STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE



"G.I.Joe: Czas Kobry" to film akcji, a jednak nie jest przeznaczony dla fanów tego typu kina. Więcej w nim fantastyki niż sensu, a krwi i potu, jaki dał nam nowy Bond, widz również nie uświadczy. Mówimy o świecie, w którym imię i nazwisko to przeszłość - bohaterowie noszą pseudonimy, takie jak Duke, Snake Eyes, Destro, a jeśli już ktoś ma imię to lepiej niech je zmieni na coś oryginalniejszego - kiedyś była Ana, teraz jest Baronowa. Ten film to rozrywkowy odmóżdżacz (nie lubię tego słowa, ale idealnie oddaje ono ambicje "G.I.Joe..."), przeznaczony głównie dla najmłodszej widowni, która w tym sezonie letnim bawiła się wyśmienicie również na przygodach komiksowego dzikusa z pazurami, śledziła z zapartym tchem przebieg wojny między maszynami a ludźmi, aby potem obejrzeć równie widowiskowy pojedynek kosmicznych robotów potrafiących zmieniać kształty. A jednak nie były to filmy w pełni udane. Błędy "Wolverine'a", "Terminatora Ocalenie" oraz "Transformersów 2" wzięły się tyleż z głupoty scenariuszy, co również z nieudolności reżyserów - Gavin Hood zrobił film mechaniczny i pozbawiony napięcia, McG udały się tylko sceny akcji, a styl Michaela Baya jest coraz bardziej męczący. O ile tamte filmy były w większej mierze rozczarowaniami, o tyle obraz Stephena Sommersa to spora niespodzianka - świetnie zrobiona sensacja science-fiction, gdzie logika schodzi na plan drugi (albo i trzeci), ustępując miejsca fantastycznym efektom specjalnym oraz porywającej akcji. Tak, jest to kolejny głupiutki film tego lata, ale jakże dobrze się go ogląda!
Tytułowe G.I.Joe to supertajny oddział do zadań specjalnych, złożony z najlepszych żołnierzy, takich, co nie tyle umieją strzelać i walczyć, ale jeśli strzelać to z 99-procentową skutecznością, a jeśli walczyć to najlepiej z mistrzem ninja. Nie muszę dodawać, że nie znają słowa "porażka". Spotykają jednak równych sobie, ludzi niejakiego Jamesa McCullena, szefa firmy zbrojeniowej MARS, który stworzył (za pieniądze NATO!) broń zżerającą metal, a następnie postanowił ją wykraść naszym żołnierzom. Rozpoczyna się walka dobra ze złem. Z tego wątku wykluwa się inny - był kiedyś szlachetny chłopak i była cudowna dziewczyna. Bardzo się kochali, ale stało się coś złego i przestali być razem. Po czterech latach spotykają się znowu, coś się jednak zmieniło - chłopak jest nadal szlachetnym komandosem, ale dziewczyna została bezlitosną zabójczynią. Będzie się działo...

Łatwo przewidzieć rozwiązanie głównego wątku, dlatego uwaga widza skupia się na historii Duke'a i Baronowej, których miłość chyba nie do końca wygasła. Komandosa gra, znany ze "Step Up", Channing Tatum i jest poprawny - dobry w scenach akcji, słabszy tam, gdzie trzeba coś powiedzieć. Szkoda, że między nim, a Sienną Miller (Ana / Baronowa) żadnej chemii nie ma - rozmywa się ono wśród strzelanin i pościgów. Ładnie wyglądają razem, zwłaszcza w retrospekcjach, ale to trochę za mało. Miller, która grać potrafi (wystarczy obejrzeć "Interview"), dobrze się bawi będąc piękną i niebezpieczną zabójczynią, chociaż wolę ją w poważniejszym repertuarze. Resztę obsady uzupełniają Dennis Quaid, Marlon Wayans, Rachel Nichols jako ci dobrzy oraz Christopher Eccleston, Byung-hun Lee i Arnold Vosloo w rolach negatywnych bohaterów. Ten ostatni jest starym znajomym Sommersa z dwóch pierwszych części "Mumii", gdzie zagrał rolę tytułową. Zresztą, znany z tamtych filmów Brendan Fraser też się pojawia (na krótką chwilę) w "G.I.Joe". Miłe uczucie, zobaczyć ich znowu w jednym filmie, ale ostrzegam - żadnych wspólnych scen, niestety, nie mają.

Jest w dziele Sommersa scena akcji, która swą energią i widowiskowością, bije na głowę wszystko, co Hollywood zaproponowało nam tego lata (może z wyjątkiem "Star Trek"), a mianowicie chodzi o rozgrywający się w Paryżu pościg za Baronową i Storm Shadow. Samochodowa ucieczka przed ninją Snake Eyes oraz Dukem i Ripcordem, którzy w specjalnych pancerzach przestają być zwykłymi ludźmi, a bardziej przypominają maszyny zdolne przegonić auta i unikać rakiet, poraża żywiołowością, a zarazem znakomitą realizacją, dzięki której widzimy wszystkie szczegóły. Ostatnimi czasy kino (a zwłaszcza Paul Greengrass) przyzwyczaiło nas, że dynamizm najlepiej osiągnąć trzęsącą się kamerą, szybkim montażem i nagłymi zbliżeniami. Tymczasem, Sommers przypomina (przynajmniej w tej jednej scenie), jaką frajdę daje nam znalezienie się w środku akcji, gdzie wszystko widać, a chaos wydaje się nieco bardziej kontrolowany niż w filmach o Bournie. Dodać jeszcze równie energetyczną muzykę Alana Silvestri i dostajemy potężny zastrzyk adrenaliny, zapominając jednocześnie, dla kogo w pierwszym rzędzie jest ten film skierowany. Niestety, napięcie opada w finale, który jest jednym wielkim efektem specjalnym - znikają wtedy zarówno postacie, jak i emocje.
"G.I. Joe: Czas Kobry" to dwie godziny udanego i bezpretensjonalnego, choć niepozbawionego błędów, kina akcji. Sommers mógł zrezygnować z dowcipów Ripcorda, nieco patetycznego tonu w scenach z Quaidem czy otwartego, "zaskakującego" zakończenia, sugerującego sequel. Nie mówiąc już o dialogach, które mogły być dużo lepsze. Ale i bez tego ogląda się to zadziwiająco dobrze. Najlepiej bawić się będą na filmie dzieci do lat 15-stu, bądź też tacy widzowie, którzy przymkną oczy na nieprawdopodobieństwa fabuły i mocno komiksowe potraktowanie zarówno postaci, jak i prowadzonej przez nich wojny - dadzą się porwać świetnym scenom akcji oraz bohaterskim czynom tak herosów, jak i złoczyńców. Stephen Sommers nakręcił, dla jednych - bzdurną i niezamierzenie śmieszną bajkę, a dla innych - sprawny, pełen wigoru i fantazji film sensacyjny. Osobiście zaliczam się do tej drugiej grupy.

G.I. Joe: The Rise of Cobra

Tytuł polski: G.I. Joe: Czas Kobry
Czas trwania: 118 minut
Rok produkcji: 2009, USA

Reżyseria: Stephen Sommers
Scenariusz: Stuart Beattie, David Elliot, Paul Lovett
Zdjęcia: Mitchell Amundsen
Montaż: Bob Ducsay, Jim May
Muzyka: Alan Silvestri

Wystąpili: Channing Tatum, Marlon Wayans, Adewale Akinnouye-Agbaje
Dennis Quaid, Christopher Eccleston, Sienna Miller, Rachel Nichols

Autor recenzji: Krzysztof Walecki - CRASH
Klub Miłośników Filmu, 13 sierpnia 2009


STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE