Strona główna KMF
        

Z ogromną niecierpliwością oczekiwałem kolejnego filmu z Sylvestrem Stallone . Niecierpliwość mieszała się z uczuciem niepewności i dezorientacji. Przyczyną tego były informacje, iż będzie to nietypowe posunięcie gwiazdy kina akcji. Zapowiedzi okazały się jak najbardziej słuszne. Dla widzów znających występy Sly'a w dotychczasowych produkcjach, będzie to nie lada zaskoczenie. Okazało się, że były Rambo w wieku przedemerytalnym zaczął gustować w komediach. Na początku lat 90-tych udało mu się zrobić świetną komedię (remake filmu francuskiego z Louisem De Funesem) "Oscar", potem niestety nie popisał się w "Stop! Or My Mom Will Shoot", a w połowie lat 80-tych zrobił słaby "Rhinestone". Tym razem z kolejnej próby wyszedł zwycięsko.


  


Rzecz jest o pewnym sympatycznym ochroniarzu Frankie'm Delano (Sylvester Stallone), który w wyniku swojego niedopatrzenia nie zapobiega morderstwa swego pracodawcy Dante Alighieri (Anthony Quinn). Ów pracodawca przez całe swe życie był mafiosem i miał córkę (Madeleine Stowe), która jednak nic nie wiedziała o swym prawdziwym pochodzeniu. Ta konspiracja była konieczna aby potomczyni nie była celem zamachów wrogów Dantego. Ostatnim życzeniem umierającego, było to aby jednak córka dowiedziała się kim jest jej ojciec. Zatem Frankie nie bacząc na trudności, oznajmia jej to w dość niemiłych okolicznościach (rozpad małżeństwa, spowodowany niemocą życia w monogami męża), proponując jednocześnie swą pomoc w ochronie jej życia. Dalej wszystko kręci się wokół spraw damsko-męskich (podanych w bardzo przystępnej, lekko-zwiewnej formie) oraz chęci zemsty na mordercach ojca. Fabuła jak widać nie jest zbyt skomplikowana, żekłbym nawet dość standardowa. Jednak w ramach gatunku tzw. komedii romantycznej, ogląda się to bardzo miło, z uśmiechem na twarzy. Nie ma tu wywołujących salwy śmiechu gagów, ostrych żartów słownych, są natomiast ciekawe, cięte dialogi między parą głównych bohaterów, kilka sympatycznych śmiesznych scen, dobre aktorstwo i wspaniała rozluźniająca atmosfera towarzysząca każdej niemal scenie. Beżowo-pomarańczowo-żółta tonacja barw zastosowana przez operatora, scenografia i kostiumy w tychże kolorach, jednoznacznie kojarzące się z ciepłem znakomicie współgrają z tworzonym klimatem opowieści. Zaskakująco dobry motyw przewodni stworzony przez nieco zapomnianego kompozytora Billa Conti'ego (to ten pan od serii "Rocky" ) powoduje, że wszystko nabiera lekkości tak potrzebnej temu filmowi.


  


Nie zawiedli aktorzy. Najstarszy, Anthony Quinn, którego był to ostatni projekt, pojawił się jedynie przez pierwsze kilkanaście minut niejako prorokując swoją śmierć. Widać, że współpraca ze Sly'em mu odpowiadała i dobrze się bawił. Świetnie spisała się Madeleine Stowe, która zagrała zwariowaną, szaloną i nie zawsze zrównoważoną córkę mafioza, obnoszącą się dość często, ku uciesze męskiej części widzów, cudownym sex-appealem. No i Stallone, który po raz kolejny udowodnił niedowiarkom, że grać potrafi i nadaje się nie tylko do odtwarzania ról posągowych herosów. Z przymrużeniem oka zagrał romantycznego, zakochanego twardziela-ochroniarza, nie bojącego się troszkę zakpić z własnego wizerunku (własnoręczne zszywanie rany postrzałowej przez Frankiego jednoznacznie kojarzy się z postacią Johna Rambo). Na drugim planie pojawił się przystojniak Raoul Bova, gwiazda włoskiego kina, znany z serialu "Ośmiornica 10". W ramach konwencji dobrze wpasował się w rolę czarującego kochasia, autora poczytnych romansideł.


  


Duet Stallone-Stowe w dość nietypowych dla siebie rolach wywiązał się z zadania znakomicie. Obydwoje z dystansem podeszli do ról, i wyszła z tego miła romantyczno-kryminalna, odprężająca historia, która zadowoli zarówno fanów komedii romantycznych jak i tych którzy do tej pory omijali ten gatunek szerokim łukiem. Obraz nie ma intencji być rozprawą egzystencjalno-moralną, a sprawdza się jako niezobowiązująca, przyjemna rozrywka. Brawa należą się twórcom czołówki, którzy sympatycznie wpletli w nią autentyczne zdjęcia z dzieciństwa i młodości aktorów. Co ciekawe film wszedł najpierw na ekrany kin włoskich, pewnie za sprawą dającej się zauważyć "włoskości" (występ Raoula Bovy, włoskie korzenie Stallone'go i kompozytora Conti'ego oraz "włoska" tematyka filmu:). W USA premiery kinowej jeszcze nie było (wyjdzie podobnie jak w Polsce od razu na VHS i DVD). Mam nadzieję, że Sly trochę poeksperymentuje z repertuarem i na spokojnej emeryturce pokaże jeszcze na co go stać i otworzy oczy wszystkim niedowiarkom nie wierzącym w jego aktorski talent. Zapowiedzi są dość obiecujące (epizodzik w "Taxi 3", czarny charakter w "Spy Kids 3-D: Game Over", oraz drugoplanowa rola siwiutkiego gangstera w "Shade").


  


W "Avenging Angelo" możemy zobaczyć Stallone'go w adidasach, pulowerku i materiałowych spodniach... :) Cieszę się, że tak szybko pojawił się w Polsce dzięki Monolithowi, szkoda jedynie, że w wersji DVD nie ma praktycznie żadnych dodatków, no i to nieszczęsne tłumaczenie tytułu.
Film dedykowany jest znakomitemu aktorowi Anthony'emu Quinnowi.




  tytuł oryginalny: AVENGING ANGELO
  tytuł polski: Słodka Zemsta
  produkcja: USA, 2002, Dante Entertainment
  premiera światowa: 29.09.2002 (Włochy)
  premiera polska (VHS i DVD): 6.03.2003
  dystrybucja w Polsce: Monolith
  czas trwania: 94 minuty
  reżyseria: Martyn Burke

  obsada:
  Sylvester Stallone, Madeleine Stowe, Anthony
  Quinn, Raoul Bova, Harry Van Gorkum





Autor recenzji:
Tomek Urbański - TOMASHEC
tomek.urbanski@centertel.pl