Strona główna KMF
 NEOEGZORCYSTA
 












    Diabły, demony, opętania, egzorcyzmy – te tematy można brać na serio, ale i można mrugać do widza okiem, choć wtedy wszystko najczęściej obraca się samowolnie w tandetę. Bo ileż to wariacji bosko-szatańskich już było! „Constantine” dorzuca coś od siebie – coś co tandetą nazwać oczywiście można, choć ograne klisze wyjątkowo w tym filmie mnie nie drażniły.

    Musze przyznać, że ekranizacje komiksów mnie mierzą. Ich twórcy chętnie korzystają z wszelkiej maści efekciarstwa, aby ukryć braki w scenariuszu, budowie postaci czy samej reżyserii. Tyczy się to prawie wszystkich kinowych adaptacji, prócz historii o Człowieku-Nietoperzu, podpisanych przez Tima Burtona, oraz mało znanego w Polsce, znakomitego „American Splendor” z rewelacyjnym Paulem Giamattim w roli głównej. Oczywiście widz oczekujący wyłącznie zmysłowej fanfaronady kocha wszelkie komiksowe przeboje, mimo że te uciekają w jakościową przeciętność, a ich sukces mierzony jest ilością zer na koncie, nie jakością artystyczną. Czy to przykre – nie mnie o tym sądzić, nie od dzisiaj bowiem zabieg marketingowy potrafi sprzedać największy szajs, by w ten sposób urabiać gusta i guściki.
    „Constantine”, ekranizacja nieznanego mi komiksu wydawanego pod tytułem „Hellblazer”, jest kinową propozycją dość wyjątkową, bo nie wpisującą się w żałosne tendencje tego gatunku. Debiut Francisa Lawrence’a, wcześniej reżysera teledysków Britney Spears, w zalewie obrazkowych adaptacji wyróżnia się specyficznym klimatem i treścią daleką od banalności, choć jako całość skąpana jest dość perfidnie w sosie czysto komercyjnym. Historia okultysty, Johna Constantina, garściami czerpie ze schematów obecnych w kinie, literaturze i sztuce od dziesiątek lat. Nie warto nawet przywoływać tytułów, bo zajęłyby one znaczną część tej recenzji, a każdy zapewne filmy o Szatanie zna (o kinie szatańskim możecie poczytać tutaj), również obrazy walki sił Dobra ze Złem zaskoczyć nie mogą nikogo, kto styczność z filmem ma nie od święta. „Constantine” ukazuje rzeczywistość nam znaną, tyle że jest ona polem, na które oddziaływują siły boskie i szatańskie. Pewnym novum wprowadzonym do tego uniwersum są postacie archaniołów i demonów, które wypełniają swą szlachetną bądź złowieszczą misję wpływając na niczego nie świadomych ludzi. Świat ukazany w filmie jest więc wpisany w chrześcijańskie ramy, z tego powodu wszelkie opowieści o aniołach stróżach, cudach, szatańskich opętaniach, włóczniach przeznaczenia i tym podobnych należy traktować bardzo dosłownie, przez co film jednych może irytować, drugich być może i umocni w swej wierze. W każdym bądź razie świat przedstawiony jest na tyle intrygujący w swej pozornej zwyczajności, że warto docenić i tę wizję sięgającą do niebanalnych źródeł.
    Oczywiście „Constantine” przerabia znane mitologie na swój, często kpiarski, sposób, a wyobrażenia powstałe w postmodernistycznym duchu ocierają się raz to o artystyczną oryginalność, innym razem o kicz. Zachwycić może piekło, które przedstawiono bardzo klasycznie, dodając jednocześnie do tej wizji odrobinę artystycznej inwencji w stylu obrazów Hieronima Boscha czy zmarłego niedawno Zdzisława Beksińskiego. Piekielna scenografia to oczywiście ogień, ale i surrealistyczne wiecznie palące się miasta, z których wydobywają się krzyki dusz na zawsze potępionych. Mało to oryginalne, ale na pewno efektowne (bo świetnie wykonane), szkoda, że chwilami psute przez pojawiające się w dziesiątkach egzemplarzy żarłoczne i koślawe demony, przypominające chałowate potwory z tanich filmów gore. Przyczepić się można również do krótkiej, acz kiczowatej niezmiernie, wizji nieba. Oto boska siedziba została przedstawiona jak obrazek malowany ręką dziecięcą – różowy pejzaż, pluszowe cumulusy, zamki na horyzoncie. Brakowało tylko samego Boga, siwobrodego staruszka na złotym tronie. Być może skupiam się w tej krytyce na szczegółach mało istotnych, ledwie zauważalnych, lecz czepialstwo tyczy się wkurzenia m.in. scenami pojedynczymi, chwilowymi epizodami, które rozwalają przy okazji poważny klimat filmowego dzieła, a tego wybaczyć twórcom nie sposób.
    Samemu Johnowi Constantine możemy wybaczyć – jest to postać dość posępna, cyniczna, arogancka, wyzbyta złudzeń, walcząca o zbawienie, choć to właśnie potępienie jest jej pisane (i nadejść ma ono już niedługo, wszak rak płuc ma mimowolnie skazać bohatera na ogień piekielny). Czy jest to dowód na to, że budowa postaci w oparciu o komiks nie musi iść w stronę jednowymiarowości? Poniekąd na pewno, tym bardziej, że temu portretowi towarzyszy ciekawe i złożone tło. Keanu Reeves nie jest aktorem wybitnym, zbyt często nie daje również dowodu na to, że jest aktorem przeciętnym, ale tutaj dość dobrze sobie poradził z rolą – operowanie półsłówkami, beznamiętne zawadzanie wzrokiem o nic i o wszystko i fizyczną sprawność opanował do perfekcji u braci Wachowskich, po czym, z podobnie wybitną aktorską ekspresją, zagościł na planie „Constantine”. I w tę konwencję wpisał się znakomicie. Być może to filmowy komiks, operując wieloma uproszczeniami w charakterystyce postaci, może być autentycznym natchnieniem dla drewnianego aktorstwa Keanu?

    Bardzo więc łatwo sprzedać widowni schematyczny produkt pełen oklepanych sensacyjnych głupstw, tym bardziej, że Hollywood od kilku lat straszy komiksowymi szmirami. „Constantine” jakościowo leży gdzieś pośrodku: ucieka w stronę oryginalności prezentując tło i bohaterów dalekich od przeciętności, lecz ucieczka to często nieskuteczna, bo ubrana w znane i modne szablony. Jest jednocześnie inteligentnie i bełkotliwie, zgrabnie i bezowocnie. Tania rozrywka na dość wysokim poziomie.


AUTOR TEKSTU: Rafał Oświeciński - DESJUDI
      

CONSTANTINE
Rok produkcji: 2005 USA
premiera w Polsce: 11.03.2005
Reżyseria:Francis Lawrence
scenariusz:Mark Bomback, Kevin Brodbin, Frank A. Cappello (na podstawie komiksu "Hellblazer" autorstwa Jamiego Delano)
muzyka: Brain Tyler, Klaus Badelt
zdjęcia: Philippe Rousselot
scenograf: Naomi Shohan
kostiumy: Louise Frogley

Wystąpili:
Keanu Reeves jako John Constantine
Rachel Weisz jako Angela
Tilda Swinton jako Gabriela
Peter Stormare jako Szatan
Shia LaBeouf jako Chaz Chandler
Djimon Hounsou jako Papa Midnite
Max Baker jako Beeman
Pruitt Taylor Vince jako Ojciec Hennessy
Gavin Rossdale jako Balthazar
Jesse Ramirez jako Scavenger
Suzanne Whang jako Matka
Jose Zuniga jako detektyw Weiss
Francis Guinan jako ojciec Garret
April Grace jako Dr Leslie Archer
Johanna Trias jako opętana dziewczynka
Alice Lo jako stara kobieta

Klub Miłośników Filmu, 15/03/05



STRONA GŁÓWNA