K L U B   M I Ł O Ś N I K Ó W   F I L M U



O R G A Z M   N A   P O L U   B I T W Y


Czujesz swąd kwaśnego potu. Zdawałoby się - woń nieprzyjemna, dla niektórych wręcz obrzydliwa, lecz ty, dość odważnie, wciągasz powietrze i wdychasz cierpkie opary ze spoconych męskich ciał. Niby tylko film, a czujesz to, czyż nie? Podnieca cię widok archetypicznej męskości, która ofensywnie niszczy twą wiarę w równość płciową. I to pomimo deklaracji poprawności politycznej, ideowej i moralnej - kibicujesz nadludziom ze Sparty. Kibicujesz ich niezwykłej brutalności, gdy krew sika na wszystkie strony - z szyi, krtani, torsu, pleców, krocza, nóg. Głowy są odcinane, gardła podcinane, brzuchy wybebeszone - i w jakiś przedziwny sposób, niezgodny z dotychczasową, bardzo osobistą deklaracją wrażliwości, ta przemoc Cię fascynuje, bawi, cieszy. Nie ma tu mowy o inspiracji przemocą - byłbyś idiotą, gdybyś wyszedł w sandałach na ulicę brudząc swój miecz posoką z ciał przechodniów.




Wiesz, że przemoc potrafi być zabawna, pomimo demoniczności tego typu śmiałego stwierdzenia. To się świetnie ogląda, bo intelektualnie podrażnia zmysły i dotychczasowe przyzwyczajenia. Jesteś bowiem nawykły do widoku czerwieni efektownie zalewającej ekran. Domorośli psychologowie twierdzą, że masz stępioną wrażliwość, że twoje podniecenie na widok efektownych mordów na ekranie powoduje życiową obojętność na sprawy, które wymagają właśnie nieobojętności. Innymi słowy: lubisz gore - gardzisz życiem. Można to ująć jeszcze inaczej: jesteś jednym z tych, którzy niszczą pacyfistyczny dorobek myśli europejskiej; dorobek, który winien stać się wyznacznikiem twej egzystencji, ale niestety, śmiejesz się z niego szyderczo, kpisz z intelektualnej tradycji i doświadczenia przodków wiedzących (nie tylko widzących!) czym jest śmierć. Uśmiechasz się więc na widok zabijania - nie dość, że jesteś głupi, to na dodatek nieczuły.




Fakt, coś w tym jest. Czujesz moralny niepokój, skroń przeszywa etyczny ból, pytasz samego siebie: dlaczego to zabijanie tak podnieca? Dlaczego ślinisz się na widok miecza przecinającego w pół drugiego człowieka? Nie wiesz, ale przeczuwasz odpowiedź - to nie jest na serio. Ani krzty realizmu. Trup celuloidowy to nie trup leżący tuż obok - to trup uśmiercony na niby, ot aktor, trupio ucharakteryzowany, ale aktor. Żywy! Jego śmierć jest śmiercią komiksową, estetyczną, daleką od realnych doznań i autentycznych emocji. Ktoś tego typu analizę odbioru może nazwać pierwszej wody amatorstwem pozbawionym podstaw filmoznawczych, niemniej czujesz, że najprostsze rozwiązania są słuszne, bo dlaczegóżby nie miałyby takie być? Wiesz dobrze, że kino to iluzja i dopóki twórcy uciekają od rzeczywistości, dopóty rolą kina będzie mamienie widza. I najważniejsze - wiesz, że jesteś oszukiwany. Wiesz, że to nie reality show, a jedynie produkt Fabryki Snów. Oczywiście niektórzy, wbrew Twej woli, będą grzebać w Twoich i innych umysłach dowodząc, że nie masz wpływu na odbiór. Nieraz padnie jednoznaczna ocena - podświadomie łapiesz niemoralny przekaz i w ten sposób stępiasz swą wrażliwość. Nie dość tego - twórcy dzieł krwawych i zwyrodniałych manipulują Tobą i Twoimi oczekiwaniami, w wyniku czego mózg masz sprany, nie potrafisz odróżnić Dobra od Zła i w końcu - nieodwołalnie głupiejesz. Wszystko przez filmową, telewizyjną i komputerową przemoc!

Cóż za tanie fantasmagorie! - krzyczysz. I ani trochę się nie czerwienisz ze wstydu, choć moraliści właśnie takiej postawy oczekiwaliby. Nic sobie z tego nie robisz, bo masz w dupie odnowę moralną.




Mimo wszystko nie zatraciłeś trzeźwości, choć Zack Snynder bawi się w kino szalenie niepoprawne. Gdyby "300" dostało błogosławieństwo od administracji prezydenta Busha, to byłbyś zły, bo to film ze wszech miar niewygodny, wbijający ostrze we wrodzony tolerancyjny światopogląd. Twój świat nie jest zbudowany na bazie czerni i bieli, jak w komiksie i "Smerfach". Albo w "300". Przekaz ideologiczny historii wg Millera pozbawiony jest półcieni - Spartanie stoją po stronie chwały, honoru i siły; Persowie są natomiast próżni, tchórzliwi i bezbronni. Z łatwością przewidujesz wynik pojedynku, bo jeśli ktoś ma "freeeeeedom" i "this is Spartaaaa!" na ustach, to musi zwyciężyć, choćby nawet umarł. Bawi Cię ta prosta historia, bo widzisz, że jest idealnie skrojona pod amerykańską wrażliwość nie znoszącą wieloznaczności. Czy z tego powodu buntują się współcześni Persowie, Irańczycy, dla których "300" zdaje się być nieuchronną zapowiedzią najazdu współczesnych Spartan, Jankesów? Śmiejesz się głośniej, bo polityczne tło wcale absurdalne nie jest, acz bezzasadnie wywoływane przy byle krytyce. Snyder i Miller muszą się lekko wkurzać słysząc temu podobne polityczne domniemywania. Nie o to im chodziło i dobrze o tym wiesz.




Z kina wychodzisz ze zwiększoną dawką testosteronu we krwi. To stuprocentowo męskie, szowinistyczne kino, w którym nie ma miejsca na jakikolwiek synonim towarzyszący stereotypowo pojmowanej kobiecości. Delikatność, subtelność, wrażliwość zostały wyparte przez ostrość, bezduszność i bezuczuciowość. Komórki śródmiąższowe Leydiga pracują coraz szybciej i wydajniej nad produkcją męskiego hormonu, gdy tylko doświadczasz niepodważalnej - przepraszam za nielubiany gdzieniegdzie kolokwializm - zajebistości dzieła filmowego.

To jest coś, na co czekałeś latami. "300" jest kondensacją tego, co najlepsze w kinie rozrywkowym (batalistycznym), a nawet, rzekłbyś dzielnie, w kinie w ogóle! Bo tak naprawdę dobrze wiesz, że najlepsza zabawa polega na oglądaniu scen spektakularnych, pełnych akcji, kreatywnie zainscenizowanych. Najlepsze sceny w kinie tego typu (historycznym, wojennym, fantastycznym) to starcia na polu walki, rzeź winnych i niewinnych, ciekawe ujęcia, odpowiednio budowane napięcie. Słowem, forma, w jaką ubrane jest całe dzieło bądź pojedyncze sceny, decyduje o jego istnieniu lub niebycie w twojej pamięci. Gdyby nie ukazanie D-Day w "Szeregowcu Ryanie", gdyby nie bitwa pod Helmowym Jarem i na Polach Pelennoru we "Władcy Pierścieni", gdyby nie pościg T-1000 za Arnim, gdyby nie polowanie na Obcego w "Aliens", gdyby nie wycinka dżungli w "Predatorze" albo bitwa Rzymian przeciwko Germanom w "Gladiatorze", nie byłoby znanego wszystkim kinomanom dreszczu, ba! - nie byłoby cię tutaj, bo nie byłoby Klubu Miłośników Filmu, który istnieje dlatego, że kino potrafi być - przede wszystkim i w całej ogólności - atrakcyjne. Z pewnością nie chciałbyś przez to powiedzieć, że kino żywi się wyłącznie widowiskowością, bo tak nie jest. "300" to film wybitny w swej kategorii - kina akcji - i dobrze wiesz, że bezsensem jest porównywanie dzieła Snydera do Bergmana ("ach, głupi i płytcy ci Amerykanie"), bo to kompletnie inna bajka, inną miarą mierzona, więc przekomarzanie się, który z nich lepsze filmy robi, jest w gruncie rzeczy idiotyczne, choć, o dziwo, często spotykane.




Zack Snyder doskonale wie, jakiego rodzaju doświadczeń dopomina się współczesny widz kinowy. Twórca znakomitego "Świtu żywych trupów" perfekcyjnie wyczuwa potrzeby twoje i pozostałych widzów, idealnie trafia w oczekiwania. Bo wie, że widzowie, wśród nich i ty, lubią wizualne fajerwerki. A tych jest tu cała masa. Widzisz scenę - król Leonidas w akcji. Trwa to dobrych parę chwil, w których obserwujesz morderczy balet: wściekłe pchnięcia włócznią, skuteczne tnięcie mieczem. Krew bryzga na publiczność, strzały wirują w powietrzu, metal uderza o metal, pojawiają się iskry, trup ściele się gęsto. I słyszysz jak szczęka opada ci na ziemię, ale szczęki nie podnosisz, bo wolisz trwać w tak rzadko spotykanej pozycji - zafascynowany realizacyjną maestrią.

Wiesz, że to jest sztuczne, komputerowe, przeestetyzowane, infantylne. "300" to komiks filmowy - tak pod względem formy, jak i treści. I albo szybko chwytasz konwencję (uwaga, słowo-wytrych używane do usprawiedliwienia każdej miernoty, nie tym razem jednak), albo ją odrzucasz. Albo bawi cię gloryfikacja komiksowej przemocy, albo buntujesz się przeciwko takiemu obrazowi.

I co ty na to?

Ocena: 9+/10


3 0 0

Rok produkcji: 2006
Kraj: USA
Czas trwania: 117 minut

Reżyseria: Zack Snyder
Scenariusz: Kurt Johnstad, Michael Gordon
Na podstawie komiksu: Frank Miller
Zdjęcia: Larry Fong
Muzyka: Tyler Bates

Obsada:
Gerard Butler   .....Król Leonidas
Lena Headey   .....Królowa Gorgo
Dominic West   .....Theron
David Wenham   .....Dilios
Vincent Regan   .....Kapitan


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Rafał Oświeciński - DESJUDI
Klub Miłośników Filmu
22.03.2007