
THE BEAST WITH A BILLION BACKS | |||||||||||||||||||
|
Czego mogliśmy się spodziewać po drugim pełnometrażowym filmie osadzonym w uniwersum "Futuramy"? Na pewno doskonałej zabawy, komicznych sytuacji, błyskotliwych dialogów, setek nawiązań i przede wszystkim filmu jeszcze lepszego niż bardzo udany "Bender's Big Score". Co jednak otrzymaliśmy? Na pewno nie wszystek wymieniony powyżej. Prawdę mówiąc, z "pewniaków" wspomnianych kilka zdań wcześniej zachowało się bardzo niewiele. Aby jednak uzasadnić tę, jakże krzywdzącą opinię wstępną, warto zacząć od początku. A kiedy dobrniemy do końca tej recenzji, może się okazać, że "The Beast with a Billion Backs" to film wcale nie tak straszny, jak go tutaj w pewnym momencie namaluję. W każdym razie, początek... ![]() Na początku jest chaos. Nie ten prawdziwy, naukowo-bibilijny, ani ten znany z książek Terry'ego Pratchetta, lecz wywołany przez Bendera przy okazji zakończenia filmu, w którym to ukochany przez ludzi mizantrop grał pierwsze skrzypce. W Nowym Nowym Jorku minął dokładnie miesiąc od wydarzeń znanych z "Bender's Big Score", lecz kosmiczna wyrwa powstała na skutek działań B.B. Rodrigueza wciąż złowrogo figuruje na nieboskłonie, spędzając sen z powiek wielu ludziom i nieludziom, a przede wszystkim właścicielowi Planet Express. Profesor Farnsworth, bo o nim oczywiście mowa, w porozumieniu ze swoim odwiecznym wrogiem, doktorem Wernstromem, oraz głową Richarda Nixona, postanawia więc zbadać jej właściwości. Okazuje się, iż wspomniana szczelina jest portalem do innego wymiaru, w którym czai się "bestia o miliardzie grzbietów" (piękne nawiązanie do "Otella" Williama Szekspira). A kiedy na jej spotkanie wyrusza nie kto inny jak Philip J. Fry, Ziemia może się spodziwać tylko jednego: inwazji. A ta ma nadejść lada dzień. Czy Ziemianom uda się wyjść z niej cało? Czy Bender odnajdzie swojego pierworodnego? Czy miłość zatriumfuje? Tego, a także wielu innych rewelacji dowiemy się śledząc losy załogi naszej ulubionej firmy dostawczej. ![]() Pierwsze pół godziny i dziesięć minut "The Beast with a Billion Backs", czyli wszystko co poprzedza spotkanie Fry'a z mackowatym Yivo jest po prostu fenomenalne. To stara, dobra "Futurama" w najlepszym wydaniu: dowcipna, cięta, absurdalna, cholernie ciekawa i przede wszystkim efektownie ładna. Połączenie tradycyjnej animacji 2D z komputerowo wygenerowanymi modelami trójwymiarowymi (znacznie lepiej dopracowane niż w serialu) jest przepyszną ucztą dla oka. Muzyka i dialogi - daniem dla ucha. Niestety wraz z rozwojem akcji, poziom tej produkcji znacznie spada (zarówno scenariuszowo jak i wizualnie), a widzom zdawać się może, że twórcom brakuje pomysłów na pociągnięcie kapitalnego przecież pomysłu wyjściowego. Robi się nieco drętwo, bełkotliwie i, co najgorsze, nieśmiesznie. Nigdy nie przypuszczałem, że napiszę coś takiego w kontekście "Futuramy", ale pomiędzy 40. a 75. minutą filmu nie zaśmiałem się ani razu, a w dodatku mocno wynudziłem. Cenię sobie absurdalne pomysły Groeninga i spółki, ale to co zaprezentowali w środkowym fragmencie "Bestii o Miliardzie Grzbietów" to jakieś nieporozumienie. Nieporozumienie, które można opisać jako próba zmiksowania tentacle-porn z komediami pióra Ilony Łepkowskiej. Na nasze szczęście sytuację i ostatnie 10 minut filmu ratuje tytułowy bohater prequela "Bestii...", dzięki któremu jej końcówka aż tak bardzo nie boli. Posmak rozczarowania jednak pozostaje. ![]() Po seansie drugiego z czterech Futuramo-filmów wnioski nasuwają się same. Problemy jakie mieli scenarzyści przy okazji pierwszego nie zostały należycie rozwiązane, a co więcej, pogłębione. Znowuż nie udało im się udźwignąć ciężaru 90-minutowego odcinka - pomysłów starczyło im zaledwie na pół filmu - a całość sprawia wrażenie produktu wymuszonego. Kiedy więc "Bestia..." zostanie podzielona na cztery segmenty emitowane w telewizji, dobrym pomysłem będzie zignorowanie odcinka trzeciego, gdyż należeć on będzie do zdecydowanie najsłabszych w historii serialu. Niemniej jednak, pozostałe trzy będą na tyle dobre, że nie sposób będzie nie skusić się na ich powtórny seans, który może jednocześnie stanowić dla nas rozgrzewkę przed premierą zapowiadającego się nad wyraz rewolucyjnie "Bender's Game". Już sam jego tytuł pozwala wierzyć, że będzie to film o niebo lepszy niż Futurama-tentacle. Czego sobie, zatwardziałemu fanowi najlepszego serialu animowanego wszechczasów, oraz Wam, niedowiarkom skreślającym już pozostałe dwa filmy, życzę.
| |||||||||||||||||||
...powrót do... |
![]() | ![]() | ![]() |