Cobb jest specjalistą od pozyskiwania informacji ukrytych w ludzkich umysłach. By się do nich dostać wykorzystuje moment, w którym świadomość jest najbardziej bezbronna - moment snu. Przy pomocy maszyny podpiętej do "obiektu" przenosi się do jego śniącej podświadomości, przeszukuje ją i zabiera dokładnie to, czego chce - informacje. "Obiekt" w stanie sennej nieświadomości nie zdaje sobie nawet sprawy, że stał się ofiarą ataku. Budzi się niczego nieświadomy.

Ostatnie zadanie jakiego podejmuje się Cobb - zadanie, dzięki któremu zostanie zdjęty z niego wyrok ekstradycji i dzięki któremu będzie mógł wrócić do rodziny, jest zupełnym przeciwieństwem tego, co robił do tej pory. Zamiast kraść, musi w "obiekcie" informację zaszczepić. Zasiać pomysł w jego podświadomości i manipulować nią tak, by "obiekt" uznał go za swój. Jednak atakowany umysł niespodziewanie zaczyna się bronić.

Na "Incepcję" szłam z obawą, że Nolan w tematyce snu popuści wodze fantazji tak bardzo, że widz straci orientację w tym co jest jeszcze snem, a co już jawą. Nie będzie wiadomo gdzie kończy się świat realny, a zaczyna wytwór podświadomości bohaterów. Jednocześnie jednak wiedziałam, że - jak zawsze w przypadku tego reżysera - obejrzę film bardzo dobry. Pomyliłam się okrutnie, bo tym razem Nolan nie stworzył filmu "bardzo dobrego" - stworzył film absolutnie DOSKONAŁY. Wszelkie jego aspekty przemyślane zostały z największą pieczołowitością i dbałością o najmniejszy szczegół, a linia opowieści została poprowadzona, zaskakująco na podobny temat, jasno i przejrzyście.


Weźmy na przykład wprowadzenie i przedstawienie tematyki - manipulowanie ludzką podświadomością. Samo zjawisko, co prawda, nowe ani niesamowite nie jest. Znanych jest wszak mnóstwo metod, dzięki którym można tego dokonać, stara dobra hipnoza chociażby albo przekaz podprogowy. Nolan jednak poszedł o krok (milowy co najmniej) dalej, wprowadzając maszynę, dzięki której można się "podpiąć" do snu osoby i manipulując pogrążonym w sennej nieświadomości umysłem, wpływać na akcje podejmowane w realnym świecie. Reżyser sprytnie pomija tłumaczenie w jaki sposób taka maszyna powstała i na jakiej zasadzie działa. Nie wdaje się w żadne supernaukowe dywagacje. Po prostu rzuca widzowi fakt: "w świecie, o którym opowiadam coś takiego istnieje". Koniec kropka. Bez marnowania czasu na karkołomne teorie i mydlenie oczu. I faktycznie widzowi wiedza na ten temat jest zupełnie zbędna, a Nolanowi pomaga uniknąć potencjalnych dyskusji o prawdopodobieństwie powstania podobnego mechanizmu i odwracania uwagi od filmu samego w sobie. W podobny sposób reżyser traktuje samo zjawisko snu - nie przywołuje żadnych skomplikowanych teorii o fazach sennych, nie rozczepia zjawiska śnienia na składniki pierwsze. Zamiast tego opiera się na znanych powszechnie faktach. Bazuje na oczywistościach, które są udziałem każdego z nas: nigdy nie pamiętasz początku snu; w trakcie śnienia "fabuła" snu ma dla ciebie logiczny sens. Dopiero jak się budzisz, zauważasz jak dziwaczna była. Czas w sennej "rzeczywistości" rozciąga się - dziesięciominutowa drzemka na jawie, we śnie może przekładać się na godziny. Dzięki wykorzystaniu zjawisk, które widz zna doskonale z własnego doświadczenia, Nolan zyskuje jego zupełne zaufanie. A kiedy już ma pewność, że widownia ślepo za nim podąży, dopiero wtedy każdy z tych elementów rozbudowuje, ubiera go w dodatkowe fabularne znaczenia i wymiary. Ale ponownie nigdy nie daje opowieści wymknąć się poza granice zrozumiałości i przejrzystości. Ma nad nią kontrolę absolutną. Dzięki temu budowa "Incepcji", mimo że rozgałęziona, tak naprawdę jest bardzo prosta. Jeden wątek zawiera się w drugim, ten w następnym itd. Mimo że są multiplikowane, zazębiają się ze sobą i z siebie wynikają, nie plączą się rozdzielone wyraźną granicą. Stosując proste, przejrzyste zabiegi, Nolan zwinnie unika fabularnego bełkotu, tworząc film intrygujący i kipiący od akcji. I to akcji najwyższej próby, która każe widzowi siedzieć na krawędzi fotela, wbijać pazury w oparcie i piszczeć z podniecenia.


A ciężko nie piszczeć, kiedy widzi się takie perełki jak bijatyka w hotelu, gdzie grawitacja, a właściwie jej brak, jest największym przeciwnikiem; pościg na ulicach Mombasy i Cobba zaklinowanego między budynkami - scena tak klaustrofobicznie realna, że czuć niemal otarcia naskórka spowodowane szorstką fakturą ścian. Co ciekawe, nawet sytuacje, które pozornie są całkiem pozbawione elementu dynamicznego, gdzie nie ma niczego innego poza ekspresyjnym spojrzeniem czy grymasem twarzy, kipią wręcz od emocji. Ale tu już pokłon trzeba oddać w stronę fenomenalnych aktorów, którzy z Nolanem współpracowali. DiCaprio -zdesperowany, zdeterminowany, tragiczny. Mimo że nieco powtarza swój występ z "Shutter Island", świetnie wpasowuje się w rolę i wypada doskonale. Scena w samolocie po ostatniej akcji, gdy Cobb otwiera oczy kompletnie zdezorientowany, niepewny czy faktycznie sie obudził; podejrzliwy, a jednocześnie chcący wierzyć, że wszystko się udało - mistrzostwo ekspresji. Do tego towarzystwo dwóch wspaniałych kobiet, których obecność doskonale się równoważy: Marion Cotillard - szalona i piękna, przerażająca i tragiczna zarazem; Ellen Page - świeża, rezolutna, delikatna, a jednocześnie twarda - piąstka w welurowej rękawiczce. Doskonale dobrana jest, z niewielkim wyjątkiem, ekipa Cobba: Tom Hardy - uroczy twardziel, Dileep Rao - sympatyczny, pozostający nieco w cieniu "brainiac", Ken Watanabe - enigmatyczny, egzotyczny... i ten niewielki wyjątek - Joseph Gordon-Levitt. Dla mnie niestety pewien zgrzyt w obsadzie. Chłopięca twarzyczka, szczuplutka budowa, nie do końca pasują mi do postaci Arthura, faceta, który, kiedy trzeba, potrafi spuścić porządny łomot, wysadzić w powietrze budynek, czy wyjść bez szwanku z ostrej strzelaniny. Strona antagonistów spisuje się natomiast bardzo dobrze. Świetny jest Cillian Murphy w roli Roberta Fischera, młodego dziedzica, któremu przypada w udziale potężna korporacja i jeszcze większa fortuna. Doskonale ujmuje dwoistość natury swojego bohatera: z jednej strony człowieka do głębi rozżalonego, zagubionego, uginającego się pod ciężarem gigantycznego dziedzictwa, z drugiej - kogoś, kto odnajduje w sobie pokłady energii i siły, potrzebne do dźwignięcia tego ciężaru, do poradzenia sobie z nim na swój sposób. Po Cobbie DiCaprio, zdecydowanie najlepiej odegrana postać.


"Incepcja" to jeden z niewielu filmów, mogę policzyć na palcach jednej ręki, po którym przez długi, długi czas nie chciałam oglądać niczego innego. Bałam się sięgnąć nawet po ulubione pozycje w obawie, że na tle nowego filmu twórcy "Mrocznego Rycerza" wypadną blado i nieciekawie. Nolan stworzył obraz pod każdym względem doskonały: inteligentne, pełnowymiarowe kino akcji z domieszką niebanalnej, tragicznej love story. Tym samym postawił sobie poprzeczkę jakości na niebosiężnym poziomie. Mimo wszystko jednak wierzę, że akurat jemu uda się jej dosięgnąć... Jeśli nie przeskoczyć.

10/10




wytwórnia - Warner Bros., Legendary Pictures, 2010
scenariusz i reżyseria - Christopher Nolan
produkcja - Christopher Nolan, Kanjiro Sakura, Emma Thomas
muzyka - Hans Zimmer
zdjęcia - Wally Pfister
montaż - Lee Smith
efekty specjalne - Paul J. Franklin, Pete Bebb, Rob Hodgson
czas projekcji - 148 minut

wystąpili
Leonardo DiCaprio
Joseph Gordon-Levitt
Ellen Page
Tom Hardy
Ken Watanabe
Dileep Rao
Cillian Murphy
Tom Berenger
Marion Cotillard
Pete Postlethwaite
Michael Caine
(Cobb)
(Arthur)
(Ariadne)
(Eames)
(Saito)
(Yusuf)
(Robert Fischer, Jr.)
(Browning)
(Mal)
(Maurice Fischer)
(Miles)

Autor recenzji: Aleksandra Tofil - MAUA [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 28 lipca 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF