Urocza, słodka, ale i piekielnie ambitna Nina marzy o głównej roli w wystawianym na otwarcie nowego sezonu „Jeziorze Łabędzim”. Radość ze ziszczenia marzenia miesza się z frustracją i rozczarowaniem, kiedy okazuje się, że może wyzwaniu nie podołać. Idealna w roli delikatnego Białego Łabędzia, nie jest w stanie wcielić się w postać podstępnego, zwodniczego Czarnego Łabędzia. Nina, obsesyjnie dążąc do stworzenia kreacji doskonałej, w pogoni za ideałem zapuszcza się w najciemniejsze zakątki swojego umysłu, ocierając się o szaleństwo.

Pierwsza myśl, jaka nasunęła mi się po seansie „Czarnego Łabędzia” to ta, że poprzednie filmy Aronofskiego były jedynie treningiem, eksperymentem z formą i konwencją, badaniem zależności między fabułą a sposobem jej przekazania. Każdy jego kolejny film-eksperyment był krokiem w kierunku doskonałości, jaką uzyskał w „Czarnym Łabędziu”. Choć echa poprzednich obrazów reżysera są ewidentnie widoczne w jego najnowszym dziele, zarówno w formie jak i w treści (studium obsesji, uzależnienia), tym razem są w stu procentach przez niego kontrolowane i idealnie wyważone.

W „Requiem dla snu”, chcąc jak najwierniej zobrazować stan uzależnienia Aronofsky stawiał teledyskową, jaskrawą, krzykliwą formę nieco wyżej niż samą treść. W „Czarnym Łabędziu” natomiast styl delikatnie schodzi na drugi plan. Zamiast agresywnie rzucać się w oczy, bombardować zmysły tysiącem bodźców, gdzieś w tle, powoli, sukcesywnie buduje całą niesamowitą atmosferę filmu. Pod względem treści z kolei, udaje się reżyserowi uniknąć metafizycznego bełkotu w jaki popadł niestety przy okazji „Źrodła”. Tym razem opowieść trzyma się jasno wytyczonej głównej osi. I nawet gdy zdarzają się fabularne zawirowania – których zresztą jest mnóstwo – widz potrafi się w nich doskonale odnaleźć. Nie znaczy to jednak, że może przewidzieć kolejny krok reżysera. „Czarny Łabędź” bowiem ma to do siebie, że – niczym baletowy pierwowzór – jest bardzo zwodniczy. Mimo, że w jednej chwili reżyser podrzuca nam wskazówki, dzięki którym możemy się pewnych rzeczy domyślać i snuć własne teorie, w następnej odwraca sytuację tak, że widz zostaje z niczym, a ze skrzętnie utkanych teorii zostają strzępy.

Koniec końców opowieść o delikatnej balerinie najwięcej wspólnego ma z historią twardego zapaśnika. W obu filmach szczegółowo pokazane jest zatracenie się w swojej pasji. W „Czarnym Łabędziu” jednak opowieść pchnięta jest o jeden metafizyczny krok dalej. „Zapaśnik” koncentrował się na zewnętrznych skutkach pasji-obsesji Randy’ego – rozpad rodziny, samotność – rezultatach, które widoczne są gołym okiem. W swoim najnowszym filmie Aronofsky wchodzi w głąb umysłu powoli konsumowanego przez dążenie do perfekcji. Widz najpierw staje twarzą w twarz z demonami tkwiącymi w umyśle bohaterki, a dopiero potem widzi zewnętrzne skutki ich działań.

Podobnie jak w „Zapaśniku” Aronofsky osiąga sytuację, gdzie oglądający czuje się nieswojo, niemal jak intruz grzebiący w życiu bohaterów. I podobnie jak w „Zapaśniku”, ten niepokój i dyskomfort wywołuje nagminnymi, natrętnymi wręcz zbliżeniami twarzy bohaterów. „Czarny Łabędź” jest nimi zupełnie zdominowany. W pewnym momencie czujemy się naprawdę niezręcznie, patrząc na kolejny grymas bólu, dezorientacji udręczonej przywidzeniami Niny. Czujemy, że jest to coś tak intymnego, że nie powinno nas przy tym być, nie mamy prawa być tego świadkami, a jednocześnie ta sama świadomość intymności nie pozwala nam oderwać wzroku od bohaterki. Czy tego chcemy, czy nie, jesteśmy świadkami jej demonicznej przemiany.

Obrazując metamorfozę bardzo dosadnie i jednoznacznie, Aronofsky posługuje się symboliką czerni i beli. Nie ma półśrodków – Nina albo jest słodką, uroczą, tkwiącą w pluszowo-cukierkowym światku istotą, albo całkowicie zatraca się w mrocznej stronie swojego charakteru. Nie ma niczego pomiędzy, nie ma półśrodków, nie ma szarości. Tylko czerń albo biel. Ciemne ubrania otaczających Ninę osób odzwierciedlają to, jak dziewczyna ich postrzega: ubrana w czerń matka bezlitośnie kontroluje i szantażuje emocjonalnie, piękna – również przyodziana w czerń Lilly, chce podstępnie ukraść najważniejszą rolę. Sama Nina decyduje się na zażycie narkotyku dopiero po założeniu czarnej koszulki pożyczonej od Lilly. Czerń implikuje zło. A jednocześnie – w pojęciu Niny – czerń wyzwala. Dopiero kiedy decyduje się na kompletne poddanie swojej mrocznej stronie, zaczyna żyć. Po raz pierwszy sprzeciwia się tyranii matki, po raz pierwszy przestaje się wstydzić swojej seksualności, po raz pierwszy – zamiast tłumić – dopuszcza do głosu swoje emocje. Nina obawia się Czarnego Łabędzia w sobie, ale jednocześnie szuka go. Obsesyjnie, szaleńczo za nim podąża.

Podobnie jak „Zapaśnik”, „Czarny Łabędź” to film jednego aktora. Mimo, że drugi plan obsadzony jest świetnymi odtwórcami: fantastyczny, pociagający, bezlitośnie zmysłowy Vincent Cassel; piękna, ponętna, mroczna Mila Kunis – to jednak Natalie Portman kradnie każdą scenę. Odważna, bezkompromisowa w swojej grze, w podejściu do postaci. Doskonale oddaje szaloną schizofreniczność swojej bohaterki: delikatna i krucha, kiedy trzeba przeistacza się w demonicznego wampa. W każdym ujęciu perfekcyjna i precyzyjna.

Ostatnią wielką i wszechobecną „postacią” dopełniającą filmową całość jest muzyka. Aronofsky i tym razem zwraca się do swojego nadwornego kompozytora Clinta Mansella. Z tym, że jego utwory nie dominują „Czarnego Łabędzia” tak, jak to było w przypadku „Requiem dla snu” czy „Źródła”, kiedy nie można było pozbyć się wciąż dźwięczących w uszach genialnych motywów przewodnich. W najnowszym filmie utwory Mansella nie są tak ewidentne. Tutaj dominuje Piotr Czajkowski i jego muzyka z „Jeziora Łabędziego”. Przydaje filmowi baletowej stylistyki, a dodatkowo, jej niemal bezustanne brzmienie potęguje uczucie dyskomfortu i niepokoju, towarzyszące obserwowaniu zagubionej w swoich obsesjach bohaterki.

Krótko podumowując najnowsze dokonanie Aronofskiego: z brzydkiego kaczątka eksperymentów filmowych, przeistoczył się w pięknego łabędzia dojrzałej, wyrafinowanej reżyserii.

OCENA 9/10