Strona główna KMF



          

O KONDYCJI KINA SCIENCE-FICTION


Science-fiction wciąż jest w modzie. Powyższe twierdzenie nie jest zbyt popularne, ale i nie wywołuje większych kontrowersji, pójdźmy więc na całość: science-fiction trzyma się nieźle. To już kwestia dyskusyjna, o czym świadczy niezbyt młody, ale nadal - wydaje się - aktualny artykuł Oli Salwy i Małgorzaty Sadowskiej "Odwrót od przyszłości", wróżący rychły upadek gatunku:
http://przekroj.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2867&Itemid=90
Publikacja tekstu, jednego z wielu poruszających kwestię rzekomej agonii s-f, miała miejsce tuż przed premierą "W stronę słońca", znakomicie zapowiadającego się filmu fantastyczno-naukowego. Była zatem bardzo ryzykownym przedsięwzięciem. Gdyby film okazał się sukcesem, teza autorek ległaby w gruzach. Niestety, produkcja Danny'ego Boyle'a była katastrofą finansową i, zdaniem niektórych, artystyczną, więc człowiek musi dopomóc losowi w obalaniu dziwnych teorii. Dziś bowiem, nawet dzieląc S-F na traktujące o lotach w kosmos i resztę, nie można powiedzieć, że kondycja gatunku jest gorsza niż pięć lat temu. Jednak zdaniem autorek Przekroju, pojawiły się zwiastuny śmierci fantastyki naukowej.


ZWIASTUN PIERWSZY: S-F PRZEGRYWA Z FANTASY

Salwa i Sadowska popierają swoją hipotezę liczbami. Faktem jest, że w 2006 roku produkcje fantasy przyniosły 1,5 miliarda dolarów wpływów. Trudno natomiast zgodzić się, że to tyle samo, ile zarobiły filmy science-fiction w roku 2002. Jest to ostatni - zdaniem autorek - tak dobry dla gatunku rok, wtedy bowiem powstały między innymi "Gwiezdne wojny: Atak klonów", "Znaki" i "Faceci w czerni". Powyższa informacja zawiera dwa błędy rzeczowe. Po pierwsze - "Gwiezdne wojny" to nie S-F, lecz klasyczne fantasy, ponieważ utwory nieoparte na podstawach quasi-naukowych (a duchy ani magia z nauką się nie wiążą) nie zaliczają się do science-fiction, nawet jeśli pojawiają się statki kosmiczne i lasery. Po drugie - "Faceci w czerni" to film z 1997 roku, zaś w 2002 pojawił się jego sequel. Ten zaś, mimo że droższy niż pierwowzór, dużo mniej od niego zarobił. Wpływy z pierwszego filmu, po odliczeniu budżetu, wyniosły 160 milionów dolarów; z drugiego - tylko 50 milionów. Trudno w tym przypadku uznać "Facetów w czerni 2" za spektakularny sukces i podporę gatunku.
Błędne jest także stwierdzenie autorek, że ekranizacje komiksów są filmami fantasy. Takie przeboje ostatnich lat jak "Superman", "X-Men" czy "Batman", są czystymi gatunkowo obrazami science-fiction. Doliczanie ich zarobków do zysków fantasy jest zatem przekłamaniem, które, wraz z pomyłkami dotyczącymi "Gwiezdnych wojen" i "Facetów w czerni", pozwala wątpić w prawdziwość przedstawionych obliczeń.


ZWIASTUN DRUGI: DZIŚ NIE ROBI SIĘ S-F

Z artykułu można dowiedzieć się, iż "science-fiction nie jest już w modzie". Salwa i Sadowska twierdzą, że od 2002 roku gatunek powoli umiera, a jako dowód podają tytuły filmów nakręconych przed tą datą - i niemal żadnego zrealizowanego później. Zupełnie jakby w 2003 r. nie powstały dwie części "Matrixa", trzecia część "Terminatora", ambitny jak na ekranizację komiksu "Hulk", mniej ambitne "Kroniki Riddicka", wydana u nas wyłącznie na DVD "Linia czasu" na podstawie powieści Michaela Crichtona, przebojowy "X-Men 2" czy popularne, choć zgodnie wyśmiane przez krytyków "Jądro Ziemi". To niewielka część filmów science-fiction, które weszły na ekrany kin przed czterema laty. Rok 2004 i każdy następny nie były wcale uboższe. Wtedy to powstały m.in. "Ja, robot", "Wojna światów" czy "Obcy kontra Predator". I wiele, wiele więcej.
Na przyszłość natomiast optymistycznie nastrajają liczne zapowiedzi. Za kamerę powróci mistrz nowatorskiej fantastyki naukowej James Cameron, planujący co najmniej dwa filmy, które zostaną stworzone przy użyciu najnowszych osiągnięć techniki. Kontynuowana będzie brawurowo wskrzeszona przez Christophera Nolana seria o Batmanie. Efektowne przygody Spider-Mana oraz prehistoryczna saga "Jurassic Park" doczekają się edycji z numerem 4 przy tytule. "Gwiezdne wojny" zostaną przeniesione na ekrany telewizorów w postaci stuodcinkowego serialu, a Transformery staną się trylogią. "Obcy kontra Predator 2" kończy etap postprodukcji i zapowiada się co najmniej dobrze. Przy zalewie produkcji S-F należy pamiętać, że ich poziom nie zawsze bywa wysoki, ale nie było w historii kinematografii roku, w którym powstawały same artystyczne i finansowe przeboje.


