Strona główna KMF

Po trupach do celu...

"Nie należy czekać na oddział ratunkowy, chyba że ucieczka jest całkowicie niemożliwa.
Jeśli jest kilka osób przeciwko wielu, niemal z pewnością zostaną one pokonane.
Napastnicy są irracjonalni i obłąkani, ich jedynym celem jest poszukiwanie ludzkiego mięsa..."


    Survival-horror to gatunek filmów w których garstka ludzi znalazłszy schronienie w domu/bazie/statku kosmicznym (niepotrzebne skreślić) - broni się rozpaczliwie przed atakami monstr przeróżnej maści; od oślizgłych potworów z kosmosu ("Alien"), przez hordy rozszalałych ludzi ("Atak na posterunek 13"), na tak zwanych zombie skończywszy. A czym są tak zwane Zombie, tytułowane też jako Ghoule czy Żywe trupy? Ci zawsze negatywni bohaterowie to ożywione zwłoki, bądź ludzie zmarli na skutek pogryzienia/zagryzienia przez tychże, w wyniku czego stali się "jednymi z nich". W zasadzie nigdy nie wyjaśniono do końca przyczyn masowego zmarłych powstania z grobów. Może to wpływ UFO, chemiczne skażenie, awaria satelity lub radioaktywny deszcz. To właśnie niedomówienie dodaje filmom o "żywych trupach" dużej porcji tajemnicy i dreszczyku. Kolejnej dawki wrażeń dodają nam rwane i szczątkowe komentarze wojskowych i polityków, które często bohaterowie filmów o "żywych trupach" oglądają na ekranach telewizorów, w przerwach między rozwalaniem głów ożywionych ciał, w ślepym amoku szukających jedzenia. Jedzenia... a co jedzą? Żywe trupy odżywiają się ludzkim mięsem, z naciskiem na mózgi - w niektórych filmach tego gatunku. Zombie, czy też (co brzmi zdecydowanie bardziej przerażająco) żywe trupy, poruszają się niezgrabnie i powoli, skupiając martwe myśli tylko na jednym; "Jeść" - a co za tym idzie, zabijają gryząc i rozszarpując swoje ofiary. Pojedynczo są łatwi do pokonania (lub ominięcia), w gromadzie są jednak zabójczy, tłumnie atakując, mozolnie acz konsekwentnie przytłaczają w końcu ofiarę do muru. Rzadko kiedy postaci z horrorów odbijają takie piętno na świecie filmów, jak zrobiły to "żywe trupy". Powstały dziesiątki filmów wykorzystujących pomysł "powstania martwych z grobu", lub schemat "ludzie VS potwory" w odizolowanym od świata miejscu. Powstało wiele popłuczyn po dziełach Romero; "Dom żywych trupów", "Dzieci żywych trupów", czy inna podróbka z 1993 bezczeszcząca tytuł "Noc żywych trupów". Na fali popularności dzieł Romero powstało jednak wiele znaczących i zapadających w pamięć filmów, jak choćby oficjalne kontynuacje tematu rozpoczętego w "Nocy żywych trupów" ("Poranek" i "Dzień") czy też trylogia "Powroty żywych trupów", traktująca tę makabryczną tematykę z lekkim przymrużeniem oka. Warto też wspomnieć o teledysku do piosenki "Thriller" Michaela Jacksona, gdzie tematem przewodnim była przemiana Michaela w wilkołaka i... zmarli, którzy po wyjściu z grobów przyłączają się do zbiorowego tańca.
Zapraszam zatem do filmowego, przerażającego świata Zombie...


- NOC ŻYWYCH TRUPÓW (1968) -
"Pełen niesamowitego niepokoju i klimatu na którym oparł właściwie w całości swoje dzieło George Romero. To nie kreacje aktorskie, efekty ani rzemiosło spowodowały, że film ten stał się sensacją i objawieniem w kinie. To ogromna pasja tworzenia reżysera, "wyczarowanie" klaustrofobicznego klimatu i bezwładne, tak realistyczne hordy "zombie" spowodowały, iż film został skazany na kultowość. Do dziś potęguje strach to, że "Night Of The Living Dead" był nakręcony na taśmie czarno-białej. Jakoś po prostu te dzisiejsze, kolorowe obrazki już nie straszą."
                                                            (TOMASHEC o "Nocy żywych trupów" z 1968 roku)


    Choć nieporadne próby z Zombie na ekranie pojawiały się już wcześniej, to prekursorem i ojcem żywych trupów był George A. Romero, w roku 1968 realizując należącą już do klasyki "Noc żywych trupów". Film z dzisiejszej perspektywy nie działa już może tak "strasznie", niektóre ujęcia wydają się być chaotyczne, a charakteryzacja i sposób filmowania czasem drażnią prostotą wykonania... ale nie można odmówić reżyserowi odwagi, pomyślunku i inwencji twórczej w tworzeniu nowej jakości w ciasnych ramach gatunku (niesamowicie krwiste sceny pożerania ludzi, przy wykorzystaniu prawdziwych, świńskich wnętrzności). Po filmie, w pamięci zapada niesamowite wręcz zakończenie, jedno z najbardziej dramatycznych w historii horroru.



 



- PORANEK ŻYWYCH TRUPÓW (1978) -
    Po nocy przychodzi poranek, a w przypadku gatunku Zombie-horror, nadszedł w roku 1978 "Poranek żywych trupów", w którym ponownie jesteśmy rzuceni w sam środek akcji - tym razem osadzonej w wielkim Supermarkecie. Do filmu ponownie przemycona zostaje smutna prawda (w jeszcze większym natężeniu niż w "Nocy żywych trupów") o naszych czasach - społeczeństwie konsumpcyjnym; jak mówi jeden z bohaterów o żywych trupach lgnących do wnętrza Supermarketu: "To rodzaj instynktu. Pamięć o tym co robili. To musiało być ważne miejsce w ich życiu". Na planie "Poranku żywych trupów" doszło do owocnej współpracy Romero z grupą "GOBLIN" (niezapomniana muzyka!) i z Tomem Savinim, który był odpowiedzialny za makabryczną charakteryzację zombiaków. Sam również pojawił się w epizodycznej roli "motocyklisty z maczetą" (O Tomie Savinim świat miał jednak dopiero usłyszeć!) Jak już wspomniałem, akcja nie ma początku właściwego - żywe trupy po prostu są, chodzą i zabijają, oblegając cały świat.



 
 



     George A. Romero; Potulnie wyglądający reżyser "Nocy... "Poranka... i "Dnia żywych trupów". Zagrał epizodyczne role we wszystkich w/wym. filmach i skomponował muzykę do reżyserskiej wersji "Poranka żywych trupów". Wyprodukował nową wersję "Nocy żywych trupów" i zagrał epizodyczną rolę w "Milczeniu owiec"


- DZIEŃ ŻYWYCH TRUPÓW (1985) -
    Podobnie jak filmy "zombiaste" Romero nie mają początku, tak nie mają konkretnego końca; maleńki odsetek ludzi przeżywa i oddala się w nieznane, ku kolejnym zastępom żywych trupów, bo "zaraza" nie zostaje opanowana. Nie wiemy zatem skąd przybywają nasi bohaterowie, ani dokąd zmierzają. Szczególnie daje się to zauważyć w kolejnym filmie słynnej "romerowskiej" trylogii - "Dniu żywych trupów" (1985). Tu ostra akcja zaczyna się od pierwszych kadrów; kobieta w pustej sali, klimatyczna muzyka, nagle ląduje jakiś helikopter, grupa ludzi "od dawna" walcząca z żywymi inaczej trafia do opustoszałego miasta. Żywe trupy odpoczywające i skostniałe z nudów po zjedzeniu ostatnich żywych, ponownie ruszają na powolne polowanie, uparcie łażąc grupami za obranym celem. Później akcja przenosi się pod ziemię, do tuneli po byłej kopalni. Jak zwykle, bardzo "sympatycznie" ogląda się rozwój akcji, gdzie krwiożercze bestie krok po kroku zacieśniają krąg wokół walczącej o przeżycie grupki ludzi. Jak zwykle też w tego rodzaju filmach, mamy do czynienia z wewnętrznym konfliktem wśród "żywych" bohaterów, który sprawia, że widz ma wątpliwości kto tak naprawdę jest gorszy; ludzie, czy martwi ludzie... a może wszyscy oni. Nowością wprowadzoną przez Romero jest za to jeden z Zombie, który uwiązany na łańcuchu "uczony" jest pierwotnych (dla współczesnego człowieka) umiejętności... a raczej sprawdza się na nim, czy w ożywionych zmarłych pozostał gdzieś głęboko jakikolwiek ślad inteligencji. Ów żywy trup jest jedynym "prawie pozytywnym" i cokolwiek kumającym sztywnym w całej trylogii Romero...



 
 
 



    ...Podobny "myk" zastosował Danny Boyle w swoim "28 dni później" - jeden z 'zarażonych', jest przytwierdzony łańcuchem do ściany, w celu "zbadania" jak długo wyżyje bez jedzenia. Na tym jednak podobieństwo między dziełami Romero a filmem Boyle'a się kończy, gdyż 'zarażeni' w tym drugim są zupełnym przeciwieństwem "romerowskich" zombie; nie kroczą mozolnie, tylko błyskawicznie dopadają ofiarę i w mgnieniu oka rozszarpują na strzępy. W filmie Boyle'a oszczędza się nam również odrobiny choćby tajemnicy; wszystko jest wyjaśnione, skąd zaraza, dlaczego zaraza (wirus szaleństwa) i samo zakończenie - wszystko jest pozbawione choćby odrobiny uroku niedopowiedzenia. Jako jednak, że w "28 dni później" mamy do czynienia z zarażonymi wirusem szaleństwa, a nie z żywymi trupami, wracamy do znakomitej klasyki którą się tu zajmujemy; Świetną muzykę do "Dnia żywych trupów" napisał John Harrison, a jednym ze speców od charakteryzacji i efektów specjalnych był ponownie Tom Savini.

- Nawiązania -
    John Carpenter inteligentnie wykorzystując schemat z "Nocy żywych trupów" kręci w roku 1976 swój "Atak na posterunek 13" - gdzie sprawnie buduje atmosferę grozy i osaczenia, nie zapominając o niezwykłych relacjach i napięciach między postaciami. Praktycznie "Atak na posterunek 13" jest powtórką z rozrywki, gdzie żywe trupy zostały zastąpione żywymi bandytami z karabinami - dzieło Carpentera pozostaje do dzisiaj najciekawszą przeróbką schematu stworzonego przez Romero. Sam Carpenter, wiele lat po nakręceniu "Ataku na posterunek 13" próbuje zainscenizować podobną fabułę na planecie Mars; nie wychodzi jednak z tego nawet średnio udany film. Najlepszym jednak i najpilniejszym "uczniem" George'a Romero jest bez dwóch zdań Peter Jackson z filmami "Bad Taste" i "Martwica mózgu". Ten drugi to już klasyka kina Gore i prawdopodobnie najkrwawszy film w historii kina, nie pozbawiony elementów parodii gatunku i niemal slapstikowego humoru, czerpiący pomysł z pierwszych filmów serii "żywe trupy atakują"!. Pomysł survival-horroru z "żywymi inaczej" wykorzystano także w grze komputerowej, którą po kilku latach udanie przerobiono na film "Resident evil" z Millą Jovovich w roli głównej. Obraz cechowała sugestywna atmosfera, wykreowana głównie za sprawą klimatycznej muzyki, szybkiego sposobu narracji i dynamicznego montażu rodem z teledysków MTV. Same "zombiaki" pozostały jednak powolną, odmóżdżoną masą martwych ciał dążących do zaspokojenia głodu. Sceną, która powinna przejść do klasyki horroru, jest ta, w której jeden z Zombie sunie powoli do przodu, ciągnąc za sobą topór strażacki. Sam Romero także zaczerpnął (może nieświadomie) nieco z historii filmu, gdyż liczba jego bohaterów w oblężonym budynku w "Nocy żywych trupów" to siedem - tyleż samo było samurajów Kurosawy (1954), siedmiu też było wspaniałych (1960)... a w latach późniejszych siedmiu pasażerów Nostromo, siedmiu komandosów w "Predatorze" i oczywiście (byłbym zapomniał!) bohaterów w "Ataku na posterunek 13" ;) Warto wspomnieć w tym miejscu, że jeden z bohaterów filmu "Od zmierzchu do świtu" - mającego wiele wspólnego z konwencją "zombie" - nosi na koszulce napis właśnie "Assault on precinct 13", głównych bohaterów walczących z (w tym wypadku) wampirami jest znowu siedmiu (!), a gościa o ksywce Sexmachine gra... Tom Savini! Tak to właśnie, skacząc z filmu na film wróciliśmy do wspominanego często w tym tekście Toma Saviniego. Czemu ten niepozorny charakteryzator i człowiek od efektów specjalnych odgrywa tu tak dużą rolę?



    Tom Savini; pracował jako charakteryzator na planie "Piątku 13-go", "Dnia żywych trupów", "Teksańskiej masakry piłą łańcuchową 2" i "Teda Bundy". Jest autorem efektów kosmetycznych do filmu "Poranek żywych trupów". Wystąpił w... "Dzieciach żywych trupów" i wyreżyserował remake "Nocy żywych trupów"...


- NOC ŻYWYCH TRUPÓW remake (1990) -
    Otóż, w roku 1990 Tom Savini dokonuje rzeczy niemożliwej; wspomagany przez George'a Romero (producent) i jego scenariusz z roku 1968, kręci remake klasycznej i kultowej już "Nocy żywych trupów"... który to remake według niektórych okazał się znacznie lepszy od oryginału. Przede wszystkim mocniejszą stroną filmu okazała się charakteryzacja i sceny krwawych jatek - znacznie bardziej dopracowanych niż w czarno-białym filmie Romero. Spór o to, w którym filmie - oryginale czy remake'u - jest lepiej zbudowany klaustrofobiczny klimat osaczenia, trwa do dziś. Zarówno stara jak i nowa wersja ma swoich zagorzałych fanów. Ja należę do grupy oddającej honor filmowi Saviniego. Jedna rzecz jest jednak w obydwu filmach jednakowa; liczba siedmiu bohaterów oczywiście. Jedna też poważna jest między nimi różnica (pomijając fakt oczywistych różnic obsadowych, kolorowego obrazu i przepaści jakościowej w technice wykonania całości) - Tom Savini, nie chcąc kopiować zakończenia zmienił je nieco, co wyszło filmowi na dobre, bo nie pozbawiło remake'u efektu zaskoczenia!



   
   



    Żadna jednak z wersji "Nocy żywych trupów", czy to Romero, czy Saviniego nie zawiera zakończenia, jakie widnieje w oryginalnym scenariuszu. Kto nie oglądał w/wym filmów, niech nie czyta przytoczonego poniżej fragmentu scenariusza, gdyż zdradza zaskakujące zakończenie, które nieznacznie tylko odbiega od zastosowanych w filmach Romero i Saviniego. Dla osób które nie mają zamiaru zapoznać się nigdy z filmami Romero i Saviniego, a chciałyby poznać ciekawe ZAKOŃCZENIA tych filmów, pod fragmentem scenariusza zamieszczam krótką informację na ten temat: KLIKNIJ ABY PRZECZYTAĆ


- POWRÓT ŻYWYCH TRUPÓW (1985) -
    Żywe trupy nie są zbyt 'sympatycznym' tematem filmowym i pasują jak ulał (czy też 'jak się rozłożył') do stricte horroru. Czy można zatem z tak mocnego i dość niewdzięcznego tematu poczynić horror komediowy? Okazuje się, że tak, chociaż wciąż bliżej temu tworowi do horroru niż komedii. Postaci żywo-trupo-podobne wykorzystał Peter Jackson w swojej skąpanej we krwi, skrajnie odrażającej komedii "Martwica mózgu" i w ostro komediowym "Bad Taste", jednak tych filmów nie można uznać za oficjalne rozwinięcie wielkiego cyklu Żywych trupów (zapoczątkowanego na szeroką skalę przez George'a Romero) a jedynie za 'inspirowane' filmami takimi jak "Noc, Dzień, czy Poranek - żywych trupów". W roku 1985, Dan O'Bannon - nawet dziś mało znany reżyser - zrealizował film "Powrót żywych trupów", który to obraz nie jest oficjalną kontynuacją dokonań Romero, ale można go śmiało postawić za jego klasycznymi filmami, gdyż "Powrót żywych trupów" w bardzo sympatyczny i wariacki sposób, przedstawia ciekawą wersję wydarzeń ze zmarłymi w roli głównej. Nie jest to żaden remake czy sequel genialnych poprzedników, nie ściąga też "Powrót żywych trupów" z filmów Romero, ani nie powiela znanych powszechnie schematów. Dan O'Bannon proponuje nam utrzymaną w komediowym tonie zabawę konwencją. Przez to "Powrót żywych trupów" zyskuje może i nieco komiksowy rys, ale nie zaciera tym przerażającego wizerunku zmarłych powstałych z grobów i desperackiej walki bohaterów o przeżycie.



 
 



Już sam punkt wyjścia zapowiada film ciekawy i świeży, wnoszący do skostniałych ram gatunku nową jakość. Oto bowiem, w pewnej kostnicy przechowywane są w beczkach zwłoki, które kiedyś ponoć były ożyły (w tym momencie reżyser bardzo sprytnie nawiązuje do "Nocy żywych trupów" Romero). Oczywiście ciekawość i nieprzestrzeganie zasad bezpieczeństwa powoduje, że już po chwili dwóch pracowników kostnicy musi się bronić przed atakiem żywego trupa. Obezwładnionego 'napastnika' zanoszą do pobliskiej spalarni zwłok, gdzie proszą nieco ekscentrycznego właściciela o przysługę. Niestety, obydwaj pracownicy kostnicy nawdychali się oparów z wojskowej beczki (w której był ów żywy trup) i właśnie zaczyna się ich przemiana, którą w odróżnieniu od filmów Romero, obserwujemy etap po etapie. Do tego ciekawego zabiegu dochodzą spektakularne ataki zastępów zombie na wciąż przyjeżdżające karetki i radiowozy (które zresztą sami wzywają;), nowatorski sposób przedstawienia tychże (są znacznie szybsi od powolnych ciał z poprzednich filmów) ostra, rockowa muzyka w tle i zaskakujący finał. Wszystkie te elementy składają się na film nietuzinkowy i zdecydowanie wart obejrzenia. Ciekawostką jest, że Dan O'Bannon był w swoim życiu reżyserem tylko 2 filmów (w tym właśnie "Powrotu żywych trupów"). Bardziej znany jest O'Bannon jako autor pomysłów lub scenariuszy do takich filmów jak "Pamięć absolutna" Verhoevena, "Błękitny grom" Badhama, pomysłodawca dwóch epizodów z animacji "Heavy Metal" (epizod 'Soft landing' i utrzymany w stylu właśnie żywych trupów, przerażający 'B-17'). Dan O'Bannon maczał też palce przy tworzeniu postaci do filmów "Alien^3", "Alien Resurrection" czy "Alien VS Predator" - zatem dorobek tego niezwykłego twórcy mówi sam za siebie i tłumaczy fakt powstania tak oryginalnego i udanego filmu jakim bez wątpienia jest opisany tu "Powrót żywych trupów".


- POWRÓT ŻYWYCH TRUPÓW 2 (1988) -
    W roku 1988, niejaki Ken Wiederhorn kręci drugą część "Powrotu żywych trupów" pod wiele mówiącym tytułem "Powrót żywych trupów 2". Niestety, film jest nie tylko wtórny i żerujący na popularności 'jedynki' ale i zwyczajnie brakuje mu polotu i świeżości oryginału O'Bannona. Co więcej; Ken Wiederhorn obsadza w swoim filmie dwóch głównych aktorów (Jamesa Karena i Thoma Mathewsa) z pierwszej części (mimo że tam zginęli) i to w tych samych rolach - choć tym razem grają złodziei okradających groby z czaszek i biżuterii - a nawet w tych samych ubraniach. Co jeszcze więcej, w części drugiej ponownie oglądamy ich przemianę w żywe trupy. Film pozbawiony jest praktycznie wszystkiego co było siłą napędową części pierwszej. Widz czuje się po prostu jakby oglądał źle odgrzane danie, które zostało przyrządzone przez złego kucharza. Niby wszystko według tego samego przepisu i nawet z tymi samymi składnikami, ale źle wymieszane, przypalone i prawie niezjadliwe.


- POWRÓT ŻYWYCH TRUPÓW 3 (1993) -
    Musiało upłynąć 5 lat, aby ktoś ponownie wziął na wokandę tematykę wciąż powracających trupów. Tym kimś był Brian Yuzna, który ma na swoim koncie takie horrory jak "Re-animator 2", "Dentysta 1 i 2" oraz pierwszą i czwartą nowelę "Necronomiconu". Był także Brian Yuzna autorem pomysłu na film "Kochanie, zmniejszyłem nasze dzieci". Dorobek w sumie średni i taki sam jest film "Powrót żywych trupów 3". Ta część zrywa zupełnie z treścią i konwencją dwóch poprzedników, serwując nam coś pośredniego między zombie-movies, a horrorem w stylu "Hellraisera". W filmie Yuzny głównym wątkiem jest bowiem stopniowa przemiana w zombie pewnej dziewczyny i wysiłków jej chłopaka, który nie może się pogodzić z faktem śmierci ukochanej. Dziewczyna niemiłosiernie świruje będąc na móżdżanym głodzie i odkrywa, że ból pozwala jej zapomnieć o pragnieniu jedzenia ludzkiego ciała. W tym celu kroi regularnie swoje ciało, przebija je gwoździami, łańcuchami i innym żelastwem.



 
 



Prawdziwych, oryginalnych żywych trupów jest w tym filmie jak na lekarstwo, a brutalnością i scenami gore znacznie "Powrót żywych trupów 3" góruje nad poprzednimi częściami. Jedynym szczegółem który łączy film Yuzny z "Powrotem żywych trupów 1 i 2" jest punkt wyjścia dla akcji, czyli żywy trup uwolniony z beczki. Mimo że "Powrót żywych trupów 3" jest filmem dość średnim i odbiega od stylistyki i sposobu opowiadania reszty trylogii, jest znacznie ciekawszy od części drugiej, ustępując jednak pod każdym względem, znakomitej części pierwszej.



- ŚWIT ŻYWYCH TRUPÓW (2004) -
    Żywe trupy mają niezwykły fart do udanych remake'ów. Po doskonałej, nowej wersji "Nocy żywych trupów" w reżyserii Toma Saviniego, kolej przyszła na odświeżenie "Świtu żywych trupów" (spotyka się również tłumaczenie tytułu jako "Poranek żywych trupów"), do czego zabrał się reżyserski debiutant Zack Snyder. Nowa wersja "Świtu..." to film w pełni oddający hołd dziełu Romero z roku 1978; akcja tylko w nieznacznym stopniu dzieje się poza Supermarketem, i choć osadzona została w dzisiejszych czasach, bohaterowie nie posługują się telefonami komórkowymi czy 'internetem', a film utrzymany jest w surowej i ponurej estetyce pierwowzoru, choć znacznie dynamiczniejszej i bardziej nafaszerowanej ołowiem, za sprawą znakomicie zrealizowanych strzelanin! Nowy "Świt żywych trupów" to także jeden z najciekawszych przykładów na pomysłowy prolog! Po raz pierwszy w historii Zombie (znów pomijając "Martwicę mózgu") pojawia się też motyw narodzin dziecka-żywego trupa... brrrr - choć według mnie, to najsłabsza i zbędna część filmu, bez której doskonale mogło się obejść.



 
 
 



Zack Snyder idąc też wbrew hollywoodzkim tendencjom, swój film kończy dość pesymistycznie, choć pewne niedopowiedzenia pozostawiają swobodę, umożliwiającą powstanie ewentualnego sequela. Reżyser nie zgubił klimatu znanego z dzieł Romero, choć (według niektórych to błąd) zastąpił ospałych zombie, egzemplarzami 'turbo', co (moim skromnym zdaniem) poszło filmowi na dobre, a błyskawicznie poruszające się trupy przerażają znacznie bardziej, niż łatwi do wyminięcia 'powolniacy' ze starej wersji "Świtu...". Warto też nadmienić, że w epizodycznej roli, w "Świcie..." ad 2004 pojawia się nie kto inny, a sam Tom Savini ;) KLIKNIJ ABY PRZECZYTAĆ RECENZJĘ


