraca tutaj autor przeciwko swoim oponentom, co daje nam słabą podstawę dla dyskusji, które mogłyby wyglądać tak:

Fan "Incepcji" (FI): Film jest świetny!
Przeciwnik "Incepcji" (PI): Film jest do kitu!
FI: Nie ogarniasz wizji Nolana - jesteś idiotą!
PI: Jesteś fanboyem Nolana, który zbywa mnie najtańszą wymówką świata - sam jesteś idiotą!

Mamy więc sytuację, w której można na temat "Incepcji" napisać największe głupoty i zjechać ją zupełnie (lub częściowo) bezpodstawnie, a spierać się nie będzie wypadało, nie będzie wypadało wytykać błędów w krytykanckim myśleniu, gdyż wejdę do szufladki zaślepionej masy owieczek, które zapatrzone w błyszczące obiekty na ekranie nie dostrzegają mielizn scenariusza. Któż chciałby znaleźć się w takiej szufladce? No dobra, ja spróbuję do niej wskoczyć, a więc drogi kolego - uważam, że wizji Nolana nie ogarnąłeś. A na przyszłość proponuje odstawić takie założenia a priori z dwóch stron i pozostać przy argumentach merytorycznych.

Jako, że polemikę z punktem 1. i 2. (które potraktuję wspólnie) uważam za kluczową, to tymczasem przenosimy się do punktu 3.


3. "Gra, której nie da się wygrać"
- czyli o problemach z identyfikacją.

Zarzut prosty: bohaterowie drugoplanowi są nijacy, ergo nie wczuwasz się, ergo wszystko Ci zwisa. Autor proponuje tutaj grę na poparcie swojej teorii, więc myślę, że będzie całkowicie na miejscu, jeśli się pobawimy razem. Toteż kilka przymiotników o postaciach "Incepcji" (o tak - zapamiętałem nawet imiona większości z nich!):

Arthur - systematyczny egocentryk, konkretny, opanowany, zarzuca się mu brak wyobraźni ciut na wyrost, odrobinę ekstrawagancki.

Eames - cyniczny, arogancki, ciężkie poczucie humoru, lekkoduch.

Saito - honorowy, błyskotliwy, odważny, silna osobowość.

Ariadne - postać bardzo ciekawa dopiero, gdy odczytuje się ją symbolicznie i zestawia z Mal, dużo zresztą mówi jej imię, jest przewodniczką Cobba oraz widza, sama w sobie jest ciekawska, troskliwa, empatyczna, altruistka.

Yusuf - ok, o nim można naprawdę niewiele powiedzieć.

Fischer - na babraniu się w jego psychice opiera się cała misja, więc czy naprawdę trudno go scharakteryzować? Zdefiniowany przez relację z ojcem, zagubiony, przytłoczony ciężarem odpowiedzialności, zmęczony niezaspokojoną ambicją własną oraz ojca, etc...

Mal - też może być śmiało odczytywana symbolicznie (i tu imię znaczące), nie poznajemy jej zresztą, więc jej obraz świadczy tutaj o Cobbie (demoniczna, charyzmatyczna, targana emocjami i wątpliwościami).

Więc? Naprawdę nie musiałem się napocić, by wymienić kilka cech dla (prawie) każdej postaci. I jeśli ktokolwiek miałby wątpliwości, co do adekwatności tych krótkich charakterystyk, mogę na życzenie dać wykaz scen, z których wnioskuję o danych rysach (bo - któż wie - może zmyślam sobie i nadinterpretuję, by tylko ośmieszyć retoryczny chwyt autora analizy).

Oczywiście, Arthur, Eames czy Saito w żadnym wypadku nie są postaciami pogłębionymi, ale hej - przecież to drugoplanowi bohaterowie, którzy partnerują Cobbowi, tworzą tło. Jak na pełniących funkcję "członków drużyny Cobba" są wystarczająco dobrze zarysowani, na tyle specyficzni i indywidualni, by można było im kibicować. Niezwykle trudno mi pojąć, jak Military mógł mieć jakiekolwiek problemy ze skromnym wykazem ich cech.

Oprócz Cobba zresztą mamy jeszcze jedną postać ze szczegółowiej zarysowaną psychologią - młodego Fischera. To też nie studnia mentalnych zawiłości, ale jest to bohater spójny, bardzo dobrze odegrany i na tyle wiarygodny, że cała operacja i manipulacje, jakim zostaje poddany, nie rażą schematycznością i uproszczeniami. Przemianę Fishera odebrałem jako szczerą i bez kłopotu udało mi się odczuć wagę jego katharsis.

