STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE



Dawno temu na wakacjach nad morzem przeczytałem artykuł w jakimś ekonomiczno-społecznym czasopiśmie, chyba Forbes, że okres fascynacji przeróżnymi wytworami kultury popularnej (tymi najlepszymi i osiągającymi największy sukces) nastolatków wchodzących w okres dorastania, trwa zazwyczaj nie więcej niż dwa lata. Po tym czasie dzieci zwyczajnie tracą zainteresowanie kolejnymi Pokemonami, Gwiezdnymi Wojnami, Tolkienem, Zmierzchem (o którym wtedy nikt jeszcze nie słyszał) i szukają sobie czegoś nowego. Cóż, to było dawno.

Gdyby podobny artykuł został napisany dzisiaj, z pewnością znalazłaby się w nim specjalna adnotacja dla serii o Harrym Potterze, której pierwszy tom wypłynął w 1997r. dosłownie wymiatając konkurencję z rynku, i która to pozostała na szczytach zarówno list bestsellerów jak i gustów krytyków i czytelników, przez kolejną dekadę, zbliżając się przy okazji poziomem popularności do tak mało znanych wytworów literatury, jak wspomniane już dzieła Tolkiena czy Biblia. Znany ze swej pazernej zachłanności przemysł filmowy od razu chciwie inkorporował serię o młodym czarodzieju (stało się to już po pierwszym tomie) widząc okazję na nakręcenie nie jednego, ale siedmiu filmów, z których każdy najlepiej, żeby zarobił z miliard dolarów. Cóż, przyznać trzeba, że producenci najbardziej pomylili się jedynie przy fakcie nakręcenia siódemki filmów - bo nakręcono o jeden więcej.

Chciałoby się, żeby adaptacje filmowe dorównywały poziomem swym literackim pierwowzorom, jednak kinowej serii o Harrym nie zawsze się to udawało. Częste zmiany reżyserów, kosmetyczne zmiany w obsadzie, coraz większa objętość kolejnych adaptowanych tomów, a przede wszystkim kręcenie serii głównie z myślą o nastolatkach powodowały, że filmowe przygody Harry'ego miały swoje wzloty i upadki. A ostatnimi laty wydawało się, że zakończą się raczej tym drugim. Wyobraźcie bowiem sobie, że, tak jak pani J.K. Rowling, napisaliście książkę pełną wspaniałych, epickich wydarzeń, barwnych bohaterów, sprawnie operującą drugim, a nawet i trzecim planem, pełną niejednoznaczności i mroku, dzięki którym waszą powieść mogą czytać zarówno dzieci jak i dorośli. A potem wyobraźcie sobie jak filmowa adaptacja waszej opowieści zostaje wyprana z wszelkich niuansów, w jakie ją wzbogaciliście i zamiast wspaniałej przygody widzowie dostają średnio strawny bełkot.

W dużej mierze to właśnie stało się z serią o Harrym Potterze od momentu, gdy pieczę nad nią przejął brytyjski reżyser David Yates, któremu wydawało się, że jeśli pokaże, że Hogwart jest omszały, a kolorystyka otoczenia Voldemorta zgniło-zielonkawa, to seria stanie się mroczna. Boleśnie przekonawszy się przy "Harrym Potterze i Zakonie Feniksa", że adaptowanie 1000-stronicowej książki w ramy dwugodzinnego filmu nie jest dobrym pomysłem, Yates nieco zrehabilitował się niezłym "Księciem Półkrwi" po to tylko, aby powrócić do bardzo przeciętnego poziomu pierwszą częścią "Insygniów Śmierci".

A jednak zachwyt zarówno krytyków jak i widzów drugą częścią ostatniej odsłony czarodziejskiej sagi wydawał się zwiastować jakąś zmianę, tak, jakby Yates wreszcie nabrał albo talentu albo odwagi. Tymczasem nowy Potter cierpi na dokładnie te same bolączki co poprzednie części wyreżyserowane przez Brytyjczyka i jedynie dzięki genialnemu materiałowi źródłowemu i świetnej stronie technicznej staje się co najmniej filmem dobrym, jeśli nie bardzo dobrym. Choć doprawdy tych zachwytów krytyki nadal nie jestem w stanie zrozumieć (czy to dlatego, że tym filmem kończy się jednak pewna epoka w kinie i kulturowy zeitgeist?), bo "Harry Poter i Insygnia Śmierci. Część II" nie jest ani nową jakością, ani jakimś wielkim krokiem naprzód w stosunku do części pierwszej, raczej niemrawo próbuje naprawiać błędy poprzednika.

Raz jeszcze Yates okazuje się reżyserem wyjątkowo bezpłciowym i pozbawionym własnego stylu, takim, który po prostu klepie kolejne wydarzenia z książki jak w zegarku, bez żadnej finezji czy zapadającej w pamięć sekwencji. To tak, jakby Brytyjczyk zwyczajnie nie potrafił wykrzesać z ekranu życia, choćby nie wiem co robił. W jego stylu nie ma płynności i tej niezbędnej przy wielkich blockbusterach zdolności, która sprawia, że stuprocentowo kupuje się filmową historię, a ekranowe wydarzenia komponuje się z gracją dyrygenta. Wszystko, co jest dobre w drugich "Insygniach" jest takie, bo było dobre w książce, a wszystko co złe, wynika na skutek wycięcia materiału źródłowego. Oczywiście w medium takim jak film jest to nieuniknione, ale Yates raz jeszcze wycina nie te rzeczy, które powinien. Dlatego mamy np. totalnie niepotrzebny wątek Ariany, siostry zgładzonego w części szóstej Albusa Dumbledore'a oraz jego brata, który zostaje zaledwie liźnięty, ale w świetle pominięcia historii dyrektora Hogwartu z poprzedniej części, nie wnosi do opowieści absolutnie nic. Spłycone za to zostają sprawy dla fabuły kluczowe, czyli właśnie Insygnia Śmierci i właściwie cały wątek Czarnej Różdżki oraz relacji między Dumbledorem i znienawidzonym przez Harry'ego Severusem Snape’em. Oczywiście wiele z tych zarzutów nie wynika ze słabości filmu, ale raczej z niesamowitej szczegółowości świata, który z gracją stworzyła pani J.K. Rowling (która, o dziwo, po premierze każdej kolejnej części filmowej adaptacji swojej serii mówi, że to jej "ulubiona" ze wszystkich) i którego po prostu nie da się ze wszystkimi szczegółami przedstawić w medium wizualnym. Ale Yates po raz kolejny marnuje wielki potencjał literackiego pierwowzoru idąc po linii mniejszego oporu. Nie mówię, że najmniejszego, bo drugie "Insygnia" na pewno nie są filmem złym.

Strona techniczna, jak zwykle u brytyjskiego reżysera lśni, montaż płynnie i wartko przeskakuje między teatrami działań, a klimat staje się pod koniec odpowiednio apokaliptyczny i doniosły. Utwierdziłem się w przekonaniu, że z Yatesa będzie świetny reżyser filmów akcji, bo rękę do wielkich sekwencji bitewnych ma bardziej niż dobrą, choć niejednokrotnie podczas scen oblężenia Hogwartu miałem deja vu z seansu "Powrotu Króla" z 2003 r. i oblężenia Minas Tirith. Na osobne wspomnienie zasługuje muzyka, która wspaniale ilustruje ten apokaliptyczny koniec. Pragnę to podkreślić - Alexandre Desplat tą partyturą, przynajmniej z tego co słychać w filmie, wspiął się na wyżyny i napisał dzieło wcale tak bardzo nie ustępujące muzyce Johna Williamsa z pierwszych trzech części. Wielokrotnie konkretne sceny zyskiwały niemal nowy wymiar i koloryt emocjonalny dzięki niesamowitym przejściom akordów rozpisanych przez pana Desplata. Zakup soundtracka obowiązkowy.

Epizodyczne role wielkich brytyjskich legend są wciąż niesamowite - do wielkich popisów aktorskich należy zaliczyć scenę, w której Alan Rickman jako wspomniany już Severus Snape przemawia do uczniów Hogwartu. Sposób, w jaki ten wspaniały aktor powolnie cedzi słowa i magnetyzm emanujący z tej postaci mogą sprawić, że momentalnie zastygniemy w miejscu jak zaczarowani wsłuchując się w jego basową barwę głosu. Zresztą w ogóle role nauczycieli Hogwartu czy niektórych popleczników Voldemorta, jak np. Bellatrix Lestrange granej przez wspaniałą Helenę Bonham Carter, są jak zwykle świetne, choć tym razem stanowią raczej tylko tło. Rzecz jasna nie mogło zabraknąć humoru, który jednak w filmie tak przepełnionym ważnymi i bolesnymi dla bohaterów wydarzeniami, jest zwyczajnie zbędny, a miejscami wręcz niestosowny.

Mimo to ostatnią część przygód Harry'ego ogląda się świetnie, rozrywkę zapewnia przednią (poza, niestety, absolutnie żałosnym i beznadziejnym epilogiem, na którym po prostu NIE DA się nie śmiać), a wrażenie robi niesamowite, toteż nie dziwią mnie tabuny widzów drzwiami i oknami walące na ten film do kin. Tym niemniej Yates wcale się w moich oczach nie zrehabilitował - brakuje mu zdolności tworzenia odrębnego, kinowego świata (tak potrzebnego zwłaszcza przy wielkich, wysokobudżetowych produkcjach), który by go jakoś wyróżnił wśród reszty podobnych przedsięwzięć i polegania na czymś więcej niż tylko na niesamowitej sile książkowego pierwowzoru. Taki właśnie jest ostatni Harry Potter - teoretycznie nie ma się do czego przyczepić, bo jest wzorowym blockbusterem, a jednak w pamięć ani nie zapadnie, ani nie wywoła wielkich emocji, a te momenty, o których będziemy pamiętać, pamiętamy również z literackiego pierwowzoru. Po raz kolejny najsłabszym ogniwem całej produkcji okazuje się reżyser, choć tym razem mu się upiekło bo materiał, z którym przyszło mu pracować, broni się sam. Dobrych chęci ani zdolności mu nie odmawiam, ale znów boli myślenie co z materiałem tej klasy zrobiłby ktoś taki, jak reżyser "Harry'ego Pottera i Więźnia Azkabanu" Alfonso Cuaron.

Tak oto trwająca dekadę filmowa seria o Harrym Potterze dobiega końca i pomimo, że wspaniałe książki pani Rowling zasługiwały na lepsze zakończenie, nie pozostaje nam chyba nic innego jak podziękować Harry'emu za te 10 lat, które spędził z nami. I życzyć mu, żeby resztę życia spędził spokojnie ścigając po świecie złych czarnoksiężników, nam, żebyśmy mieli szybko okazję dostać w swe ręce popkulturowe dzieło dorównujące magią serii z Wielkiej Brytanii, a przemysłowi filmowemu, aby następnym razem lepiej wybierał rzemieślników kreujących jego najbardziej rozpoznawalne wizytówki i był gotów na więcej ryzyka.

7.5/10

Harry Potter and the Deathly Hallows: Part 2

Tytuł polski: Harry Potter i Insygnia Śmierci: Część II
Czas trwania: 130 minut
Rok produkcji: 2011, Wielka Brytania, USA

Reżyseria: David Yates
Scenariusz: Steve Kloves
Montaż: Mark Day
Muzyka: Alexandre Desplat
Zdjęcia: Eduardo Serra

Wystąpili:
Daniel Radcliffe Harry Potter
Rupert Grint Ron Weasley
Emma Watson Hermiona Granger
Ralph Fiennes Lord Voldemort
Alan Rickman Severus Snape
Matthew Lewis Neville Longbottom


Autor recenzji: Jerzy Babarowski - RODIA
Oprawa HTML: Maciek Poleszak - CIUNIEK
Klub Miłośników Filmu, 23 lipca 2011
Podziel się

STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE