Inny punkt widzenia


Czarny łabędź. Kto się zatracił, kogo poniosło, czyli rzecz o doskonałości.

Obejrzałam Czarnego Łabędzia. Wysłucham i naczytałam się peanów pochwalnych ku czci Darrena Aronofskiego i Natalie Portman. I nie potrafię tego skomentować inaczej, jak tylko gombrowiczowskim klasykiem – Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?

Trzeba przyznać, że Aronofsky ma szczęście do aktorów. Nie dalej jak w zeszłym roku oglądaliśmy triumfalny powrót Mickey’a Rourke w Zapaśniku, zespół aktorski Czarnego Łabędzia z uporem godnym lepszego filmu również gra naprawdę świetnie. Znakomite kreacje (na tyle, na ile im scenariusz pozwolił) stworzyli Vincent Cassel, Barbara Hershley i Mila Kunis. Odtwórczyni głównej roli, Natalie Portman otrzymała zaś za rolę Niny Złoty Glob. Trzeba przyznać, że była to nagroda zasłużona. Zgodnie z opinią krytyków - Portman nie grała Niny, Portman była Niną. Osobiście nie uważałabym tego za komplement. Przypomina mi się komentarz Lawrenca Oliviera do wysiłków amerykańskich aktorów: Czy oni nie mogą tego po prostu zagrać? No właśnie. Cały Czarny Łabędź jest niczym innym jak tylko promocją metody Stanisławskiego i szkoły Lee Strasberga. I jej motta: prawdziwa sztuka polega na zatraceniu się.

Problem: być czy grać to główny temat filmu. Przed tym dylematem staje Nina - utalentowana baletnica, która dostaje rolę życia w spektaklu Jezioro Łabędzie. Ponieważ balet jest dla niej całym życiem, rola Królowej Łabędzi to prawdziwe spełnienie marzeń. Wiadomo jednak, że, jak mawiał Wilde, kiedy bogowie chcą nas ukarać spełniają nasze marzenia. I tak też dzieje się w przypadku Niny. Decyzją despotycznego reżysera spektaklu (Cassel) ma zagrać oba Łabędzie: Białego i Czarnego, które symbolizują odpowiednio dobro i zło, ład i chaos, światło i mrok, rozum i emocje. Problem w tym, że Nina nie potrafi się zatracić w tym co robi, stąd też w roli Czarnego Łabędzia jest zupełnie nieprzekonywująca. Konieczność odkrycia i wyzwolenia w sobie pokładów zła staje się dla niej warunkiem sukcesu, ale doprowadza ją też na skraj psychozy. Zadania nie ułatwiają ani niekonwencjonalny szef ani nadopiekuńcza matka ani nowa przyjaciółka – uosobienie wszystkiego tego, czym Nina nie jest. W tle mamy jeszcze skomplikowane relacje z matką, dramat emerytowanej primadonny i różnego rodzaju fantazje seksualne głównej bohaterki.

Nieco przydługa historia baletnicy staje się dla reżysera pretekstem do opowiedzenia, o przechodzeniu na, nomen, omen, ciemną stronę mocy i destrukcyjnym wpływie sztuki na nasze życie. Co ciekawe, zło tradycyjnie powiązane jest z seksualnością i narkotykami, więc inicjacja zarówno seksualna jak i narkotykowa nabiera wielce symbolicznego znaczenia. Jeżeli jednak Darren Aronofsky i scenarzyści tak wyobrażają sobie zło, to smutna prawda jest taka, że niezbyt ich poniosło, a mówiąc dosadniej ugrzęźli w schematach. Rezultatem ich zatracenia się jest bowiem ni to thriller ni to melodramat. Nie można Czarnego łabędzia nazwać nawet dramatem psychologicznym, bo trudno o bardziej powierzchowne naszkicowanie postaci: egzaltowana Nina, demoniczna Lily, egocentryczny Thomas, nadopiekuńcza matka. Historia Niny jest przede wszystkim pretensjonalna i banalna, a dopiero potem – mroczna. I to też w bardzo przewidywalny sposób.

A trzeba zauważyć, że Czarnym Łabędziem reżyser starał się nawiązać do najlepszych. Osią główną filmu jest przecież realizacja baletu Jezioro Łabędzie Czajkowskiego. Pozostawienie oprawy muzycznej Piotrowi Czajkowskiemu było dobrym pomysłem. Rosyjski kompozytor jest sprawdzony i genialny jak zwykle. Nawiasem mówiąc, ciekawe, czy reżyser zna jego mroczną biografię. Jest znacznie bardziej interesująca niż ta Niny. W filmie odnaleźć też można inspirację innymi mrocznymi dziełami - Wstrętem Polańskiego, Carmen Saury, czy Fight Clubem Finchera, o Upiorze w operze nawet nie wspominając. Szkoda tylko, że mix tych wszystkich wątków wypada słabo i przyćmiewa to, co w filmie najciekawsze.

Bo, paradoksalnie, najmocniejszym akcentem Czarnego Łabędzia jest nie studium postępującego szaleństwa, ale obraz rzeczywistości. Zwłaszcza zaś bardzo realistyczne sceny z codziennego życia baletnic. Sceny pełne żmudnych, wyczerpujących treningów, nieustannej rywalizacji, zazdrości i upokorzeń. Niekiedy uderzająco przypominające obrazy baletnic Edgara Degasa, na których tancerki – zmęczone, wyczerpane kobiety odarte zostały z całej magii i sprowadzone do czystej fizyczności. Nie ma w nich nic czarodziejskiego. I w stworzeniu takiej właśnie postaci wychudzonego, pozbawionego wszelkiego wdzięku brzydkiego kaczątka, które w łabędzia przemienia się tylko na czas spektaklu, widziałabym siłę kreacji aktorskiej Natalie Portman.

To, co udało się aktorce, nie udało się reżyserowi. Nie wiem, czego zabrakło – perfekcyjnego warsztatu czy zatracenia się. W to pierwsze wątpię, w to drugie nie wierzę. Najwyraźniej jest coś jeszcze, bo opanowanie dwóch pierwszych elementów, wbrew temu co sugeruje sam Aronofsky, nie jest jeszcze gwarancją sukcesu. Najlepiej widać to właśnie na przykładzie jego własnego filmu.

  Ocena: 6/10