Za to parę Mal - Ariadne można odczytywać w symbolicznych rejestrach. Mal (z fr. zło, tak - wszyscy wiemy, ale wypada przypomnieć) jest personifikacją winy, Ariadne (nie będę obrażać niczyjej znajomości mitologii, siłą rzeczy przydługimi objaśnieniami) za to ma być przewodniczką Cobba, która pomaga głównemu bohaterowi wyjść z labiryntu obwiniania się, podsuwa mu przebaczenie, jako rozwiązanie. Skonfrontowanie tych postaci jest w istocie przedstawieniem opozycji wina - przebaczenie, w tym świetle spotkania bohaterek otrzymują drugie dno. Tutaj też osadzony jest pewien rodzaj konfliktu, który napędza emocjonalną stronę fabuły. Owszem, nie znajdziemy czarnego charakteru w jednostkowej, osobowej postaci, nie ma też bossa na końcu levelu, którego musi pokonać drużyna. Fisher oczywiście nie jest żadnym przeciwnikiem - ze zbyt wielkim zrozumieniem jest portretowany, pomijając już, że właściwie nie przypisano mu żadnych stricte negatywnych cech. Mal też nie jest zła, jako kobieta, żona Cobba jest postacią tragiczną, jej cień zaś wyraża problemy pierwszoplanowej postaci i w tym sensie możemy mówić o "czarnym charakterze". Byłby nim w "Incepcji" tak naprawdę sam główny bohater, sposób, w jaki odbiera świat - zmierzyć należy się z samym sobą, wątpliwościami, obarczoną ciężarem winy psychiką, lecz przede wszystkim z przerażającą niepewnością ontologiczną.

Jak dla mnie jest to jeden z najbardziej wiarygodnych rodzajów antagonisty zaoferowanych nam przez kino. Choć może ktoś wolałby pojawienie się Megatrona, zła strona wtedy byłaby o wiele klarowniejsza przecież...


4. "Ten film jest niebieski"
- czyli naprawdę wolałbyś, by był tęczowy?

Kolejny prosty zarzut. Duża kasa - film o snach - film mało oniryczny - wyrzucona kasa. To prawda, zresztą "Incepcja" w zasadzie w ogóle oniryczna nie jest w warstwie wizualnej. Wyjaśnienie tego faktu poprzez stwierdzenie, iż Nolanowi zabrakło wyobraźni oraz/lub zachłysnął się budżetem, to jednak jest jakaś teoria. Czy nie lepszą jednak jest taka, że estetyka oniryzmu nie służyłaby kompletnie myśli przewodniej filmu ani nie korespondowałaby logicznie z prawami kreowanego przez reżysera świata?

Nie zapominajmy proszę, że sny pokazane w "Incepcji" to nie spontaniczne, niekontrolowane wybuchy nieświadomości, tylko starannie stworzone dla pewnego celu projekty architekta. Sądzę, że Ariadne mogłaby dla swojego snu zaprojektować samochody o kołach kwadratowych, kręcących się mimo to normalnie. Pytanie tylko, po co? Projekt powinien być jak najbardziej zbliżony do rzeczywistości by a) stworzyć wiarygodną iluzję, która niczym nie może się zdradzić obiektowi operacji, b) nie utrudniać zadania ekipie ekstraktorów/inceptorów. Powtórzę, że sny kreowane w filmie Nolana nie są normalne, to pewne twory konstruowane intencjonalnie i wspomagane pewnym zapleczem technologicznym - nie wszystkie prawa znane nam z naszych doświadczeń mają tutaj zastosowanie. Moje sny nie kończą się trzęsieniem ziemi na moment przed przebudzeniem, ale z drugiej strony nigdy nie znalazłem się w cudzym śnie, w którym właśnie zastrzelono jego autora. Myślę, że w tym świetle hipotetyczna wizja Nolana o zawalającym się śnie jest całkiem do przyjęcia.

Wspomniałem też coś o myśli przewodniej filmu, do tego wątku wrócę obszerniej później, na razie trącę temat od poruszanej strony estetycznej. Otóż myślę, że sekwencje snu są tak konwencjonalne i realistyczne, by przekazać widzowi jak złudna potrafi być rzeczywistość. Uważam, że jest to przemyślany zabieg reżysera - widz ma się zgubić w grze snu i jawy tak samo jak Cobb, ma poczuć się niepewnie, gdyż normalnie wyglądający świat może właśnie być tylko ułudą. Estetyka oniryczna mogłaby się wydać na miejscu dla postaci posługującej się senną logiką, jednak zdradzałaby się automatycznie przed widzem.

