Strona główna KMF

Szedłem na "Hulka" pełen obaw...

    ...bo kto by nie miał obaw wysłuchawszy, że film to nietuzinkowy, kładący nacisk nie na stronę wizualną i szeroko pojętą "czaderskość", a na głębię psychologiczną postaci i filozoficzne rozważania na temat dwojakiej natury człowieka. Tak naprawdę nie dostałem jednak ani "czadu" wynikającego z efektów specjalnych (wszak postać Hulka jest w całości animowana komputerowo), ani głębi psychologicznej. Jak bowiem można poważnie traktować dialogi pokroju: "Mój syn jest niesamowity i dlatego że jest niesamowity, świat będzie chciał go zniszczyć!" lub (do Bruce'a Bannera) "Ty się zdenerwujesz, zrobisz się zielony, a ja pobiorę próbkę Twojego ciała do badań". Reszta dialogów stara się być nieco poważniejsza, ale nie da się ukryć faktu, że większość rozmów jest po prostu nudna, przeintelekualizowana, a aktorstwo (szczególnie Nicka Nolte) przeszarżowane. Za dużo tu drążenia w dzieciństwie Bruce'a Bannera (Hulk), za dużo retrospekcji i wyjaśniania wcale nie tak ciekawej do wyjaśniania przeszłości, a za mało porządnej rozpierduchy, na którą po tytule "HULK" widzowie są przecież nastawieni.



 



    Sam Eric Bana (Hulk / Bruce Banner) gra tak mdło i nijako, że naprawdę czekałem tylko na chwilę kiedy przemieni się w Hulka, żeby już nie musieć oglądać jego rozedrganych ust ze śliną w kąciku i przelękniętej twarzy, wyrażającej tylko jedno: "Co ja tu robię? Się boję! Gdzie jest wyjście?". Rozumiem konwencję, wiem, że Bruce Banner to postać skromna, zakompleksiona i nieśmiała, ale gra aktorska Erica Bany pasowałaby bardziej do bajki o Kopciuszku - tak niemożliwie nieśmiało wyglądał! Mamy zatem pierwszą połowę filmu utrzymaną w spokojnym klimacie, za spokojnym wręcz, a całość dopełniona jest ciągłym dzieleniem obrazu i zabawą w ekranowe puzzle - co ma przypominać czytanie komiksu. O ile jednak na początku wydaje się to zabiegiem całkiem interesującym i cieszącym oko, tak pod koniec filmu to dzielenie włosa na czworo: rozdzielanie tego co widzimy, na pięć ujęć z różnych kamer, zaczyna nieco drażnić. Tym bardziej, że ujęcia te nie służą niczemu, jak miało to uzasadnione fabułą miejsce na przykład w serialu "24" czy filmie "Phone Booth", a są tylko efektowną próbą omotania i oczarowania widza. Sztuka dla sztuki.



 



    Przejdźmy już jednak do tego, na co najbardziej czekałem, czyli do postaci HULKA. Kiedy wreszcie Bruce Banner przemienił się w niego, doznałem lekkiego szoku. Oto w normalny film wlepiono mi bowiem ludzika uklepanego z zielonej plasteliny! Przecieram oczy - ciągle go widzę; poruszającego się niczym zielony plastuś, z mimiką twarzy nie wyrażającą niczego ponad złowrogie grymasy! Przetarłem oczy jeszcze siedemnaście razy i do samego końca pierwszego wejścia Hulka nie mogłem uwierzyć, że coś takiego dostało się na taśmę filmową! Najgorzej z całości animacji wypadła wspomniana już twarz. Cóż, potwierdza się twierdzenie, ze komputerowa animacja nigdy nie zastąpi żywego aktora, a komputer nie stworzy żywej twarzy. Sylwetkę postaci i owszem, ale nie twarz. Oczy sprawiają wrażenie martwych, a facjata razi sztucznością i bezdusznością. Z drugiej jednak strony, na tle rozmemłanego aktorstwa Erica Bany, HULK zagrał zdecydowanie lepiej.



 



    Na szczęście im dalej w film, tym postać Hulka wydaje się być zrobiona jeszcze lepiej i precyzyjniej - a może po prostu z czasem przyzwyczaiłem się do jego obecności na ekranie. Bądź co bądź, film dalej nudził, przerwany kolejnym (tym razem już znacznie lepszym i efektowniejszym) wejściem Hulka. Później znowu dawka nudy i smęcenia o przeszłości i dwie akcje na złoty medal w kategorii efektów specjalnych, połączone przy okazji z miodnością i dramaturgią na wysokim poziomie. Ang Lee dał niezły popis ekranowej rozwałki, gdzie zamieścił nawet nieco z lekkości bohaterów "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka". Co by nie mówić o filmie jako całości, sekwencje walk Hulka z Czołgami i Śmigłowcami zapierają dech w piersiach. Takiej miodnej nawalanki, gdzie ciężki sprzęt wojskowy jest rzucany i miażdżony niczym zabawki - jeszcze w kinie nie widziałem! Szkoda tylko, że to jedyny motyw jaki zapamiętam z tego, niestety przeciętnego filmu, który siląc się na głębię, ostro przynudził i nie wykorzystał potężnego potencjału "demolki" jaki tkwił w kultowej, zielonej postaci. Drogi Panie Angu Lee... to miało być wyczesane kino akcji, a nie teatr dramatyczny. Co miała oznaczać zagrana z kijem w tyłku scena konfrontacji ojca z synem pod koniec filmu? To nie Szekspir, tylko komiks. To "Hulk" a nie "być albo nie być, oto jest pytanie". Za poważnie panie Angu Lee rozegrał pan pewne motywy, zaniedbując inne, a przede wszystkim pozostawił Pan żądnych akcji widzów, jak sikającego za wozem! Czekali na akcję, a wóz odjechał zostawiając ich zdziwionych i zawiedzionych. Żeby jednak nie kończyć niniejszej recenzji pesymistycznie, wspomnę o doskonałej ścieżce dźwiękowej autorstwa Danny'ego Elfmana oraz naprawdę "dających po uszach" efektach dźwiękowych, zwłaszcza w momentach gdy Hulk "rozrabia".



   AUTOR RECENZJI:
    Rafał Donica - DUX
      dux@film.org.pl