Strona główna KMF
 







Jesteśmy Ludem. Jesteśmy Nowym Narodem. Wierzymy w życie. I chcemy żyć teraz. Chcemy być żywi przez 24 godziny. Ameryka to martwa maszyna. Motorem, który ją wprawia w ruch, jest pogoń za pieniądzem, którego władza tworzy społeczeństwo oparte na wojnie rasizmie, skomercjalizowanym seksie i destrukcji całej planety. Nasza energia życiowa stanowi wielkie zagrożenie dla tej maszyny. Dlatego chcą nas zatrzymać. Chcą nas uczynić podobnymi do siebie. Obcinają nasze włosy, potępiają nasze festiwale muzyczne, posyłają policjantów do szkół, 200 000 naszych ludzi poszło do więzień za palenie trawy. Instalują nas, „zagospodarowują” nas, lecz ta Łatwość i Wygoda zabija. Ameryka wypowiedziała wojnę Nowemu Narodowi.
Youth International Party (pierwszy akapit manifestu hippisów, 1969 rok)

    „Easy Rider”. Film kultowy. Od początku do końca przesiąknięty narkotykami wszelkiej maści – począwszy od trawy i kokainy, skończywszy na LSD. Nie jest jednak jakimś delirycznym bełkotem, co to, to nie. Jego niezaprzeczalna „kultowość” polega na ukazaniu WOLNOŚCI, takiej, jaką ją widzieli hippisi pod koniec lat 60. Ideologia już trochę zmurszała, bo i zmienił się świat, a sami hippisi miast lnianych szat i koralików na szyi przywdziali garnitury i krawaty. I podobnie jak Bill Clinton przyznają się jedynie do niegdysiejszego palenia marihuany, ale już nie do zaciągania. „Easy Rider” nie stracił jednak swojej świeżości, bo do dzisiaj potrafi wzbudzić ożywione dyskusje, potrafi zirytować i zachwycić. Wspomniana Wolność to słowo-klucz, które może być interpretowane na tysiące sposobów, angażujące miliony myśli, jeszcze więcej teorii, wartości, a wszystko to podlane jest sosem niejednoznaczności. Wolność to odwieczny problem z którym zmagają się filozofowie, to korzeń każdej religii, ideologii, doktryny. Nie sposób jej ogarnąć, niemożliwa jest jasna i prosta definicja, bo skoro jest ich tak olbrzymia ilość to pojawia się nie lada kłopot: konflikt.
    Film Dennisa Hoppera mówi o Ameryce, której konstytucja jest przesiąknięta ideą wolności. Ameryka to wspólnota, to szansa dana prosto do Boga z której skorzystać może każdy - bo każdy, bez wyjątku, może być Amerykaninem gdy postawi swą stopę na Nowej Ziemi. Ten sam kraj narzuca jednak pewne wartości i normy, które określają nie tylko dążenia ogólnospołeczne, ale i jednostkowe – już nie tylko szacunek dla pracy, ale i jałowy perfekcjonizm jest w modzie. Już nie tylko skierowanie uwagi na człowieka i jego potrzeby, ale dążenie do samozaspokojenia, prestiżu, kariery, czegokolwiek innego niż konkretna istota. Ta sama Ameryka zradza społeczeństwo konsumpcyjne, którego czas jest wyznaczany beznamiętnym rytmem produkcja – konsumpcja – produkcja - konsumpcja. Ameryka trwa, jeśli uczestniczymy w „wyścigu szczurów”, jeśli zamieszkujemy „plastykowe pustynie” czy „asfaltowe dżungle”. Kontestacja lat 60. bazowała na tego typu spostrzeżeniach (tutaj przedstawionych siłą rzeczy w dużym skrócie).
    Nagle pojawiają się dwaj goście na harleyach. Nie wyglądają jak przyzwoici Amerykanie z przedmieść – są nieogoleni, w kolorowych ciuchach, bez krawatów, bez pieniędzy, wykształcenia, zawodu. Trudno ich zidentyfikować, bo wyglądają po prostu inaczej. Są bluźnierczy, bo jeden ma kurtkę z olbrzymim napisem „Captain America”, a drugi kask pomalowany w gwiazdy i biało-czerwone pasy. Obaj jadą przez puste autostrady środkowych, spalonych słońcem stanów Ameryki zatrzymując się gdzieniegdzie na posiłek bądź wypalenie jointa. To podróż w trakcie której możemy poznać nie tylko hippisowski stosunek do świata, ale i stosunek tego świata do hippisów. Wspomniany konflikt związany z definicją wolności zaczyna się już od samych podstaw, bo Kapitan Ameryka i jego kumpel Billy zakwestionowali amerykańską kulturę, formy kontaktów międzyludzkich, naukę, sztukę, które – według nich – zostały sformowane za pomocą narzuconych wartości. Nawet ich język naznaczony jest odmiennością, pewną nonszalancją, co utrudnia porozumiewanie się z innymi ludźmi. Wchodząc więc do restauracji wywołują niemały ferment: jeden miejscowy mówi do drugiego:
- Wsadzimy go do żeńskiej celi. Będziemy pokazywać ich za opłatą.
Na co drugi odpowiada:
- Więzienia są dla ludzi, oni się do nich nie zaliczają.
W tle widzimy grupkę nastolatek piszczących z podniecenia na widok hippisów...
    „Przeciętny Amerykanin” i jego przekonania moralne pozostające wciąż w kręgu oddziaływania purytańskiego światopoglądu stoją w opozycji do hierarchii wartości Kapitana, Billy’ego i im podobnych ludzi, których spotykają w swej wędrówce. Oprócz autentycznych miejscowych, których twórcy zwerbowali do filmu (niechęć im okazywana jest jak najbardziej prawdziwa) pokazano też komunę hippisowską, pewien mikro-świat istniejący wewnątrz społeczeństwa. Jakby poza czasem, poza ogólnymi celami i wartościami zbudowano całkowicie spontanicznie wspólnotę ludzi sobie podobnych. Fascynacji szybkością hippisi przeciwstawiają demonstracyjny brak pośpiechu, własne rytmy życia zgodne z potrzebami ciała i cyklami przyrody. W tej wspólnocie kontakty opierają się na bezgranicznej miłości i jedności wszystkiego, co żyje.
    Kompletna utopia z której ironizował swego czasu Milos Forman w „Hair”. Ale w ten sposób interpretowano wolność. Amerykański antropolog kultury, Charles Reich, opisując hippisowski stosunek do świata, stwierdza, że charakteryzuje go dążenie do niewinności, dziecięcego zdziwienia wobec rzeczy codziennych, zobaczonych jak gdyby na nowo, nabożny podziw dla przyrody, odkrywanie uroku rzeczy prostych. Do tego między innymi służą narkotyki, którymi przesączony jest „Easy Rider”. Podobno dialogi są czystą improwizacją. Nie dziwne, skoro Hopper, Fonda i Nicholson wypalili na planie kilkadziesiąt skrętów z marihuany i zjedli kilka listków LSD, a reżyser - Dennis Hopper właśnie - przeżył na planie narkotyczną paranoję. Do historii kina przeszedł szalony dialog George’a Hansona (Nicholson) i Billy’ego (Hopper) o sprytnych kosmitach, których na ziemię sprowadził promień lasera odbity od księżyca. Niezwykła wizualnie jest scena narkotycznego, cmentarnego tripu po zażyciu kwasu. Narkotyki pomagają rozszerzyć świadomość – twierdzą hippisi - określić swe pragnienia i możliwości, odczuć własną niewolę w systemie społecznym. Wzmacniają więź międzyludzką, zwiększają wrażliwość estetyczną, likwidują napięcia i agresję...
    Warto wspomnieć o muzyce towarzyszącej podróży bohaterów „Easy Ridera”, bo ona buduje nieodżałowany, wspaniały klimat ery hippisowskiej. Począwszy od Steppenwolf i „Born to be wild”, aż do Jimi’ego Hendrixa („If 6 was 9”) muzyka jest nie tyle tłem do poczynań Fondy, Hoppera i Nicholsona, a raczej komentarzem ich poczynań. Mówi o wartościach przez nich wyznawanych z których budowana jest utopia nie mająca szans na urzeczywistnienie. Łaknienie więc wolności, zachłyśnięcie się nią, permanentna jej afirmacja wyznacza ich cele i wartości. Szczególnie zwraca uwagę postać Gearge'a Hansona (rewelacyjny Jack Nicholson) który jest uosobieniem człowieka, który wyrwał się ze społecznej niewoli jakby na chwilę i dlatego tak zachłannie łapie wiatr we włosy, łapczywie cieszy się wolnością. I to jest ten podmiot kultowości sztandarowego (obok „Hair”) dzieła ery hippisowskiej. Wolność, która była niczym innym jak utopią, pozazmysłowym porozumieniem między ludźmi. I ona legła wkrótce w gruzach, jak się okazało.

    Nasze poszukiwanie przygody i bohaterstwa prowadzi nas daleko poza Amerykę. Do życia pełnego buntu, do samookreślenia. W odpowiedzi Ameryka gotowa jest nas zniszczyć (Jerry Rubin)


AUTOR RECENZJI: Rafał Oświeciński - DESJUDI
      




STRONA GŁÓWNA