ZWIASTUN TRZECI: BRAK POMYSŁÓW

Jedną z przyczyn rzekomego "braku mody na S-F" ma być brak oryginalnych pomysłów, na który od 2002 roku chronicznie cierpią filmowcy. Uciekają się oni jakoby do łatwiejszego rozwiązania, mianowicie do ekranizowania popularnych powieści. Premiera filmu "Next", na kanwie prozy Philipa K. Dicka, ma być przykładem rozpaczliwego zapotrzebowania na dobry scenariusz. Taki pogląd na sprawę dziwi, gdyż ekranizacje Dicka zwykle niewiele mają wspólnego z pierwowzorem.
Zdumiewa jeszcze bardziej, gdyż jedne z największych filmowych dzieł S-F są adaptacjami powieści, np. "2001: Odyseja kosmiczna", "Jurassic Park", "Wojna światów", "Żołnierze kosmosu", "Diuna" czy "Ludzkie dzieci". Mocno dyskusyjne jest także stwierdzenie, że adaptowanie pierwowzoru literackiego na potrzeby kina jest dużo łatwiejsze niż realizacja oryginalnego scenariusza. W takich wypadkach sprawienie, by obraz skonfrontowany z wyobrażeniami czytelników uzyskał ich pozytywną opinię, często przerasta możliwości twórców.


ZWIASTUN CZWARTY: JUŻ NIE LATA SIĘ W KOSMOS...

Teza postawiona na początku artykułu brzmi: "na pewno nie są w modzie filmy o kosmicznych podróżach i bliskich spotkaniach z obcymi". Wychodząc od niej, autorki doszły do wniosku, że S-F jako gatunek filmu umiera, m.in. dlatego że wskutek wydarzeń z 11 września człowiek jest mniej zainteresowany lotami - także tymi do gwiazd. Na podobnej zasadzie można stwierdzić, że kino science-fiction właściwie nie istniało do 1993 roku, bo dopiero wtedy Steven Spielberg swoim "Jurassic Parkiem" zapoczątkował manię na dinozaury. W efekcie powstało multum obrazów naśladujących "park" lub nim zainspirowanych - cała gałąź s-f, bez której gatunek dziś wydawałby się niepełny. Można też napisać, że kiepsko z fantastyką jest już od roku 1990, gdyż wtedy powstała ostatnia część "Powrotu do przyszłości", po niej zaś nie było już wielu głośnych filmów o podróżach w czasie.
Bezzasadność takich sformułowań wynika z prostego faktu: nieważne, czy mówimy o kosmicznych podróżach, klonowaniu, mutacji czy walkach robotów - to wszystko są podgatunki, elementy większej całości, którą jest science-fiction w ogóle. W jej ramach renesans przechodzą właśnie adaptacje komiksów, podobnie jak dekadę temu popularne były filmy o dinozaurach, a dwadzieścia lat wcześniej - o podróżach w kosmos. Przed "2001: Odyseją kosmiczną" niewielu widzów, krytyków i twórców poważnie traktowało fantastykę naukową. Przed "Jurassic Parkiem" nie występowały w niej dinozaury, przed "Matrixem" rzadko podejmowano temat zniewolenia ludzkości przez maszyny. Obieranie tytułów przełomowych na wyznaczniki kondycji gatunku nie jest rozsądne, właśnie ze względu na ich niepowtarzalność. Nie każdego dnia dokonuje się epokowego odkrycia. Kto wie - może po premierze "Avatara", w reżyserii wizjonera Camerona, przyjdzie moda na tego typu opowieści, podobna do "szału na dinozaury"? Niezależnie czy tak się stanie, czy nie, informowanie o śmierci gatunku wiąże się z ryzykiem, szczególnie jeśli pacjent wciąż głęboko oddycha. Kolejne miesiące mogą przynieść film, który na nowo zdefiniuje fantastykę naukową - a wtedy okaże się, że cały pogrzeb na nic.


Autor tekstu: Michał Puczyński - MILITARY
Klub Miłośników Filmu, 18 października 2007