Podobno w Wyoming żyje największy na świecie odsetek wieśniaków zgwałconych przez kosmitów. Podobno istotne decyzje polityczne zapadają zakulisowo, a światem rządzi enigmatyczna oligarchia finansowa, sterująca wszystkimi i wszystkim. Podobno lądowanie człowieka na Księżycu nie było faktem, tylko spektakularną mistyfikacją, do której rękę przyłożył sam mistrz Stanley Kubrick. Podobno prezydenta JFK zabił Lee Harvey Oswald, oddając w ciągu niespełna 9 sekund 5 strzałów z trzech różnych rodzajów broni i z trzech rożnych lokalizacji. Podobno poddana sekcji zwłok dziwna istota na filmiku z 1947 roku nie przedstawia ani plastikowej lalki, ani dziecka cierpiącego na progerię, tylko kosmitę ze statku, który rozbił się w Roswell. Podobno koniec świata nastąpi w roku 2012, nawet pomimo tego, że przepowiednie Nostradamusa sięgają roku 4000. Podobno rząd amerykański finansował grupę ludzi, którzy gapili się na kozy, by samą mocą umysłu zatrzymać akcję ich serc...


Bohaterem filmu Granta Heslova jest Bob Wilton (Ewan McGregor), człowiek życiowo niespełniony. Bob miota się w pułapce przeciętności, w głębi duszy marząc jednak o wielkiej przygodzie i czynach wiekopomnych. Czuje, że musi udowodnić sobie i innym, że jest kimś więcej niż tylko trzeciorzędnym dziennikarzyną, oddelegowanym przez wydawcę trzeciorzędnej gazety do przeprowadzania dziwnych wywiadów z dziwnymi ludźmi, niekoniecznie zdrowymi na umyśle. W sukurs przychodzi mu nagły zgon Rona, kolegi z biura. Ten przykry skądinąd incydent jest katalizatorem wszystkiego, pomimo, że nie jest genezą wszystkiego. Bo geneza przyszłych wydarzeń zakorzeniona jest w chwili, w której na drodze Boba pojawia się Gus Lacey (Stephen Root) - człowiek, który zabił spojrzeniem chomika. To właśnie rozmowa z nim rzuca nieco światła na mroczną stronę mocy amerykańskiej armii, a tym samym daje mu dostęp do cząstki wiedzy zaprawdę dostępnej naprawdę nielicznym. Odległe postrzeganie. Psycho-szpiedzy. Zabijanie zwierząt siłą umysłu. Cóż, to powinno Boba zaintrygować. I intryguje. Mały człowieczek idzie więc na wojnę. Wiedziony żądzą przyszłej chwały oraz chęcią poznania nieznanego, rusza na spotkanie iście surrealistycznej przygody, na szlaku której zetknie się z Armią Nowego Świata, Wojownikami Jedi oraz z postaciami Lyna Casssady'ego (świetny George Clooney) i Billa Django (jak zawsze świetny Jeff Bridges). Na tego pierwszego natyka się już na samym początku swojej wędrówki, tego drugiego spotyka u jej kresu, wcześniej jednak poznając tę barwną postać poprzez równie barwne opowieści Lyna (formalnie zamknięte w ramy komicznych retrospekcji)...


Lyn Cassady to emerytowany Wojownik Jedi, niegdyś najlepszy z najlepszych. To także ekspert od techniki błyskających oczu, zwolennik techniki Echmeyera (w praktyce zastosowanej przez niego w starciu z arabskimi porywaczami) oraz człowiek mocno wierzący w niszczycielską moc śmiertelnego ciosu Dim Mak (jego fenomen polega na tym, że nigdy nie wiadomo, kiedy zadziała). Bill Djago natomiast to legendarny dowódca pierwszego Batalionu Armii Nowego Świata, gorący zwolennik i propagator alternatywnych technik bojowych, polegających na niezabijaniu. Swoje bogate doświadczenie Bill zawdzięczał Ruchowi Nowej Ery, w ramach którego przez sześć bitych lat oddawał się Nagim Sesjom w Gorących Wannach Santa Rosa, siłowaniu na rękę w Sacramento, Ruchowi Nawiedzonego Joggingu w Stockton czy chociażby Kolonoterapii Wyższą Esencją (sesje w Monterrey). Bill to Szaman, który z poświęceniem przedarł się przez dzicz, po to, by wrócić i za pomocą uczniów swoich wygrywać wojny, za oręż mając jedynie posłanie miłości i pokoju, okraszone szczyptą telepatii, telekinezy oraz astralnej teleportacji...


To tyle, jeśli chodzi o charakterystykę głównych postaci, przewijających się przez film (gwoli ścisłości, na uwagę zasługuje jeszcze jedno indywiduum: Larry Hooper, czyli po swojemu cyniczny Kevin Spacey, oczywiście również w tym filmie świetny). To również tyle w temacie zarysu fabularnego, w jaki nie będę się bardziej zagłębiał, głównie przez wzgląd na tych, którzy filmu jeszcze nie widzieli, a którzy być może mają zamiar go obejrzeć. Nadgorliwie śpieszę jednak z pewnym wyjaśnieniem, być może subiektywnym, a być może nie: pomimo wszelkich swoich zalet "Człowiek, który gapił się na kozy" absolutnie nie jest filmem wybitnym. To "tylko" dobre kino z pretensjami do bycia czymś lepszym, niż jest w istocie. Podejrzewam, że reżyserowi marzyło się arcydzieło, a wyszło mu tak, jak wyszło. Grant Heslov wziął się za bary z rzetelną literaturą faktu (film to adaptacja dziennikarskiej powieści Jona Ronsona o takim samym tytule) i w pewnym sensie przegrał. Złapał w garść niebanalny temat, po czym rozmienił go na drobne, wyrzucając z niego wszystko to, co straszne i tragiczne, a zostawiając tylko to, co fajne i zabawne. I tu trzeba oddać reżyserowi jego reżyserską sprawiedliwość: pomimo wszelkich swoich wad "Człowiek, który gapił się na kozy" jest zdecydowanie filmem fajnym i zabawnym, w dodatku znakomicie obsadzonym i zagranym (co zresztą zasygnalizowałem powyżej). Warstwa narracyjna filmu mocno kuleje, akcja to w zasadzie jedynie ciąg zabawnych sekwencji i dialogów, dosyć luźno ze sobą powiązanych. Owszem, całość spina jakaś tam historia, ale na pewno nie jakaś istotna myśl, mogąca nadać tej historii jakikolwiek sens. Co rodzi podejrzenie, że jednak reżyser nie miał ambicji zrobienia czegokolwiek, co można by uznać za arcydzieło. Może po prostu chciał się powygłupiać, a tylko nam się wydaje, że miał jakiś głębszy zamysł i w związku z czym coś mu tam nie wyszło? Cóż, jeśli chciał się tylko powygłupiać (wraz z odtwórcami nie tylko głównych ról), to trzeba przyznać, że te wygłupy wyszły mu znakomicie...


Podobno myśl jest przyczyną, a materia skutkiem, co oznacza, że jeśli bardzo czegoś chcesz - będzie Ci to dane. Podobno Polska w ciągu najbliższych 100 lat stanie się światowym mocarstwem, a Rosja dawno przebrzmiałym snem o potędze. Podobno Król Popu żyje, chociaż wszyscy myślą, że umarł. Podobno rząd amerykański finansował grupę ludzi, którym wydawało się, że mogą przenikać przez ściany. Podobno w tych wszystkich historiach jest więcej prawdy, niż moglibyśmy sądzić...


7/10





wytwórnia - BBC Films, Smoke House, 2009
reżyseria - Grant Heslov
scenariusz - Peter Straughan
wg powieści - Jona Ronsona
produkcja - George Clooney, Grant Heslov, Paul Lister
zdjęcia - Robert Elswit
muzyka - Rolfe Kent
montaż - Tatiana S. Riegel
czas projekcji - 94 minuty

wystąpili
George Clooney
Ewan McGregor
Jeff Bridges
Kevin Spacey
Stephen Lang
Robert Patrick
Waleed Zuaiter
Stephen Root
Glenn Morshower
Nick Offerman
(Lyn Cassady)
(Bob Wilton)
(Bill Django)
(Larry Hooper)
(Dean Hopgood)
(Todd Nixon)
(Mahmud Daash)
(Gus Lacey)
(mjr Holtz)
(Scotty Mercer)

Autor recenzji: Bolesław Dochuński-Duchoński - BD-D [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 18 maja 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF