Recenzja pojawiła się wcześniej w serwisie Paradoks

Ostatnio tyle narobiło się w naszych kinach ekranizacji komiksów superbohaterskich, że niedługo nie będzie się dało wyjść spokojnie na ulicę nie będąc zewsząd atakowanym przez jaskrawe plakaty zapowiadające przygody zamaskowanych mścicieli i obrońców uciśnionych. Nic więc dziwnego, że Zielone Latarnie również doczekały się swojego pierwszego filmu aktorskiego. Szkoda tylko, że postronny, nie zaznajomiony z uniwersum DC widz ma duże szanse nie odróżnić go od innych... Już tegoroczny "Thor" miał pewne problemy z wyjściem przed szereg i wyzbyciem się ogólnie pojętej nijakości - gdyby nie obsadowy strzał w dziesiątkę w postaci charyzmatycznego Chrisa Hemswortha oraz kilku innych pomniejszych plusów, film ten utonąłby w zalewie sobie podobnych. Wszystko to, co napisałem o "Thorze" można odnieść równie dobrze do "Green Lantern", odejmując jedynie świetną główną rolę i te kilka pomniejszych plusów, pozostawiając samą nijakość i miejscami irytującego Ryana Reynoldsa, który od czasu do czasu rzuci marny dowcip.

Hal Jordan jest podobno jednym z najlepszych pilotów myśliwców na świecie, a o swoim zawodzie mówi "nie wolno nam się bać". NIe przeszkadza mu to jednak w doświadczaniu ataków paraliżującej paniki na wspomnienie tragicznie zmarłego w katastrofie lotniczej ojca, również pilota. Mimo to w wyniku zbiegu wydarzeń zostaje jako pierwszy w historii człowiek wybrany na członka Korpusu Zielonych Latarnii - jednostki zajmującej się od setek lat utrzymywaniem porządku w galaktyce. Zielone Latarnie potrafią przy użyciu specjalnych pierścieni powoływać do istnienia siłą woli co tylko dusza zapragnie, od prostych przedmiotów do skomplikowanych mechanizmów. Żeby kliszom stało się zadość, w tym samym czasie z więzienia uwalnia się Wielkie Zło, z którym bohater prędzej czy później będzie musiał stoczyć ostateczny bój na śmierć i życie.

Scenariusz opiera się na oklepanej historii, którą wszyscy widzieliśmy już wiele razy, zadając pytania o znaczenie strachu i odwagi, uzupełniając jedynie o "kosmiczną" skalę. Paralax, arcyprzeciwnik Korpusu, jest uosobieniem strachu tkwiącego w każdym człowieku, a Latarnie są siłą woli, która ten strach pozwala przezwyciężyć. I wszystko byłoby fajnie gdyby nie to, że niemal każda postać jest przeraźliwie nudna i w żaden sposób nie ułatwia przyswojenia tego (raczej suchego) przesłania. Idealnym przykładem jest w tym miejscu Hector Hammond grany przez Petera Sarsgaarda - w założeniu odludek i bohater tragiczny, w praktyce rozpisana od linijki karykatura, uginająca się wraz z biegiem seansu pod coraz grubszą warstwą przesadnej charakteryzacji. Nie pomaga również fakt, że przez swoją dosłowność w opisywaniu pewnych rzeczy film popada w śmieszność. Jak inaczej można zareagować na wypowiadane z kamienną twarzą teksty o "zielonej energii siły woli" i "żółtej energii strachu"? Kogoś podczas pisania musiała popieścić białoniebieska energia prądu elektrycznego.

Dobra, ale przecież nie od dziś wiadomo, że w kinie bardziej niż "co?" liczy się "jak?", więc idąc do kina na kosztujący ponad 200 mln zielonych papierów blockbuster od dużego studia filmowego, można przynajmniej liczyć na festiwal widowiskowych fajerwerków pod najróżniejszymi postaciami. Okazuje się jednak, że te grube miliony musiały pozostać tylko na papierze, bo na ekranie nic nie wskazuje na ich obecność. Oczywiście nie chodzi o to, że efektów specjalnych jest mało, bo film jest nimi wyładowany po brzegi - czasem jedyną realną rzeczą na ekranie jest głowa Ryana Reynoldsa, bo nawet jego kostium powstał w czeluściach komputera. Można odnieść wrażenie, że chcąc wyładować po brzegi renderowanymi obrazami każdą klatkę filmu, twórcy nie przyłożyli się tak naprawdę do żadnej z nich - animacja postaci jest sztywna i nieprzekonująca, szerokie pejzaże obcych planet szare i jednolite, a efekty użytkowania pierścieni wyjątkowo pokraczne. Spece od efektów postanowili nawet w niektórych scenach zamienić oczy głównego bohatera na ich animowane odpowiedniki. W historii kina jest dosłownie kilka przykładów (Gollum, Davy Jones), kiedy komputerowe oczy nie okazały się pomyłką. Hal Jordan do nich nie dołączy.

Cóż, są takie komiksy, których ekranizacje lepiej sprawdzają się jako filmy animowane. Zielone Latarnie od tej pory całkiem nieźle radziły sobie i w telewizji ("Justice League") i w filmach prosto na DVD ("First Flight") i w zasadzie tak mogło już pozostać. Największą wadą filmu z Reynoldsem jest to, że nie da się o nim powiedzieć nic dobrego.

3/10

PS. "Green Lantern" oficjalnie dołączył do mojego rankingu najbardziej rozczarowujących finałowych pojedynków ostatnich lat, zaraz obok "Iron Mana 2" i "Transformers: Zemsty Upadłych". Gdyby zabrać wspomnianą wcześniej "kosmiczną" skalę, porażka arcyprzeciwnika Hala Jordana przypominałaby upokarzające utonięcie po otrzymaniu jednego sierpowego i upadku twarzą w kałużę.






wytwórnia - Warner Bros., DC Entertainment, 2011
reżyseria - Martin Campbell
scenariusz - Greg Berlanti, Michael Green, Marc Guggenheim, Michael Goldenberg
wg komiksu - Johna Broome'a i Gila Kane'a
zdjęcia - Dion Beebe
muzyka - James Newton Howard
montaż - Stuart Baird
czas projekcji - 114 minut

wystąpili
Ryan Reynolds
Blake Lively
Peter Sarsgaard
Mark Strong
Angela Bassett
Tim Robbins
Geoffrey Rush
Clancy Brown
Michael Clarke Duncan
Taika Waititi
(Zielona Latarnia)
(Carol Ferris)
(Hector Hammond)
(Sinestro)
(dr Waller)
(Hammond)
(głos Tomar-Re)
(głos Parallaxa)
(głos Kilowoga)
(Tom Kalmaku)

Autor recenzji: Maciek Poleszak - CIUNIEK [e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 31 lipca 2011
Oprawa html: Maciek Poleszak - CIUNIEK [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF


Podziel się