Wszystko rozbija się o dręczące głównego bohatera pytanie: skoro sen wygląda jak jawa, to dlaczego jawa nie miałaby być snem? I możemy mieć pretensje do Nolana, dlaczego nie dał się bardziej ponieść wyobraźni (o ile w ogóle posiada coś takiego) w warstwie wizualnej, dlaczego mając takie pieniądze nie pokazał walczących mieczami świetlnymi nazistów na tyranozaurach? Jednak wcześniej zastanówmy się, komu tutaj faktycznie zależy na formie błyszczącej się, a nie sensownej.


5. "Trzygodzinny zwiastun"
- czyli... wyczerpuje mi się forma nagłówka.

Przyznaję, że tutaj nie wiem jak mam polemizować z zarzutami. Nie żebym się zgadzał, po prostu nawet nie do końca rozumiem, jak ma się ów "zwiastunowy" montaż przejawiać. Omawiany film zdążyłem już obejrzeć dwa razy i ani w nim, ani w żadnym innym dziele Nolana montaż mi nie przeszkadzał, nie utrudniał zanurzenia się w opowieści, nie wydawał się wymuszony, przesadzony itp. Wręcz przeciwnie, reżyser ten w swoich filmach, patrząc na montaż z perspektywy całościowej - nie pojedynczych scen - odznaczał się niezwykłą pomysłowością i umiejętnością przenoszenia treści filmu na jego walory formalne (odwrócony montaż w "Memento", plątanie się pomiędzy pamiętnikami w "Prestiżu" czy pudełkowa konstrukcja "Incepcji"). W jego najnowszym filmie wrażenie stopniowego schodzenia w dół i głębiej jest fenomenalnie oddane - także przy pomocy ścieżki dźwiękowej. Poziom patosu jest tu faktycznie wysoki - muzyka nadawałaby się, jako ilustracja epickich scen batalistycznych, gdzie w planie ogólnym, ujęciu najlepiej z lotu ptaka, figura człowieka jest zredukowana i przytłaczani jesteśmy ogromem wydarzeń. A jednak tutaj tego rodzaju partytura przewrotnie stanowi tło wgłębiania się w psychikę jednostki - podkreśla znaczenie tego, co dzieje się w głowie i wraz z całą warstwą wizualną nadaje rozmach temu, co rozgrywa się wewnątrz. Wracam znów do mojej tezy, że pewna wizja w "Incepcji" jest budowana konsekwentnie i podporządkowuje sobie wszystkie tworzywa filmu - nie jakoby wszelkie formalne zabiegi reżyserskie miały łatać rzekomo dziurawy scenariusz. Zaś zarzucenie soundtrackowi "atakowania kiczem" świadczy z kolei albo o efekciarskiej retoryce, albo o mętnej znajomości pojęcia. Ścieżka dźwiękowa "Incepcji", jakkolwiek przejaskrawiona miejscami, jest jednak spójna, jednorodna stylistycznie i wyraźnie przemyślana - nie musi się podobać, jednak do kiczu jej daleko.

Wracając jeszcze do montażu - poszczególne sceny i sekwencje faktycznie zmontowane są pośpiesznie, mi osobiście przeszkadzało to w fazie planowania akcji. Ten fragment filmu sprawia wrażenie celowo pociętego, by zmieścić się w wymaganiach producenckich. Odnotowuję to jako minus, gdyż brak bardziej szczegółowych i spokojniejszych wyjaśnień może przeszkadzać, zwłaszcza, że akcja później tylko przyśpiesza i się komplikuje. Jakkolwiek wciąż obstaję przy tym, że scenariusz jest świetny i mimo skomplikowania nie plącze się i nie ujawnia braków, choć od widza wymaga uważnego odbioru i pewnej domyślności. A doszedłszy płynnie do kwestii scenariusza mogę rozpocząć punkt finalny.


1. i 2. "O co tu chodzi?"
- czyli już śpieszę z pomocą!

