Styl życia a la Poppy

Wyobraźcie sobie 30-letnią Brytyjkę przeciętnej urody. Nie ma męża ani chłopaka, dzieli nieduże mieszkanie ze swoją przyjaciółką. Jest nauczycielką nauczania początkowego. Ktoś kradnie jej rower, ludzie ją ignorują, a jakby tego było mało - podczas skakania na trampolinie doznaje urazu kręgosłupa. Tak, to wystarczające powody, aby zacząć pisać dziennik i próbować naprawić każdy aspekt swojego nieudanego życia. Zmienić fryzurę, kupić sobie fajny ciuch i poprawić nastrój, bo przecież życie nie rozpieszcza... Lekko na tym świecie nie jest i Poppy, bo o niej mowa, doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Ani myśli jednak zawracać sobie tym głowę.
Dla Poppy każdy dzień jest udany, bo podchodzi do świata z dużym dystansem. Jeśli da się w nim coś naprawić, nie próżnuje i próbuje zaradzić problemom. Gdy to jednak łatwo nie przychodzi - macha ręką i idzie dalej pochłaniać życie, bo ma na nie straszny apetyt. Niektórzy mogą raczyć się kawiorem i truflami, zaś jej trafiają się tylko parówki? Co z tego - one też mogą być pyszne! Dzięki takiemu podejściu, Poppy nie ma poczucia marnowania czasu - ona każdą pojedynczą chwilę wykorzystuje do maksimum. Jadąc rowerem, przygotowując się do lekcji czy rozmawiając z, przypadkowo napotkanym, bezdomnym, jest szczęśliwa, że znajduje się tam, gdzie jest i robi to, co właśnie robi.

Mike Leigh w swoim najnowszym filmie pokazuje, że są wśród nas ludzie, którzy potrafią żyć na całego, i to bez wyświechtanych sloganów w stylu "chwytaj dzień", "żyj tak, jakby kolejny dzień miał być twoim ostatnim" itd. Poppy w końcu nic wyjątkowego nie robi. Pracuje, chodzi na naukę jazdy, uczy się tańczyć flamenco, czasem wyskoczy gdzieś z przyjaciółkami lub znajomymi z pracy. Jej życie jest bardzo zwyczajne. Ona sama już jednak nie. W nijakim Londynie, Poppy przypomina dobrą wróżkę czarującą swoim uśmiechem. Próbuje uszczęśliwić każdą napotkaną osobę - i to nie poprzez rozdawanie cukierków czy opowiedzenie dobrego dowcipu, ale zarażenie swoim podejściem do życia. Sally Hawkins wcielająca się w rolę głównej bohaterki, nie miała łatwego zadania. Taką postać łatwo bowiem przerysować, a w przypadku, gdy znajduje się ona na ekranie w każdej pojedynczej scenie, może się to okazać dla widza zbyt rażące i w rezultacie zepsuć cały film. I choć czasem aktorka balansuje na cienkiej granicy dzielącej artyzm od kiczu, nigdy jej nie przekracza. To w dużej mierze dzięki niej ten film jest tak bardzo prawdziwy - choć sama postać Poppy dla wielu może wydawać się wręcz abstrakcyjna. Srebrny Niedźwiedź w Berlinie, kilka innych nagród i wszystkie te, które Hawkins jeszcze czekają, jak najbardziej zasłużone. Oby się wybiła i raz na zawsze skończyła z produkcjami telewizyjnymi czy małymi rólkami dalszego planu - jej talent zasługuje na coś znacznie lepszego. W "Happy-Go-Lucky" nie tylko Hawkins zresztą błyszczy. Grający instruktora nauki jazdy, Eddie Marsan również zasłużył na wielkie brawa. Pamiętany z zupełnie innego typu ról, aktor stworzył tutaj bardzo przekonującą kreację i nie dał się przyćmić Hawkins, o co przecież nie byłoby trudno. Jego Scott to neurotyk, ksenofob i szowinista w jednym, kompletnie beznadziejny przypadek, będący absolutnym przeciwieństwem głównej bohaterki. Sceny w samochodzie z udziałem obydwojga to prawdziwe "perełki", nie tylko w warstwie komediowej, ale także jeśli chodzi o konfrontację tak różnych osobowości i temperamentów. Mistrzostwo.
"Happy-Go-Lucky czyli co nas uszczęśliwia" ma w sobie ogromne pokłady radości i optymizmu przygotowane dla widza niemal na wyciągnięcie ręki. Ten film naprawdę potrafi... uszczęśliwić. I to nie w jakiś nachalny czy do bólu prosty sposób. Mike Leigh tylko pokazuje nam jedną z opcji - styl życia a la Poppy. To już od nas samych zależy czy śmiech głównej bohaterki okaże się dla nas przejawem niezmierzonej pogody ducha, którą po seansie będziemy starać się z siebie za wszelką cenę uwolnić, czy jedynie irytującym rechotem. A jako że świat to miejsce zarówno dla osób pokroju Poppy, jak i instruktorów Scottów, widzowie po wyjściu z kina są zazwyczaj podzieleni, niemal pół na pół.

