Autor: REDAKCJA
opublikowano

NAJLEPSZE FILMY DAVIDA LYNCHA. Wyniki PLEBISCYTU!

David Lynch skończył właśnie 72 lata. To zdecydowanie jeden z najbardziej charakterystycznych i znaczących reżyserów kina amerykańskiego. To także współautor jednego z najważniejszych seriali w historii telewizji – Miasteczka Twin Peaks, które na zawsze odmieniło obliczę tego medium. Postać ceniona, kochana, ale także budząca znaczne kontrowersje. Z okazji urodzin mistrza zaprosiliśmy was do plebiscytu, w którym wspólnie wyłoniliśmy jego najlepsze dzieło. Do wyboru pozostawiliśmy dziesięć pełnometrażowych, fabularnych filmów, które Lynch wyreżyserował, oraz trzy wybrane seriale, które tworzył/współtworzył – Hotel Room, Miasteczko Twin Peaks i zeszłoroczne Twin Peaks.

Zapraszamy do zapoznania się z wynikami!

13. miejsce

Hotel Room

Hotel Room (1993)

Miniserial, który nigdy nie zdobył serca szerokiej publiczności, tylko wiernych reżyserowi fanów. [karwan29]

W styczniu 1993 roku telewizja HBO zaprezentowała widzom miniserial zatytułowany Hotel Room. Składającą się z trzech odcinków historię scalał tytułowy pokój 603 znajdujący się w nowojorskim Railroad Hotel. W każdym z epizodów wydarzenia rozgrywające się w pomieszczeniu były osadzone w zupełnie różnych czasach. I tak w odcinku pierwszym – Tricks – widz przenosi się do roku 1969, aby śledzić konfrontację pomiędzy dwoma mężczyznami oraz prostytutką. W drugim – Getting Rid of Robert – znajdujemy się w roku 1992, gdzie jesteśmy świadkami rozpadu związku. W trzecim – Blackout – zostajemy przeniesieni do roku 1936. W wyniku awarii elektrowni w Nowym Jorku gasną wszystkie światła. Małżeństwo znajdujące się w pokoju 603 usiłuje pogodzić się ze śmiercią syna i na powrót odnaleźć siebie samych. Odcinek pierwszy oraz trzeci zostały wyreżyserowane przez Lyncha. Autorem scenariusza do obu epizodów był natomiast Barry Gifford, czyli autor odpowiedzialny za stworzenie powieściowego pierwowzoru Dzikości serca. Tricks oraz Blackout to typowe dla Gifforda, surowe opowieści o problemach międzyludzkich, nabierające dodatkowej wartości dzięki minimalistycznemu stylowi reżyserii Lyncha. Szczególnie trzeci epizod Hotel Room pozostaje w pamięci na długo po seansie i ze względu na kłopoty związane z tożsamością bohaterów oraz bardzo silne uczucie ze strony męża do żony w pewien sposób zwiastuje nadejście Zagubionej autostrady. [Filip Jalowski]

12. miejsce

Diuna

Dune (1984)

Lynchowi nie udało się oddać magii książki, nie udało się odmalować piękna i niebezpieczeństwa planety, zmieniającej zupełnie postrzeganie rzeczywistości. Stworzył dzieło miłe dla oka, mogące zainteresować, ale faktycznie pozostawiające wielbicieli Herberta obojętnym. Nie to wywoływała powieść. [Iwona Kusion, fragment recenzji]

Świetna scenografia to niestety było za mało. Brak wglądu w ostateczną wersję filmu był ogromnym ciosem dla reżysera. Pozostaje jedynie pomyśleć o potencjale, który został zaprzepaszczony błędnymi decyzjami producenta. [Albert Brygała]

Diuna w wydaniu Lyncha z całą pewnością nie jest klasycznym blockbusterem. To film zdecydowanie cięższego kalibru. Pojawiające się w nim wątki poboczne nie zawsze zostają należycie rozwinięte. Wiele elementów scenariusza tajemniczo ginie pod natłokiem kolejnych scen. Widz domaga się ich ponownego podjęcia, pragnie zrozumieć ścieżki, jakimi podąża twórca, usiłuje złożyć porozrzucane wśród piasków Arrakis kawałki opowieści. Nie jest to jednak proste, a nawet więcej – bez znajomości lektury może okazać się niemożliwe. Przyczyną takiego stanu rzeczy z pewnością jest czas projekcji, który od początku projektu ograniczał wizję reżysera.  [Filip Jalowski, fragment artykułu]

Wcale nie taki najgorszy to film, i mówię to z perspektywy fana książki. [Łukasz Herman]

Niespełniona uczta filmowa. [Gez1]

11. miejsce

Inland Empire

Inland Empire (2006)

Czym właściwie jest Inland Empire? Czy to jeszcze film, a może już forma instalacji artystycznej, która miała za zadanie badać granice medium stojącego na progu oddzielającym od siebie epokę taśmy i zapisu cyfrowego, który zaczął stawać się coraz bardziej dostępny dla przeciętnego zjadacza chleba? Czy Inland Empire jest jedynie zlepkiem luźno powiązanych scen, czy też wielopoziomową układanką, której sensy plenią się niczym pnącze – bez logicznej struktury porządkującej kształt całości, niemniej w ściśle sprecyzowanym celu, dla dobra całości? Odpowiedź na to pytanie, co w kontekście filmografii Lyncha nie powinno być raczej dziwne, nie należy do prostych, a nawet więcej – leży wyłącznie w oku oraz głowie widza zderzającego się z obrazem, który w nieporównywalnie większym stopniu niż każdy inny film reżysera nastawiony jest na przeżycie/doświadczenie, a nie próbę rozumowego ogarnięcia meandrów, którymi porusza się historia. [Filip Jalowski, fragment recenzji]

Kino daje nam możliwość wejścia w wymiary, które są dla nas na fizycznym gruncie codziennego życia niedostępne. Pozwala zaznać niemożliwego, stać się kimś innym. Idziemy drogą bohaterów ekranowych, patrzymy ich spojrzeniem, sytuacja rozwija się przed naszymi oczami zgodnie z konsekwencjami ich czynów i ich działań, prowadząc nas tam, gdzie moglibyśmy trafić, gdybyśmy tak właśnie postąpili i to właśnie powiedzieli. Bez udziału naszej woli, a wręcz wbrew niej, znajdujemy się w jakimś innym miejscu i czasie. My i jednocześnie nie my. Widzowie i uczestnicy. Dobrowolnie biorący udział w iluzji filmowego ekranu. David Lynch przygląda się temu mechanizmowi, ale czyni to na swój specyficzny sposób. Kiedy zapalają się światła i pojawiają się napisy, otrząsamy się z iluzji i wracamy do naszego życia, na powrót stajemy się sobą. Ale w świecie Lyncha ta granica się zaciera. Nie ma różnicy między planem filmowym a rzeczywistością. Role, które gramy, maski, które zakładamy, mogą zostać nam narzucone przez kogoś, mogą być przerwanymi w którymś punkcie kreacjami kogoś innego, kto zszedł już ze sceny. Pozornie nic nas z nim nie łączy, a nagle stajemy się nim, czujemy i przeżywamy wszystko, co stałoby się jego udziałem jako suma wcześniejszych działań, które podejmował. Nie kwestionujemy tego, prowadzimy naszą rolę najlepiej, jak umiemy, mówimy nasze kwestie z całkowitym przekonaniem. Nikt nie dostrzeże, że to oszustwo, że to kostium, który nałożyliśmy na chwilę, w zastępstwie, dla eksperymentu albo dla nowej szansy. [Karolina Chymkowska]

10. miejsce

Miasteczko Twin Peaks:
Ogniu, krocz ze mną

Twin Peaks: Fire Walk With Me (1992)

Ogniu, krocz ze mną oddaje atmosferę osaczenia i nieuniknionego upadku. Dom Palmerów przestał być bezpiecznym miejscem, ciemność przeniknęła do jego wnętrza, a potwory, które nadeszły wraz z nią, pragną ofiary. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że od samego początku wiemy, że Laura nie ma żadnych szans z przybyszami z Czarnej Chaty. Z każdą kolejną minutą filmu dziewczyna coraz bardziej zapada się w noc. Jej los jest przesądzony. Myślę, że to jeden z powodów, dla których Ogniu, krocz ze mną spotkało się z krytyką nawet ze strony wielbicieli serialowego uniwersum. Jeśli pominiemy półgodzinny prolog filmu skupiający się na śledztwie FBI w sprawie zaginięcia Teresy Banks, który stylistycznie nie do końca pasuje do całości, fabularna wersja Twin Peaks jest w zasadzie pozbawiona jakiegokolwiek humoru charakterystycznego dla telewizyjnej serii. Nie ma wspaniałych placków wiśniowych, nie ma stołów pękających od pączków, gorącej kawy, absurdalnych i zabawnych pogawędek pomiędzy bohaterami. W zamian Lynch konsekwentnie przedstawia widzowi studium upadku młodej, zagubionej i wołającej o pomoc dziewczyny, która w żaden sposób nie zasłużyła sobie na los, jaki ją spotkał. To przekonująca i bardzo smutna wizja. [Filip Jalowski, fragment artykułu]

Przerażający, niepokojący i diabelnie smutny film. Ciekawe rozwinięcie mitologii serialu (seriali) i bardzo niedoceniona rzecz. [Filip Pęziński]

9. miejsce

Głowa do wycierania

Eraserhead (1977)

Synonim oniryzmu i doskonałe studium lęków związanych z przedwczesnym ojcostwem. [rajmund]

Niesamowity debiut młodego filmowca. Świat, w którym Lynch zamieszkał całym sobą przez kilka lat; świat podświadomych lęków twórcy. Prawdopodobnie najbardziej osobisty film Lyncha, świadczący o jego nieograniczonej wyobraźni. [Albert Brygała]

Długo był to mój ulubiony film – nie tylko Lyncha, ale w ogóle. Teraz mi trochę przeszło, ale nadal doceniam i uwielbiam wizję. [Łukasz Herman]

Porusza i daje do myślenia… początek szaleństwa czy piękna siedzącego w głowie twórcy? [karwan29]

Głowa do wycierania to nic innego, jak podróż do świata, w którym mrówki przebywają niebezpiecznie blisko człowieka, a przejmujące dźwięki dosłyszeć można niemal nieustannie. To ta sama rzeczywistość, do której przenosiliśmy się w trakcie wizyt w Czerwonym Pokoju w Miasteczku Twin Peaks, ta sama perspektywa spojrzenia, jaką obserwowaliśmy w prologu Blue Velvet. Wizyta w świecie Henry’ego Spencera jest tym, co Lynch określa mianem „wkraczania w ciemność”. Mrok i czernie nie są jednak jednoznacznie złe, ponieważ to „właśnie w ciemności najlepiej widać gwiazdy”, czyli lynchowski symbol absolutu, bezpieczeństwa, spełnienia, ale i wielkiej tajemnicy. [Filip Jalowski, fragment recenzji]

Ostatnio dodane