Połączę dwa pierwsza punkty analizy Military'ego, gdyż w pierwszym i tak wiele odkrywczego nie znajdziemy. Tak, udało Ci się, drogi kolego, określić jeden z wątków filmu, który przy tym robi za MacGuffina. Masz rację, że nie jest on jednak głównym, gdyż "Incepcja" tak naprawdę kręci się wokół postaci Cobba, a potem już zaczynasz się plątać... Dlaczego uważam, że się plączesz? Oto kilka znajomych cytatów (podkreślenia moje):

W filmie znajduje się mnóstwo wskazówek sugerujących, że nawet to,
co uchodzi za rzeczywistość także jest snem.

Jeżeli wszystko jest snem DiCaprio (co można zacząć podejrzewać naprawdę szybko)...

Wariant "wszystko jest snem" oznacza...


Toteż jeszcze na początku punktu drugiego własnej analizy przyjmowałeś, że opcja, iż cały film jest snem jest jedną z wielu, że jest to wariant sugerowany przez pewne elementy scenariusza. Tymczasem już akapit później jakby o tym zapominasz. A jednak tak naprawdę można uznać, że - owszem - cały film jest snem (Cobb nie wrócił z limbo, do którego trafił z Mal, jego żona miała rację zabijając się), można założyć też, że Cobb dobrze orientował się w ontologii swojego świata i rzeczywistością jest to, co rozpoznaje jako rzeczywistość (np. zakończenie filmu), inną interpretacją wydarzeń jest ta, iż Cobb nie wydostał się dopiero z limbo, w którym znalazł się z Saito i w rzeczywistości nie udało mu się wrócić do dzieci, jakkolwiek samo zlecenie było prawdziwe. Można w końcu uznać, że w zakończeniu reżyser sugeruje środkiem odautorskim (perfidne cięcie montażowe kręcącego się bączka), że nie ma czegoś takiego, jak obiektywna rzeczywistość. Wszystkie te opcje są prawomocne i znajdują swe potwierdzenie w filmie i to stanowi właśnie o geniuszu skryptu. Nie wiemy czy całe zlecenie od Saito jest prawdziwe czy to tylko sen, Cobb też nie. Tak jak główny bohater nie możemy ustalić czy pozostałe postaci nie są wyłącznie projekcjami, nie możemy rozpoznać iluzji. Brak pewności nie wyklucza jednak nadziei i dlatego Cobb podejmuje się wyzwania - gdyż istnieje możliwość, że to wszystko dzieje się naprawdę, że może wygrać powrót do domu.

Cała krytyka założeń scenariusza przedstawiona w przywoływanej analizie przeprowadzona jest z perspektywy jednego wariantu, co kompletnie wypacza wymowę filmu i uważam to za niedopuszczalne. Tak - Nolan strzeliłby do własnej bramki, gdyby zdradził się w toku akcji, że przedstawione zmagania nie są rzeczywiste, ale tego nie robi! Mówi za to "może", dzięki czemu możemy się poczuć dokładnie tak, jak główny bohater - sytuacja analogiczna z "Memento", konstrukcja scenariusza znów niejako oddaje optykę postaci, pozwala widzowi odczuć jej problem.

Wychodząc od tego punktu pozostałe Twoje zarzuty również okazują się być nietrafne. Akceptacja śmierci żony jest jednym z ważniejszych motywów, ale nie jedynym i nie najważniejszym. Jest jeszcze sama incepcja, którą przedwcześnie skreśliłeś i wątek Fischera wraz z etycznymi pytaniami, jakie ze sobą niesie (tzn. jak ocenić z moralnego punktu widzenia to, co zrobiono młodemu dziedzicowi). Mamy symboliczne skonfliktowanie Mal i Ariadne, jest sama walka o przeżycie (gdyż trafienie do limbo jest zrównane praktycznie z kompletnym zatraceniem się). Przede wszystkim jest jednak zmaganie się ze sobą i rzeczywistością, walka o określenie świata i swojego w nim miejsca. Niedostrzeżenie większej części problematyki filmu, a potem zarzucanie mu braku głębi i sztuczne oraz nieuzasadnione pogmatwanie jest średnio poważnym podejściem.

I jeszcze słowo o dialogach, bo to kolejne miejsce, gdzie autor użył taktyki "stwierdzę coś maksymalnie kategorycznie, by czytelnikowi nie przyszło do głowy zastanowić się nad tego zasadnością." Aktorzy nie tłumaczą do końca filmu zasad rządzących światem - wszelkie wyjaśnienia zaczynają się na dobre wraz z pojawieniem się postaci Ariadne oraz zasadniczo kończą na pierwszym poziomie snu, gdzie Cobb mówi o limbusie (później akcja nabiera takiego tempa, że co najwyżej można wyłowić jakieś krótkie, sporadyczne wzmianki). Uważam przy tym, że reżyser bardzo sprawnie i zasadnie użył postaci, która to jest nowa i nie wie co i jak, do nakreślenia podstawy dla fabularnego i formalnego rozmachu, który ma nastąpić później. Choć - jak mówiłem - moim zdaniem sekcja przygotowawcza jest i tak za krótka i zbyt chaotyczna, co jest jedną z nielicznych wad filmu (mam nadzieję, że pojawi się wersja reżyserska, która poprawi ową niedoróbkę).


Sumując, "Incepcja" jest jednym z filmów, którym udała się trudna sztuka przepchnięcia się z czymś głębszym do szerszej świadomości, dotarła ze swoją myślą do liczby odbiorców, o jakiej ambitnym, niezależnym twórcom może się tylko marzyć. Myślę, że to może prowokować, by wytknąć masom miernotę dzieła, które wielu z miejsca uznało za najgłębsze dokonanie kina. Myślę, że bardzo elegancko można sobie tym podreperować samoocenę. Gwoli ścisłości: nie jest to zarzut stricte do autora analizy, raczej dygresja po przejrzeniu filmwebowskich komentarzy - zazwyczaj te krytyczne wobec "Incepcji" cechowały się o wiele bardziej agresywnym i mniej wyważonym tonem.

Nie mam zamiaru twierdzić, że pomysł kwestionowania rzeczywistości jest oryginalny - wręcz przeciwnie, jest stary jak ludzkość, której towarzyszy wraz z innymi tematami, jak oklepane lęki egzystencjalne, śmierć, miłość, prawda, spełnienie - których nigdy nie wypchniemy ze sztuki. To zaangażowanie emocjonalne i intelektualne widza oraz wyniesienie problemu na nowy stopień intensywności jest godne oklasków. Ja najnowsze dokonanie Nolana uważam za dowód, że mainstream może być ambitny, że film może sobie uczciwie zasłużyć na zarobione miliony, że na skrzydłach widowiskowej, hollywoodzkiej formy można zanieść ideę. Ideę, która może nie rozrośnie się jak wirus i nie zmieni całkowicie życia widzów, ale z pewnością wzbudzi kilka burzliwych dyskusji. Bo pomimo więcej niż ciepłego przyjęcia i powodzi różnych odczytań filmu, ale także krytyk, myślę, że nie tak wiele znowu osób - zarówno przeciwników jak i zwolenników - zauważyło, co Nolan im zrobił. Niespostrzeżenie kończy igrać z bohaterem i zaczyna z widzem, "incepcjonuje" - prowokuje do zadania sobie pytania o rzeczywistość filmową (niewykluczone, że nie tylko filmową) oraz być może udzielenia odpowiedzi. Skoro zaś pada odpowiedź kategoryczna, to czy nie więcej ona mówi o człowieku, której jej udziela, niż o filmie, który przecież pozostaje otwarty?

Na koniec mały dodatek specjalny. Ludzi, którzy uważają, iż "Incepcja" przepełniona jest błędami logicznymi i nieścisłościami zapraszam do zapoznania się z owym tworem internetowej świadomości zbiorowej. Niestety wyłącznie dla znających angielski. Można tu też znaleźć wiele naprawdę zaskakujących odwołań zamieszczonych w filmie i poczytać o prawdopodobnych inspiracjach Nolana - ciekawa rzecz.



wytwórnia - Warner Bros., Legendary Pictures, 2010
scenariusz i reżyseria - Christopher Nolan
produkcja - Christopher Nolan, Kanjiro Sakura, Emma Thomas
muzyka - Hans Zimmer
zdjęcia - Wally Pfister
montaż - Lee Smith
efekty specjalne - Paul J. Franklin, Pete Bebb, Rob Hodgson
czas projekcji - 148 minut

wystąpili
Leonardo DiCaprio
Joseph Gordon-Levitt
Ellen Page
Tom Hardy
Ken Watanabe
Dileep Rao
Cillian Murphy
Tom Berenger
Marion Cotillard
Pete Postlethwaite
Michael Caine
(Cobb)
(Arthur)
(Ariadne)
(Eames)
(Saito)
(Yusuf)
(Robert Fischer, Jr.)
(Browning)
(Mal)
(Maurice Fischer)
(Miles)

Autor analizy gościnnej: Kamil Lipa [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 8 września 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

ANALIZY | RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF



comments powered by Disqus