Nasza bohaterka być może nie przekonuje do siebie od razu. W rozmowie z Grażyną Torbicką reżyser zaryzykował nawet stwierdzenie, że na początku widzowie niemal nienawidzą Poppy. I o ile część oglądających w ogóle tego nie odczuwa lub przekonuje się do niej po pewnym czasie, niektórym nienawiść ta buzuje w żyłach nieprzerwanie aż do napisów końcowych. Z czego to wynika? Najbardziej prawdopodobną przyczyną jest chyba szeroko powielane uogólnienie, że smutek i umartwianie się to cnota, zaś śmiech jest tylko pustym przejawem głupoty oraz infantylizmu. A przecież to nie do końca prawda, szczególnie w przypadku Poppy, która w sytuacjach naprawdę poważnych, zamiast śmiać się, z zapałem zabiera się do naprawiania świata. I choć te wszystkie sceny musiały się w filmie znaleźć, by dać pełen obraz osobowości naszej bohaterki i udowodnić, że za jej śmiechem kryje się coś więcej niż tylko chichot, to właśnie w nich upatrywałbym jedynych mankamentów "Happy-Go-Lucky". Przemiana, jaka dokonuje się w obliczu Poppy, kiedy musi zacisnąć zęby i zacząć działać, zanim znów będzie mogła się uśmiechnąć, była dla mnie odrobinę zbyt wyraźna i trochę w tym wszystkim nieprawdziwa. Co z tego jednak, skoro już w następnej scenie wszystko wraca na właściwe tory... Kontrowersyjny w tym filmie jest też niemalże całkowity brak fabuły. Ot, oglądamy sobie kilka czy kilkanaście dni z życia 30-letniej mieszkanki Londynu, podczas których nie spotyka jej właściwie nic nadzwyczajnego. Dla niej nie ma jednak rzeczy zwykłych, codziennych. Poppy każdą chwilę traktuje jak tę wyjątkową i zrozumienie tego jest najpiękniejsze w całym seansie. Pozwala nam zagłębić się w ten jej magiczny świat i w pełni chłonąć dobrą energię, jaka płynie z tego obrazu.
"Happy-Go-Lucky" to prawdziwe tchnienie optymizmu i radości z życia w polskiej grudniowej szarudze. I to w całkowicie realnej otoczce. Bo, choć nic nie mam do Bridget Jones, Amelii czy Vianne z "Czekolady" Hallströma, postaci te były dość abstrakcyjne i pochodziły jakby z innej bajki, o której możemy pomarzyć, ale już nic poza tym. Mike Leigh pokazuje nam podobną do tamtych pań bohaterkę - równie pozytywną i na swój sposób dziwaczną - ale umieszcza ją w jak najbardziej realnym świecie, z wszystkimi jego kolorami, także tymi szarymi. Forma, jaką obrał do przybliżenia nam Poppy, pozwala mieć nadzieję, że gdzieś tam, może dwie ulice dalej, jedzie sobie na rowerze taka właśnie dziewczyna, rozsyłając do mijanych przechodniów uśmiechy. Albo, że sami zaczniemy żyć w stylu Poppy. Kolczyki-wisienki już zaczynają robić na mieście furorę. Oby nie była to tylko krótkotrwała moda. "Happy-Go-Lucky" jest bowiem naprawdę dobrym instruktażem, jak zmienić swoje życie na lepsze, wolne od zmartwień - i to na znacznie dłuższy okres niż jeden sezon.


wytwórnia - Film4, 2008
reżyseria - Mike Leigh
scenariusz - Mike Leigh
zdjęcia - Dick Pope
muzyka - Gary Yershon
montaż - Jim Clark
kostiumy - Jacqueline Durran
czas projekcji - 118 minut


Sally Hawkins
Eddie Marsan
Alexis Zegerman
Andrea Riseborough
Sinead Matthews
Kate O'Flynn
Sarah Niles


Poppy
Scott
Zoe
Sawn
Alice
Suzy
Tash


Autor recenzji: Karol Barzowski | Klub Miłośników Filmu, 14 grudnia 2008

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA



comments powered by Disqus