- WYSYP ŻYWYCH TRUPÓW (2004) -
    Były już Noce, Poranki, Dni, Powroty, nowe Noce, nowe Poranki, filmy bazujące na dokonaniach Romero, wiele z niego zapożyczające czy przeinaczające znane schematy, lub nawet przerabiające motyw żywych trupów na gatunek zbliżony do komedii ("Powrót żywych trupów"). Nie było jednak do tej pory filmu, który odnosiłby się do całej twórczości Romero i jednocześnie mógł widzów zarówno przerazić, zmusić do zastanowienia i rozśmieszyć. Nie było też do tej pory w filmach o zombie (może pomijając "Martwicę mózgu") wątku miłosnego. Nadszedł więc czas na... "Wysyp żywych trupów" (oryg. "Shaun of the dead" - Shaun to imię głównego bohatera), który jest wszystkim po trochu; parodią, komedią, horrorem, love story i pastiszem filmów o zombie, który parodiując utarte szablony, jednocześnie grzecznie się im podporządkowuje. Dzięki takiemu niecodziennemu podejściu do tematu, poza obowiązkową 'zarazą nie wiadomo skąd i czemu' oraz 'zarażaniem przez ugryzienie', mamy też w "Wysypie żywych trupów" kilka pomysłów-perełek, które stawiają 'kropkę nad i' w temacie Żywych trupów, jak na przykład scena w której bohaterowie idą w tłumie zombie, udając żywe trupy - patent bardzo prosty, a jednocześnie genialny i pomysłowy, a do tej pory niewykorzystany w żadnym z filmów o zombie. Albo skrupulatny plan Shauna, co zrobią z jego ojczymem jak dojadą do domu jego matki. Plan ukazywany na kilka sposobów, za każdym razem zilustrowany muzyką zespołu Goblin ze "Świtu żywych trupów" Romero. Plan, który oczywiście sypie się później na wszystkie możliwe sposoby. Nie będę już wspominał o prześmiesznej scenie, w której siłujący się z kobietą-zombie Shaun prosi kumpla o pomoc, a ten - wciąż myśląc, że mają do czynienia z pijaną w sztok dziewczyną - biegnie po aparat i robi im zdjęcie, prosząc oboje o 'zapozowanie', albo jak ten sam kumpel nie może pomóc Shaunowi w zabiciu innego zombie, bo własnie zajęty jest pisaniem SMSa ;)



 
 



Film zaczyna się komedią (kilka ujęć ludzi podczas codziennych, rutynowych zajęć, udowadnia, że już dziś niektórzy z nas włóczą się po Ziemi jak te Zombie) i rozterkami sercowymi głównego bohatera, jednak im bliżej końca, tym atmosfera staje się coraz bardziej serio, by na sam koniec mogło dojść do krwawej jatki i walki o życie z hordami żywych trupów. Na wielkie uznanie zasługują w "Wysypie żywych trupów" niezwykle ciekawe postaci, mnóstwo odwołań do klasyki ("Idziemy po Ciebie Barbaro!", czy motywy muzyczne ze starej wersji "Świtu żywych trupów" wykorzystane w wielu miejscach filmu) a także muzyka, z piosenkami Quuen na czele - nie zapominajmy bowiem, że "Wysyp żywych trupów" to produkcja brytyjska. Przy całej parodystyczno komediowej konwencji, nie brakuje w "Wysypie..." scen drastycznych i niezwykle krwawych, jak ta w której jeden z bohaterów jest ręcznie 'otwierany' przez tłum żywych trupów, które wyjmują z jego brzucha i klatki piersiowej wszystko, co tam każdy z nas przeważnie ma... co jest nawiązaniem do identycznej sceny z "Dnia żywych trupów". Jedynym minusem "Wysypu żywych trupów" jest jedynie to, że osoby które nie znają filmów w nim cytowanych (nawet tytuł nie jest przypadkowy: DAWN-SHAUN ;), nie będą wiedziały kiedy i co jest 'mrugnięciem' do widza, co jest nawiązaniem, która scena parodią itp, przez co film może się niektórym po prostu nie spodobać. I na koniec mała dygresja co do zakończenia "Wysypu żywych trupów", które w jednym miejscu zostaje według mnie... nieco błędnie rozegrane: SPOJLER Gdy Shaun ze swoją dziewczyną wychodzą już z piwnicy, nadjeżdża oddział wojska i żołnierze otwierają ciągły ogień z karabinów, do wszystkiego co się na ulicy rusza. Przez kilka sekund byłem pewien, że kule masakrują także naszych głównych bohaterów, przez co otrzymalibyśmy jedno z najbardziej zaskakujących zakończeń w historii kina. Byłoby to całkowite odwrócenie konwencji, od komedii z początku filmu, do kompletnej tragedii w finale. Byłoby to też idealne nawiązanie do dramatycznego i dołującego zakończenia starej wersji "Nocy żywych trupów". Widzowie obserwując niespodziewany zwrot akcji poczuliby się tak, jakby dostali czymś ciężkim po głowie. Szkoda zatem, że reżyser pozwolił swoim bohaterom przeżyć. Muszę też w tym miejscu dać twórcom prztyczka w nos za to, że na kilka sekund wprowadzili mnie w błąd, zbyt chaotycznym montażem, który autentycznie sprawiał wrażenie, że wojskowi koszą z kartabinów cały tłum zombie, w którym stał również Shaun ze swoją dziewczyną, a po chwili okazało się, że kule strzelających hurtem żołnierzy jakoś naszych bohaterów ominęły. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło i dzięki takiemu a nie innemu zakończeniu, możemy w ostatniej scenie podziwiać Shauna i jego przyjaciela (jako zombie) - grających w szopie na konsoli, w rytm piosenki "You're my best friend" zespołu Queen oczywiście ;) KONIEC SPOJLERA
KLIKNIJ ABY PRZECZYTAĆ RECENZJĘ


- ZIEMIA ŻYWYCH TRUPÓW (2005) -
    George A. Romero wraca! Niestety, film rozczarowuje na całej linii. Żywe trupy zeszły zupełnie na drugi, czy wręcz trzeci plan, na ekranie ich mało, a gdy się pojawiają, mamy wrażenie, że wlazły do filmu przypadkiem, bo w "Ziemi żywych trupów" walka z zombie nie stanowi już głównego wątku. Najważniejsza jest skomplikowana fabuła - oto pewien bogaty biznesmen (Dennis Hopper) i jemu bogaci podobni, zyją sobie w luksusowych apartamentach, chronieni przez wynajętych najemników. Jednym z nich jest Cholo (John Leguizamo), który wystawiony przez bogacza do wiatru, kombinuje jakby mu uprzykrzyć życie. Z Cholo rywalizuje bohater pozytywny, niejaki Riley (Simon Baker), intryga robi się niepotrzebnie skomplikowana, a gdzieś w tym wszystkim mignie czasem kilka żywych trupów, jakby z obowiązku, bo w tytule stoi 'of the dead' przecież. George A. Romero zagubił gdzieś klimat swoich poprzednich filmów, gdzie najważniejsza była walka garstki ludzi z hordami zombie. Za dużo tu karabinów, za dużo przestrzeni, za dużo fabuły i kombinacji między bohaterami. Nie ma tu już żadnego napięcia: czy uda im się przeżyć, czy przetrwają itp.



 
 



Romero wprowadza jednak do "Ziemi żywych trupów" jeden ciekawy motyw: zombie przywódcę, który kuma cośkolwiek więcej od reszty łażących bezładnie trupów. Jednak nawet swoista rewolucja, przewrót jakiego próbuje dokonać 'nowy gatunek' - swoista parabola zagrożeń współczesnego świata (choć według słów głównego bohatera: "Oni tak jak my, po prostu szukają swojego miejsca") nie zapewnia widzom ciekawego filmu, co przecież gwarantowały poprzednie dokonania Romero ("Noc...", "Świt..." czu nawet "Dzień..."). I choć w "Ziemi..." na uznanie zasługuje znakomita ścieżka dźwiękowa i ciekawy pojazd głównych bohaterów, to jako całość, nowe dzieło George'a Romero wypada niesamowicie blado, szczególnie przy nowej wersji "Świtu żywych trupów" Zacka Snydera, który to film sam Romero skrytykował, uznając, że nie powinien był powstać. Szkoda, że mistrz nie udowodnił swoim "Land of the dead", wyższości nad znakomitym, klimatycznym remake'em w reżyserii Snydera. Szkoda, że Romero nie odnalazł się w dzisiejszym kinie i zrobił film po prostu słaby. Aha, w "Land of the dead" nie zabrakło oczywiście Toma Saviniego, którego przez kilka sekund możemy podziwiać jako 'zombie z maczetą' - chyba najbardziej klimatyczna scena filmu ;). KLIKNIJ ABY PRZECZYTAĆ RECENZJĘ


AUTOR TEKSTU:
Rafał Donica - DUX
      dux@film.org.pl
FOTO: Grail