Strona główna KMF
 














Powiedziano, że coś tak małego jak trzepotanie skrzydła motyla może finalnie spowodować tajfun na drugim końcu świata.
Teoria Chaosu

    Oto kolejna próba zmierzenia się z tematem przypadkowości, przyczynowości i przeznaczenia w życiu istoty ludzkiej. „Efekt motyla” czerpie garściami z pomysłu zrodzonego kilkadziesiąt lat temu w głowie Krzysztofa Kieślowskiego. Nieodżałowany polski reżyser pozwolił bohaterowi „Przypadku” (a także późniejszym naśladowcom, m.in. „Przypadkowej dziewczyny”, „Biegnij Lola biegnij”) naprawić w metafizyczny sposób domniemane błędy, choć raczej wypadałoby powiedzieć, że spróbował dosłownie odwrócić los i dać kolejną szansę dla postaci granej przez młodego Bogusia Lindę. Zaowocowało to subtelnym, filozoficznym dramatem pełnym niedopowiedzeń, jednym z najwybitniejszych dzieł polskiego kina. Na pytanie „co by było, gdyby…?” starają się odpowiedzieć amerykańscy twórcy, nie bawiąc się w gierki intelektualne, a serwując raczej efektowny i ambitny dramacik, który chciałby być czymś więcej, niż jest.
    Bo cóż tutaj mamy. Ashton Kutcher, idol nastoletni, kochanek Demi Moore, bryki tym razem nie gubi, co więcej, stara się całkowicie zerwać z debilnym emploi, z którym kojarzony jest od czasu świetnego serialu telewizyjnego o różowych latach 70. Patrzy z ekranu posępnie, niewiele się uśmiecha, jeśli mówi, to wyłącznie półsłówkami, wyglądając przy tym niechlujnie. Cóż, drugim Carreyem nie jest, ale chłopaka ogląda się bez większego bólu, ale i bez zaskakującego olśnienia, że niby świadkami jesteśmy narodzin nowej, młodej i zdolnej gwiazdy. Bohater kreowany przez Kutchera, Evan, choruje na dość rzadką chorobę objawiającą się lukami w pamięci, które nawiedzają go od zawsze w najmniej spodziewanych momentach. Jako dzieciak podkłada z kumplami laskę dynamitu do skrzynki na listy i nagle (cięcie) budzi się po kilkunastu minutach w środku lasu uciekając przed kimś, przed czymś wraz z przyjaciółmi. Albo odwiedziny u miłego pana, ojca dwójki jego przyjaciół, który organizuje im zabawę w Robin Hooda na podwórku przed domem – cięcie – chwilę później dzieciaki stoją półnagie w jakiejś piwnicy, a ojczulek okazuje się być pedofilem.
    Pierwsza godzina „Efektu motyla” skupia się właśnie na chorobie Evana, z którego mózgiem jest coś nie tak. I lekarz, i matka zalecają mu pisanie pamiętnika, który ma wspomóc pamięć chłopaka. Czy pomaga, trudno wyrokować, jednak druga godzina filmu wprowadza trochę chaosu do życia Evana. Odkrywa on bowiem w sobie pokłady zdolności o naturze psychicznej (fantastycznej? boskiej?). Czytając swój pamiętnik przypomina sobie zdarzenia, których nie zapamiętał i – tutaj najważniejsze – może świadomie manipulować własną przeszłością. Skutki okazują się być zdumiewające – budzi się Kutcher w innej, alternatywnej rzeczywistości, odpowiadając tym samym na pytanie „co by było, gdyby”: gdyby laska dynamitu nie wybuchła, gdyby ktoś zginął, gdyby ktoś nie zginął, kto inny zwariował i tak dalej. Mnożą twórcy przypadki, odbywa Kutcher podróże po swej świadomości komplikując życie i sobie, i innym, bo wybory z przeszłości rzutują nieraz tragicznie na losy osób z nim związanych i z racji tego główny bohater popada w niejakie uzależnienie od niemalże boskiej ingerencji w decydujące momenty należące do przeszłości.

    Trudno zaprzeczyć, że to film ciekawy, bo przecież opowieści o roli przypadku, przyczynowości niezmiernie pobudzają wyobraźnię. Niegdysiejsze błędy dręczące sumienie, źródła niespełnienia łatwe do uchwycenia – jakże to by było pięknie wejść w posiadanie mocy kreowania własnego przeznaczenia, przeszłości i przyszłości! Pomyłki zostałyby naprawione, inna droga obrana (mniejsza o to, czy lepsza, ważne, że istnieje taka możliwość). Kłopot w tym, że dywagacje na ten temat pozostają mrzonkami z zakresu historyjek science-fiction bądź snów tych nie pogodzonych z teraźniejszością. Niemniej wszelkie tego typu opowieści ogląda się przyjemnie.
    Widz obcujący z „Efektem motyla” również jest mile zaskakiwany, choć film finalnie okazuje się być inteligentną błyskotką, o której pamiętać za kilka miesięcy nikt nie będzie. Pomysł intrygujący mieni się kupą nielogiczności i scenariuszowych dziur. Znacząca interwencja w przeszłości, miast doniośle wpływać na przyszłość, ledwo-ledwo zmienia głównego bohatera, którego otoczenie również nie ulega radykalnej metamorfozie – zawsze jest studentem, zawsze wygląda tak samo, zna podobnych ludzi. To było dość irytujące, tym bardziej, że nie jest „Efekt motyla” filozoficzną rozprawą o nieuchronności przeznaczenia (w „Przypadku” los Witka jest bezwzględny). Przynajmniej ambitne zamiary twórców, jeśli takowe miały miejsce, nie są na tyle czytelne – przy takim temacie! - żeby skłonić widza do rozważań nad sensem swego istnienia (przeznaczenia!), jakkolwiek banalnie to brzmi. Przede wszystkim akcja, żonglowanie czasem, coraz większa frustracja bohatera świadomego swych „podróży”. Ot, rozrywkowe kino popołudniowe, w którym stany depresyjne wyparte są przez jałowe zainteresowanie problemem zmiany osobowości oraz oczekiwaniem na kolejne transformacje świata Evana. W końcu za całość odpowiadają dwaj ludzie, Bress i Gruber, scenarzyści głupkowatego "Final Destination 2". Spodziewać się czegoś wykraczającego poza możliwości hollywoodzkich wyrobników nie wypadało, niestety.
    Film jednak ogląda się świetnie, bez znużenia, tempo jest dość szybkie, całość łatwa do strawienia, mimo chwilowego zagmatwania. Potencjał był ogromny, szkoda tylko, że wszystko ugrzęzło w nijakości. Obejrzałem, ale po co?

AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI
      

THE BUTTERFLY EFFECT
reżyseria: Eric Bress, J. Mackye Gruber
muzyka: Michael Suby
zdjęcia: Matthew F. Leonetti
scenograf: Douglas Higgins
kostiumy: Carla Hetland
montaż: Peter Amundson
obsada: Ashton Kutcher jako Evan Treborn
Amy Smart jako Kayleigh Miller
Melora Walters jako Andrea Treborn
Eric Stoltz jako George Miller
Seann William Scott jako Tommy Miller
Kevin Schmidt jako Lenny (13 lat)
producent: Chris Bender, Anthony Rhulen, J.C. Spink




STRONA GŁÓWNA