STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE


Już od początku kariery Quentina Tarantino można było o nim powiedzieć, że gra on w swojej własnej lidze. Jest zapewne jednym z najbardziej zadowolonych z siebie reżyserów świata. Brawurowym debiutem zapewnił sobie swobodę przenoszenia na celuloid swoich fetyszystycznych fantazji zrodzonych zarówno z odpadków kinematografii, jak i z dzieł mistrzów. Jego ostatnie dwa filmy, chociaż darzę je sympatią, przyczyniły się do dyskursu o tym, że Tarantino się skończył, wypalił, i wielu czekało, aż przypieczętuje swój rzekomy upadek. Największą wadą zarówno "Kill Bill" jak i "Death Proof" było pobłażanie swoim inspiracjom. Były one bardziej hołdem, recyklingiem ulubionych kawałków ze śmieciowych filmów, które mało kto oglądał. Nie brakuje w nich szczypty geniuszu, ale wyraźnie odstają od pozostałych dzieł Tarantino. "Bękarty Wojny" natomiast mogą być przykładem jak odrobina dyscypliny i samokontroli wydobywa to, co najcenniejsze w talencie reżysera, podporządkowując jego dziwactwa, znaki firmowe i obsesje czemuś więcej, niż tylko łechtaniu własnej elokwencji.
Pośpiech ze względu na planowaną premierę w Cannes wyzwolił pewną dyscyplinę. Ambiwalentne przyjęcie na tym festiwalu wzbudziło pokorę. Kolejne przemontowanie filmu wyszlifowało diament. Sama fabuła i świat alternatywnej historii stały się nadrzędne wobec słabostek reżysera. Co z tego wszystkiego wynika? Chyba jeden z najbardziej zwartych, konsekwentnych filmów Tarantino, świetnie godzący rozległość inspiracji z wizualną maestrią i niebywałą intuicją do odkrywania talentów aktorskich.

Pozornie niewiele się zmieniło. Większość aktów "Bękartów Wojny" zaczyna się od długiej sekwencji dialogowej, która zostaje spuentowana mocnym i dosadnym wybuchem przemocy. Jednak w końcu dialogi nie są samowystarczalnym gadulstwem o niczym, bawiącym się odniesieniami popkulturowymi dla popisu. Tutaj rozległe sekwencje dialogowe po pierwsze są zakorzenione w charakterach postaci i ich poglądach na świat, po drugie mają swoje odniesienie do fabuły i późniejsze konsekwencje. Także używanie różnych języków jest bardzo odświeżające i w kilku scenach ma wielkie znaczenie dramaturgiczne. A po trzecie i najważniejsze budują stopniowo napięcie, żeby je rozciągnąć do granic wytrzymałości, chociaż i tak łatwo się domyślić, jak skończy się dana scena.

Pierwszy akt "Pewnego razu w okupowanej przez nazistów Francji" to małe arcydzieło samo w sobie. Cała sekwencja to idealna wariacja na temat "bomby pod stołem" w stylu mistrza Hitchcocka. Rozmowa o mleku, porównanie Żydów do szczurów, taktyka detektywistyczna Hansa Landy i niesamowity finał tworzą jedną z najlepszych scen, jakie Tarantino kiedykolwiek napisał i nakręcił. Trudno sobie wyobrazić lepszy prolog.
Struktura filmu to oczywiście podział na rozdziały, na podstawie których można zrekonstruować świat przedstawiony i fabułę. Rozmaite wątki sięgają szeroko i daleko, żeby zostać w końcu zgrabnie zawinięte. Każdy akt to praktycznie osobna konfrontacja werbalna dwóch grup antagonistów, ustawionych w starannie skomponowanych sceneriach. Najbardziej godne pochwały jest jednak, że liczne odniesienia np. do Pabsta, kina niemieckiego, nazistowskiej propagandy, filmów wojennych - wszystkie mają swój cel. Rola propagandy ilustrowana jest zarówno działalnością oddziału "Bękartów", jak i filmem w filmie - "Duma Narodu". Tematem "Bękartów Wojny" nie jest ponownie jakiś konkretny nurt z historii kina, ale kino-instytucja sama w sobie. Nic dziwnego, że istotne postacie dla intrygi to właścicielka kina, niemiecka aktorka i żołnierz - krytyk filmowy.

Siła kina jest tutaj ukazana dosłownie - taśmy jako materiał wybuchowy, ale również poprzez to jak wszyscy bohaterowie ciągle odgrywają przed sobą różne role, organizując swoje własne show dla najbliższej publiczności. Takim show są przesłuchania Hansa Landy, działania "Bękartów" i zemsta Shosanny.

Interesujące jest to, jak Tarantino igra z oczekiwaniami widzów. Po kampanii reklamowej i zwiastunach można było się spodziewać ciągłej rozwałki w wykonaniu tytułowych "Bękartów", a zostają oni pokazaniu właściwie u schyłku kariery, kiedy ich reputacja stała się mityczna. Poza tym wcale nie są najważniejszymi bohaterami obrazu. Dużo bardziej istotna jest postać nazistowskiego detektywa Hansa Landy, który w wykonaniu Christopha Waltza staje się jednym z najciekawszych czarnych charakterów ostatnich lat i aktorską rewelacją. Oprócz niego kluczową postacią jest Shosanna, ocalała Żydówka z pierwszej sekwencji, fetyszyzowana przez kamerę i subtelnie zagrana przez Melanie Laurent. Prowadzi to do wniosku, że casting to jeden z podstawowych atutów nowego filmu Tarantino. Brad Pitt brawurowo popisuje się akcentami i jest bardzo zabawny jako Aldo Raine. W epizodach zauważalni są Daniel Bruhl, Til Schweiger i Michael Fassbender. Jedyną wpadką obsadową może być tutaj Eli Roth, ale nie ma tyle czasu ekranowego, żeby mógł popsuć ogólne wrażenie.
Oczywistą zaletą jest także świetnie dobrany soundtrack, pełny muzyki Ennio Morricone. Wyróżnia się także cudowna scena zmontowana pod piosenkę Davida Bowie. Natomiast jeśli chodzi o atrakcje wizualne, to po prostu pokaz mistrzostwa i światowej klasy. Kadry są drobiazgowo przemyślane i dopracowane, oprócz budzenia konkretnych skojarzeń są po prostu niesamowicie piękne. Praca kamery pełni także kluczową rolę w budowaniu napięcia podczas długich scen dialogowych. Zbliżenia są używane początkowo bardzo oszczędnie, aż na końcu Tarantino serwuje dobitną serię detali. Jest to bardzo prosty środek, jednak bardzo efektywny przy dobrym wyczuciu reżysera. Nad wszystkim czuwa montaż Sally Menke, który trzyma bogactwo środków filmowych i reżyserskie dygresje w ryzach, nie pozwalając filmowi za bardzo się rozrzedzić.

"Bękarty Wojny" nie jest filmem idealnym dla wszystkich, zresztą wielkie filmy rzadko takie są. Jeśli kogoś drażni styl reżysera, to raczej się nie nawróci, a spragnieni wybuchowej akcji będą zapewne narzekać na nudę. Tarantino dalej pozostaje największym filmowym maniakiem, który spełnia swoje marzenia na wielkim ekranie. Jednak teraz genialnemu dzieciakowi ograniczono ilość zabawek i czasu. Rezultaty są widoczne. Zwykle zarzuca się Tarantino, że jego filmy nie wywołują reakcji emocjonalnej, oprócz ewentualnie zachwytu estetycznego. Kilka perełek z "Bękartów Wojny" może zaprzeczyć tym zarzutom. Jest to wynikiem napisania najpierw fikcyjnych postaci, które dopiero potem aktorzy obdarzyli życiem i osobowością, umożliwiając przejęcie się ich losami, w przeciwieństwie do chodzących klisz popkultury tworzonych pod charakterystycznych aktorów.

Ten film to wielki list miłosny do kina, przekonany o jego niezrównanej sile oddziaływania na ludzi, takie "Cinema Paradiso" w bardzo nie-familijnym wydaniu. Zaskakująco może on też skłonić do wielu przemyśleń na temat natury medium, mechanizmów tworzenia współczesnych mitów, przemocy, czy aktorstwa w relacjach międzyludzkich.
Z każdego kadru wypływa jednakowa ilość miłości i mistrzostwa, poparta wielką wiedzą i intuicją. Tarantino udowadnia, że jest po prostu świetnym reżyserem, czego nie da się łatwo zanegować, choćby nawet strasznie nas to irytowało.

Inglourious Basterds

Tytuł polski: Bękarty wojny
Czas trwania: 153 minuty
Rok produkcji: 2009, USA

Reżyseria: Quentin Tarantino
Scenariusz: Quentin Tarantino
Zdjęcia: Robert Richardson
Montaż: Sally Menke

Wystąpili: Brad Pitt, Eli Roth, Diane Kruger, Christoph Waltz
Til Schweiger, Mélanie Laurent, Daniel Brühl, Michael Fassbender

Autor recenzji: Karol Kućmierz - TONY CLIFTON
Klub Miłośników Filmu, 14 września 2009


STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE