Ten film zyskał już miano dziadostwa i ścierwa zanim jeszcze zaczęto jego realizację. Zresztą podobnie było z pierwszym "Alien vs. Predator" spod ręki Paula Andersona, na którego rzucono zeusowe gromy zarówno przed, jak i po premierze. A jednak sequel był nieunikniony - bo pierwszy "AVP" i wyniki kasowe miał nienajgorsze (ponad 170 mln $ wpływów z kin na całym świecie), a i - o dziwo - znalazła się niemała grupa zwolenników tego filmu, wśród której znalazła się moja skromna, znienawidzona przez przynależność do wymienionej grupy osoba ;). Za kontynuację zabrali się bracia Colin i Greg Strause, do tej pory mało znani w filmowym świecie osobnicy. "Aliens vs. Predator: Requiem" (u nas w kinach wyświetlany jednak pod nazwą "Aliens vs. Predator 2") to ich pierwsza poważna reżyseria. Do tej pory były tylko teledyski oraz udział w tworzeniu efektów specjalnych do takich tytułów jak "Titanic", "Terminator 3: Rise Of The Machines", obie części "Fantastic Four", "Poseidon", "X-Men: The Last Stand" czy "300". Bracia Strause zapowiedzieli, że sequel będzie zupełnie inny niż pierwszy "AVP" - i jest to prawda. Obiecali kategorię R, czyli krwawą sieczkę na ekranie (co później potwierdził jeden z szefów wytwórni 20th Century Fox) - nie kłamali...
I generalnie przez długi czas realizacja "AVP:R" była objęta pewnego rodzaju tajemnicą... Ze strzępków informacji udało się wyciągnąć pierwsze konkrety - miejscem akcji miała być Ziemia, dokładniej małe miasteczko. To wzbudziło pierwsze zaniepokojenie wśród fanów, choć ciężko mówić o jakimkolwiek zaniepokojeniu w przypadku osób, które już na starcie zakwalifikowały ten film jako szambo i dno. Potem pierwsze trailery i fotosy. I choć pierwszy zwiastun (Red Band trailer) wzbudził olbrzymie zainteresowanie i zyskał mnóstwo przychylnych głosów (głownie dlatego, że był krwisty), tak już zdjęcia z PredAlienem, nową kreaturą, nie bardzo... I choć PredAlien prezentował się na zdjęciach (i w zwiastunie) bardzo dobrze, tak pewna część osób po prostu nie toleruje tego typu zabiegów (krzyżówki genetyczne). Oczywiście PredAlien to nie żadna nowa postać wymyślona przez braci Strause - hybryda ta obecna już była chociażby w grach "Aliens vs. Predator" (dwie części) na licencji 20th Century Fox. Potem już było gorzej - pierwsze fragmenty w internecie, łącznie z 5-minutowym początkiem filmu, nie wzbudziły zachwytu, a wręcz przeciwnie. Fragmenty wywiadów z braćmi Strause raczej odstraszały miast przyciągać. Design graficzno-promocyjny również nie należy do zbyt udanych - wprawdzie podoba mi się logo z Obcym i Predatorem na tle Ziemii (słusznie kojarzone przez niektórych z logiem przeglądarki Firefox :), ale już inne plakaty ze źle wyprofilowanymi głowami Aliena i Preda to jakaś marna podróbka świetnych posterów z pierwszej odsłony (nie mówię o tych lepszych, które zamieszczone są na końcu niniejszej recenzji). Także napis na plakatach to jakaś pomyłka - twórcy do dyspozycji mieli dwie wspaniałe, firmowe czcionki, które przecież pojawiają się w czołówce filmu (i na napisach końcowych), zatem zupełnie niezrozumiałym jest dla mnie jakiś zwykły napis... A już ten na polskich plakatach woła o pomstę do nieba (Microsoft Paint rulez). Ogólnie to graficy dali ciała na całej linii. Wracając jednak do samego filmu - mimo wszystko wierzyłem w braci Strause i koniec końców nie rozczarowałem się - dostałem po raz kolejny dokładnie to, czego oczekiwałem. Nie mniej i nie więcej. Jeśli chodzi o kwestię fabularną, to "AVP: Requiem" jest bezpośrednią kontynuacją - zaczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym kończy się pierwsza część. Ale jak już wspomniałem powyżej - dalej jest zupełnie inaczej... Zanim przejdę do rzeczy - jeszcze jeden fakt: niniejsza recenzja została napisana na gorąco po pokazie przedpremierowym (za ewentualną chaotyczność tekstu z góry przepraszam :), który miał miejsce 25 grudnia w kinie Cinema City. Należą się brawa polskim dystrybutorom, a to rzadka sytuacja, gdyż większość długo oczekiwanych nowości trafia do naszego kraju z opóźnieniem (czasem masakrycznym). W tym przypadku mamy premierę poniekąd w tym samym czasie, co w USA - to cieszy.
Najpierw wady. Tak, tak - nie będę wychwalał tego filmu pod niebiosa, czego pewnie wiele osób się po mnie spodziewało. Wbrew pozorom tak samo miałem z pierwszym "AVP" - lubię ten film, podoba mi się, ma mnóstwo wad, ale one mi po prostu nie przeszkadzają. Jeśli chodzi o cześć drugą, to mam jej do zarzucenia tylko jedno: film jest zdecydowanie za krótki, wszystko dzieje się miejscami trochę za szybko i przydałby się jakiś przerywnik - cokolwiek. Miałem wrażenie, że to specjalnie zmontowana do kin krótsza wersja, w której jak na dłoni brakuje wielu scen (m.in. kilku z trailerów i fotosów - jak chociażby kapitalna scena z Obcym na samochodzie w deszczu). Może taki był zabieg 20th Century Fox, by w okresie świąteczno-noworocznym w kinach było jak najwięcej seansów "AVP:R", niemniej jednak z oficjalnych wieści wynika, że na DVD wyjdzie solidnie rozbudowana wersja Unrated, trwająca ok. 100 minut (ta kinowa trwa zaledwie 86...). Co jeszcze jeśli chodzi o wady? Kilka nawiązań do sagi "Obcego" jest tu umieszczonych jakby na siłę. I to właściwie tyle. Naprawdę. Poza tym, co wymieniłem, nie mam filmowi nic do zarzucenia. Bzdur jest tu zdecydowanie mniej niż w obrazie Andersona. Wprawdzie można się przyczepić do tego samego, co w "AVP", czyli do przyspieszonego cyklu rozwojowego Obcych (razi szczególnie początek z PredAlienem i jego błyskawiczne uzyskanie dorosłej formy), ale podpinam to właśnie pod główny zarzut - czyli do tego, że wszystko dzieje się za szybko.
Odpowiedź na zarzuty osób, które już ten film widziały? Owszem, posiadam (uwaga na spojlery w niniejszym akapicie!). Jedni mówią, że "AVP:R" sprawia wrażenie niskobudżetowej chałtury zrobionej na tzw. "odpieprz się". Nie zgadzam się - owszem, budżet filmu był niewielki (coś koło 45 mln dolarów, co jest budżetem bardzo niskim jak na film robiony w USA), ale po pierwsze: nie ma tu żadnych spektakularnych scen ani wymyślnych efektów specjalnych, i po drugie: nie grają tu żadni znani aktorzy. Dalej: działko Predatora strzela samo po odpięciu od zasilania. Widać, że zarzut ten stawiają prawdziwi znawcy technologii Predatorów, innego wytłumaczenia nie widzę. Bo w filmie wyraźnie jest pokazane, że działko za każdym razem strzela dopiero po naładowaniu się, ale jeszcze przed tym Łowca coś z nim robi, by w ogóle działało - przydałoby się cholera wziąć pod uwagę ten jakże istotny szczegół przed napisaniem czepialskiego zarzutu. I na deser scena rzekomego gwałtu (!) ciężarnej kobiety przez PredAliena, która miała być tak żenująca, że ludzie powinni wyjść z kina solidarnym wężykiem. Cóż, moje kino było chyba jakieś dziwne, bo nikt nie wyszedł, a zarówno ja - jak i towarzysze mojej kinowej wyprawy - nie widzieliśmy absolutnie NIC żenującego w scenie... no właśnie, jakiego gwałtu do diaska!? PredAlien dozujący embriony poprzez swój jęzor to nic innego jak wariacja facehuggera dozującego embriony dokładnie w ten sam sposób. No ale ok - ktoś, kto nie akceptuje PredAliena, nie zaakceptuje też "zapłodnienia" z jego udziałem, nazywając to po prostu gwałtem. Oralnym rzecz jasna. Ok, dość narzekania. Wielokrotnie to wspominałem, więc nie omieszkam wspomnieć raz jeszcze - pierwszy i drugi "AVP" podobają mi się w takim stopniu, że wady zupełnie nie przeszkadzają mi w odbiorze obu filmów, tylko nieznacznie obniżając ocenę całości. Zatem szybciutko przejdźmy do tego, co w drugiej odsłonie "Obcy kontra Predator" najlepsze...
Pierwsza rzecz to klimat. Jak tylko usłyszałem o tym, że miejscem akcji "AVP:R" ma być zwykła, ziemska, małomiasteczkowa sceneria, to obudziła się we mnie ciekawość. Pomyślałem, że to będzie coś nowego i oryginalnego. Wprawdzie Predator do tej pory polował zarówno w tradycyjnej dżungli, jak i miejskiej, ale Obcy zawsze kojarzony był (i będzie) z otchłaniami kosmosu. Niemniej jednak Alien w kanałach miejskich, w szybie windy, w ciemnych zakamarkach szpitala, w deszczowej, nocnej scenerii to jest coś, co zwyczajnie przypadło mi do gustu. I zdecydowanie wolę oglądać coś tak nowego, pomysłowego i oryginalnego, niż śledzić poczynania mojego ulubionego monstrum po raz kolejny w kosmosie, po raz kolejny w jakiejś bazie kosmicznej czy na jakimś statku... Dzięki temu zabiegowi zagrożenie staje się jakby... realniejsze. Do tej pory Obcy był daleko stąd, ale w końcu dotarł na Ziemię. I kto wie, może i na Was zza winkla wyskoczy taki czarny sukinsyn, gdy będziecie nocą chodzić po klatce schodowej ;). Druga rzecz to samo wykonanie techniczne. Mimo, iż budżet filmu był niski, to w ogóle tego nie widać - bo bracia Strause wiedzieli, jak wykorzystać kasę i jak dzięki niej zrobić dobry wizualnie film. Mnie najbardziej cieszył swoisty powrót do korzeni - karbowane łby Obcych jak w "Aliens", Predator bardzo przypominający tego z filmu McTiernana, klasyczny widok termowizji, no i odgłosy wzięte żywcem z filmu Camerona i nie tylko. Teraz dopiero dotarło do mnie, jak bardzo brakowało mi tego klasycznego, genialnego SFX w "AVP" Andersona... Zresztą trzeba przyznać, że film jest znakomicie udźwiękowiony - co ma brzmieć potężnie, tak właśnie brzmi, a dźwięk jest bardzo dobrze rozlokowany w systemie 5.1. No i jeszcze muzyka - miód dla uszu! Wkrótce w dziale muzycznym pojawi się pełna recenzja ścieźki dźwiękowej, jednak już teraz napiszę, że to, co stworzył Brian Tyler, zasługuje na słowa uznania dzięki jednemu, ale jakże szalenie ważnemu zabiegowi - chodzi o nawiązania do poprzednich partytur! Najwięcej słychać tu z "Aliens" Hornera, "Alien 3" Goldenthala i "Predatorów" Silvestriego. Gdy w czasie filmu usłyszałem słynne bębenki bądź jakikolwiek echo innego motywu muzycznego z "Predatora", albo słynne "uderzenia" z "Aliens", to po prostu ciarki przeszły mi po plecach...
Skoro już jesteśmy przy nawiązaniach, to nie da się nie zauważyć, że ulubioną częścią "Obcego" dla braci Strause jest "Aliens", a zaraz potem "Alien 3" + pierwszy "Predator". Nawiązań do tych tytułów jest w "AVP:R" cała masa - już sama czołówka z wielką, rozbłyskującą literą I spowodowała szybsze bicie mojego serca. I choć większość z tych nawiązań to rzecz rewelacyjna (mój ulubiony moment to wystrzelenie kapsuły z Predatorem w stronę Ziemi i jego późniejsze wyjście z wody), tak nie obyło się od kilku niepotrzebnych i wciśniętych na siłę, o czym już wspominałem w akapicie z wadami (przykład: Obcy przybliżający szczękę do głowy kobiety to taka lekko nieudana kopia jednej z najbardziej pamiętnych scen sagi Alien...). Zapomniałbym jeszcze o samej końcówce - bardzo ładny, smakowity kąsek dla znawców uniwersum Obcego :). Jak tylko dopadnę "AVP:R" na DVD, to z wielką przyjemnością zrobię obszerną analizę nawiązań - tak, jak zrobiłem to w przypadku filmu Andersona. Zostaje jeszcze kwestia filmowych postaci. PredAlien jak dla mnie zrobiony jest znakomicie. I nie ma go ani za dużo (czego obawiała się większość osób), ani za mało. Z Obcymi bracia Strause zrobili dokładnie to, co uczynił Cameron - robią za mięso armatnie. Królowej brak - co uważam rzecz jasna za plus, bo co za dużo, to niezdrowo. Ludzcy bohaterowie to tylko dodatek (warto dodać, że giną jak należy ;) - nie ma żadnej postaci, która byłaby tu głównym bohaterem filmu. "Jak to?" zapytacie? Ano właśnie tu tkwi największa niespodzianka. Bo głównym bohaterem tego filmu jest... Predator (no chyba, że tylko ja odniosłem takie wrażenie :). A Łowca, nazwany przez twórców Wolf, jest kapitalny. To nie żaden adept, niedoświadczony młodzik jak w filmie Andersona - to doskonale wyszkolony osobnik, niczym Predatorzy z filmów McTiernana i Hopkinsa, działający zdecydowanie i poruszający się z odpowiednią gracją. Aż dziw bierze, że w jego rolę po raz kolejny wcielił się Ian Whyte, który poruszał się i zachowywał zupełnie inaczej w poprzedniej części... Obserwując działania Predatora w "Requiem" miałem wrażenie, że w kostiumie siedzi ś.p. Kevin Peter Hall... Tak, tak - postać Predatora i akcje z jego udziałem to besprzecznie największa zaleta "AVP:R".
