Po trupach do celu...


Darren Aronofsky, człowiek orkiestra. Artysta potrafiący zrobić z nieciekawego materiału kino, które poruszy miliony. Tak było chociażby w przypadku „Zapaśnika”. Bądźmy szczerzy, nikt nie wróżył sukcesu produkcji opowiadającej o podstarzałej gwieździe wrestlingu borykającej się z alkoholizmem i odrzuceniem przez najbliższych. Nie inaczej wyglądała sprawa z jego najnowszym dziełem – „Czarny łabędź”.

Jest to historia rozgrywająca się w środowisku baletnic. Thomas, dyrektor zespołu i genialny choreograf, postanawia wystawić własną interpretację „Jeziora łabędziego” Piotra Czajkowskiego. W jego historii rolę Białego jak i Czarnego Łabędzia ma zagrać jedna tancerka. Nina, utalentowana balerina, walczy o główną rolę w spektaklu. Ciężką pracą i walką zdobywa to, o czym zawsze marzyła. Jest uosobieniem dobra i niewinności, dzięki czemu idealnie pasuje do roli Białego Łabędzia. Nie potrafi jednak wczuć się w rolę jej złowrogiej siostry, czyli Czarnego Łabędzia. Na domiar złego do zespołu dołącza Lilly, która staje się jej rywalką.

Jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć Aronofsky miał wiele problemów ze znalezieniem pieniędzy na ten film. Thriller z elementami dramatu i horroru w środowisku baletnic jakoś nie przykuwał uwagi wielu ludzi. Na szczęście twórcy „Requiem dla snu” udało się znaleźć odpowiednie środki i zrealizował jeden z najlepszych filmów roku 2010.

Aronofsky po raz kolejny stworzył wielowymiarowy obraz, w którym ciągle coś się dzieje. Reżyser genialnie prowadzi swój film nie odsłaniając za szybko wszystkich kart, dzięki czemu widz do końca nie wie co jest prawdą, a co fikcją. Z każdą sekundą coraz trudniej jest nadążyć za wyobrażeniami i fobią głównej bohaterki. Dążenie do ideału sprawia, że Nina zatraca się i jest bliska samodestrukcji. Jest to spore nawiązanie do poprzedniego obrazu Aronofskiego. Nie tylko ten element łączy oba te filmy. Reżyser w podobny sposób przeprowadził zdjęcia, korzystając z ręcznej kamery.

Poza scenariuszem i zdjęciami wielkie wrażenie zrobiła na mnie muzyka. Clint Mansell, nadworny kompozytor Aronofskiego stworzył świetną ścieżkę dźwiękową, wplatając w nią muzykę Piotra Czajkowskiego. Nie można nie wspomnieć o charakteryzacji. Makijaż i przemiany Natalie Portman, przede wszystkim w Czarnego Łabędzia, robią piorunujące wrażenie.

Jak już to bywa u Darrena Aronofskiego do współpracy zostały zaproszone prawdziwe gwiazdy Hollywood na czele z genialną Natalie Portman. Aktorka do roli przygotowywała się przez prawie rok. Przez ten czas żywiła się głównie migdałami i marchewką, przez co schudła 10 kilogramów. Z pewnością jednak opłaciło się. Po zdobyciu Złotego Globu, zwycięstwo w wyścigu o Oscara to już tylko postawienie kropki nad „i”. Na ekranie czaruje również zjawiskowa Mila Kunis, która kusi (głównie męską cześć publiczności) swoim wyzywającym wyglądem. Z pewnością jest to utalentowana aktorka, która w przyszłości może odnieść spory sukces, a „Czarny łabędź” to obraz mogący dać jej przepustkę do wielkiej kariery. Poskutkowało to chociażby nominacją do Złotego Globu - czy będzie również nominacja do Oscara? Na to musimy jeszcze poczekać. W filmie możemy zobaczyć również Vincenta Cassela oraz Winonę Ryder.

„Czarny łabędź” to brutalny obraz pokazujący cierpienie, krew i obłęd. To obraz, obok którego z pewnością nie można przejść obojętnie. Pomimo tego, że za najlepszy film 2010 roku uważam „Social Network” Davida Finchera, dzieło Aronofskiego jest z pewnością jednym z tych filmów, którym dużo nie brakuje. Oczywiście polecam!


  Ocena: 9/10