Oglądam filmy z synem

Oglądam filmy z synem #3 – E.T., Koralina i Kanciastoporty

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

Ten weekend przynosi duże rozczarowanie – miałem napisać o seansie Łotra 1, ale zewsząd dochodzą głosy, że to film, który zupełnie nie nadaje się do oglądania z 6/7-latkiem.

Nie ma Jedi, nie ma mieczy świetlnych, nie ma Mocy – jest wojna, wojsko, straceńcza misja i dość ponury, realistyczny klimat. Oczywiście w gwiezdnowojennym sosie, czyli coś, co uwielbiamy, ale musicie wiedzieć, że nie jestem w stanie pójść do kina na film z serii, który tak wyraźnie zrywa ze znaną konwencją i kieruje się w stronę wojennego kina.

Na razie sobie odpuszczamy, nie ten wiek, nie ta wrażliwość, choć… w tej odsłonie o kilku ryzykownych filmach.

#1 #2

E.T.

Klasyk Stevena Spielberga był swoistym eksperymentem. Zarówno dla mnie, jak i dla syna było to doświadczenie dość świeże. Ostatni raz historię sympatycznego ufoludka widziałem ponad 20 lat temu – a wcześniej w kinie ok. 30 lat temu – i w pamięci zachowałem jedynie pojedyncze sceny i ogólny klimat historii (dzieciaki, lata 80., tajemnica, spisek i radość – ostatnio świetnie przywołane w netflixowych Stranger Things). Bardzo byłem ciekaw osobistej konfrontacji z filmem Spielberga, bo zawsze byłem przekonany za świetnie poprowadzone kino familijne w starym, zdrowym stylu. W kontekście własnych oczekiwań bardzo byłem ciekaw, jak na E.T. zareaguje dzieciak, który filmów parę już widział, ale większe klasyki zostawialiśmy zawsze na później. Do teraz.

Jak jest? Jest dobrze. To nieśpiesznie poprowadzone kino. Oldschoolowość jako przymiotnik bardzo adekwatne. Najbardziej zaskakuje tonacja filmu Spielberga: dość poważna jak na opowieść, którą przywołuje, bez tanich zagrań dramaturgicznych i heheszek, choć kilka nienachalnych scen humorystycznych oczywiście ma miejsce. Jakże to odmienne kino familijne od tego, co dzisiaj jest serwowane! Historia jest opowiadana w taki sposób, że wymagana jest u widza cierpliwość: może prolog jest bardziej dynamiczny, ale już poznanie Obcego, przyjaźń z nim, aż do finału, który wyciska łzy, bo wszyscy na nim płaczą… To staroświeckie kino, którego nie sposób nie docenić. I co ważne – sprawdza się znakomicie, nie ma mowy o nudzie, a zasiany u dziecka niepokój jest wyłącznie orzeźwiający, bo bazuje na zdrowych emocjach, nie na strachu, przerażeniu i makabrze.

Ojcometer: 8/10

Koralina

Myślę sobie – tak, to jest dobry moment na obejrzenie czegoś animowanego ale w zupełnie innej konwencji. Czyli kolejny eksperyment. Wybitnie dobra Koralina nie może przecież robić źle, co nie? Animacja jest zachwycająca, fabuła arcyciekawa, morał obecny w formie niebanalnej. Ja jako dorosły to wiem, czuję, oglądam i się zachwycam. Zdecydowanie czołówka animacji XXI wieku.

Co z tego, skoro mały nie czuje? Nic a nic, bo Koralina to ekranizacja koszmaru, wejście do świata bez reguł, w którym jest miejsce na strach, przerażenie i potwory, które nie bawią, nie śmieszą, tylko… straszą. Dziwne, prawda? Do strachu mam jednak stosunek przyjazny, bo jest to w końcu jedna z normalnych emocji, których okiełznanie jest czymś dla duszy zdrowym. Więc zaskoczenie i podskok na fotelu od czasu do czasu robi z wyobraźnią dobrze, a ciemne korytarze, przerażające facjaty i inne banalne wizje zła raczej oswajają z inną stroną życia niż budzą autentyczną trwogę. Problem jest jednak w tym, że Koralina rzuca dzieci na głęboką wodę: świat przedstawiony jest dziwaczny, jakby z pogranicza snu i jawy. Postaci są odpychające, ich motywacje w dużej mierze negatywne. Istotny jest styl animacji – przytłaczający bogatym tłem, ale wszystko skąpane jest w szarościach, ponuractwie. Tutaj postaci się uśmiechają, lecz się nie śmieją; robią śmieszne rzeczy, wydają z siebie dziwne dźwięki – ale pozytywnymi emocjami bym tego nie nazwał. Mnie fascynuje ta wizja, ale mojego syna nie tyle znudziło, co niemile zaskoczyło. Koralina jest autentycznie odmienna od dotychczasowych animacji, które razem obejrzeliśmy, i zdecydowanie wymaga dojrzałości od widzów. Raczej dla 10-latków (i wyżej)/

Ojcometer: 3/10

Spongebob Kanciastoporty

Kanciastoporty budzi we mnie dysonans poznawczy. Z jednej bowiem strony jako rodzic odpowiedzialny i świadomy tego, że jesteśmy tym, co oglądamy, staram się unikać totalnych, bezwartościowych bzdur animowanych, do których zaliczam całą masę produkcji choćby z Cartoon Network. Z drugiej strony Kanciastoporty to bajka z tak wielką porcją dwuznaczności, z tak ogromną ilością zakodowanych komunikatów, które może odczytać tylko dorosły – nie sposób jej nie uwielbiać. Tym bardziej, że jest głupkowato, dzieje się wiele zarówno wizualnie jak i dźwiękowo – można oceniać różnie, ale trafienie na Spongeboba w tv czy na yt przykuwa do ekranu i powoduje odpowiedni masaż przepony.

Nie  ukrywam, że czuję się źle oglądając z synem tę durną bajkę. Niczego nie uczy, niczego nie wyjaśnia, jest chaotyczna, nieprzewidywalna i bazuje na humorze najniższych lotów, w którym pierdzenie, bekanie, ślinienie się, krzyki i wiski są czymś normalnym. Ale ją uwielbiam za absurd, który, gwoli prawdy, dla dzieci niekoniecznie jest czytelny. Doceniam wyobraźnię twórców, którzy przemycają całą masę nawiązań do współczesności (także klasyków kina). Uwielbiam ją za znakomity polski dubbing. Sam serial jest dobrze wszystkim znany, ale na pewno warto powiedzieć coś dobrego o długim metrażu z 2015 roku. To przede wszystkim udany formalnie eksperyment (bohaterowie pojawiają się w realnym świecie), świetna parodia kina dla dzieci z całą masą zabawnych dialogów, gier półsłówkami i podtekstami, które powodują, że śmieję się w kompletnie innych momentach niż syn (i tylko jestem narażony na częste pytania, co mnie rozśmieszyło). Dobre, choć niemożebnie głupie.

Ojcometer: 7/10

Ostatnio dodane