Czas na podsumowanie, bo nie chcę się za bardzo rozpisywać. Jaki jest drugi "AVP"? Inny. Całkowicie inny od pierwszego. I lepszy. Nawet znacznie lepszy. I podejrzewam, że przypadnie do gustu zdecydowanie większej ilości osób, które zmiażdżyły falą potężnej krytyki obraz Andersona. Ale też nie wątpię, że i film braci Strause spotka się z wieloma nieprzychylnymi opiniami... Ale wierzę, że będzie ich znacznie mniej. Akcje są bardzo w porządku, technicznie film zrobiony jest bez zarzutu, a literka R w oznaczeniu wiekowym cieszy już przed seansem (a trzeba nadmienić, że jest tu kilka naprawdę hardcore'owych scen). Żadnej skomplikowanej fabuły tu nie uświadczymy, żadnej głębi postaci czy wyrazistych ludzkich bohaterów - bo nie o to w tym filmie chodzi. Tu chodziło po raz kolejny o starcie dwóch tytanów kina science-fiction - a reszta to tylko mało znacząca otoczka. "AVP:R" absolutnie nie aspiruje do miana arcydzieła czy filmowej rewelacji. Absolutnie nie próbuje nawet dosięgnąć półki, na której znajdują się wcześniejsze filmy z Obcymi i Predatorami. Moje zdanie w tej kwestii jest takie samo, jak w przypadku pierwszej części - podoba mi się, jest w porządku, to miejscami świetny film, z wadami, które zupełnie mi nie przeszkadzają w odbiorze. I szybko stanie się jednym z moich ulubionych. A przecież ulubione filmy wcale nie muszą być tymi najlepszymi, jakie się w życiu widziało... Żadna z części "AVP" nie jest w stanie zespuć ani sagi "Alien", ani obu części "Predatorów", bo to zupełnie inna historia, zupełnie inna seria, zupełnie inny rodzaj rozrywki. Ocena końcowa? Z tym mam problem. Znów niesamowita subiektywność bierze górę. Znów przemawia do mnie moja słabość do postaci Obcego i Predatora. I cóż mam zrobić, że tak bardzo podobają mi się filmy z udziałem tych postaci...? Właściwie to wiem co zrobić - odwiedzić kino raz jeszcze :). Znając życie to pewnie na dwóch seansach się nie skończy... A teraz moja skromna osoba ponownie zostanie znienawidzona za pozytywne odczucia względem tego filmu - ale ok, już się zdążyłem przyzwyczaić. Będę dzielnie walczył niczym Predator z hordami Obcych w "Requiem" ;).


OBCY kontra PREDATOR 2

Tytuł oryginalny:
Aliens vs. Predator: Requiem (AVPR)
Rok produkcji i czas trwania:
2007, USA, 86 minut
Reżyseria:
The Strause Brothers (Colin & Greg Strause)
Scenariusz:
Shane Salerno
Zdjęcia / montaż:
Daniel Pearl / Dan Zimmerman
Dekoracje / kostiumy:
Shane Vieau / Angus Strathie
Muzyka:
Brian Tyler

Wystąpili:
Steven Pasquale (jako Dallas), Reiko Aylesworth (jako Kelly), John Ortiz (jako szeryf Morales),
Johnny Lewis (jako Ricky), Ian Whyte (jako Predator), Tom Woodruff Jr. (jako Alien / PredAlien)

Autor recenzji: Adam Łudzeń - ALIEEN | E-mail: alieen@poczta.fm | Klub Miłośników Filmu, 25.12.2007