Tom Hardy zostanie Venomem, czyli Sony nadal siłuje się ze światem Spider-Mana

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Sony niczym diabeł z pudełka wyskoczyło właśnie z informację, że TEN Tom Hardy będzie głównym bohaterem Venoma – filmu poświęconego najpopularniejszemu przeciwnikowi Spider-Mana, który największe triumfy święcił w latach 90., gdy bywał na kartach komiksów prawie tak często jak Punisher czy Wolverine.

Dziwna to sprawa z tym dalszym losem Spiderwersum pod batutą Sony. Dwa The Amazing Spider-Many od Marka Webba utopiły szansę na rozwój współdzielonego świata – chociaż ostatnia odsłona w lwiej części powstała tylko po to, żeby zapowiedzieć kilka kolejnych filmów, dosyć słabo kamuflując swoje reklamowe rozochocenie. Z tego też powodu zgodzili się w końcu na umowę z Marvel Studios – chociaż nawet nie tyle zgodzili, co oddali im poturbowanego bohatera i ze smutną miną zapytali „naprawicie?”.

Ta decyzja nie zdziwiła nikogo – teraz, gdy ich przeciwnicy różnorakimi markami zgarniają wszystkie pieniądze świata, zamordowanie Ścinołaza sprawiło, że w rękach Sony pozostał już tak naprawdę tylko Bond, w którego muszą teraz wpakować niebotyczną kasę, żeby przekonać Daniela Craiga do kolejnej misji. A on jest akurat w takim wieku i na takiej pozycji, że może sobie pozwolić na spokojne podbijanie ceny. Tak więc Marvel Studios z ochotą przyjęło swojego ukochanego syna, Spider-Man zaliczył znakomity występ w Civil War, teraz oczekuje na solowe Homecoming, a pieniążki w obu kasach się zgadzają.

Jednak Sony zaczęło kombinować i pomyślało, że skoro ten Spider-Man znowu ma ręce i nogi, to może jakoś da się go wyrwać znowu od rodziców, żeby dalej ciągnąć u siebie ten wózek. Dlatego też zapowiedzieli kilka miesięcy temu dwa projekty, które początkowo wydawały się mieć na celu tylko wywarcie presji na Marvelu – bo o ile jeszcze Venom (postać nadal z przestrzelonymi kolanami po trzecim Spider-Manie Raimiego) zawsze gdzieś tam latał jako projekt do zrealizowania, tak zapowiedź Silver Sable, przygód trzecioligowej najemniczki, wyglądała niczym żart primaaprilisowy.

Ale… wyskakują teraz z tym Tomem Hardym, zapowiadają, że Venom ma być początkiem odświeżonego Spiderwersum (ale w żadnym razie odpryskiem Homecoming), ustalają datę premiery na piąty października 2018 roku i sadzają na stołu reżyserskim Rubena Fleischera – znanego głównie z całkiem niezłych gatunkowych czarnych komedii: Zombieland, 30 minut lub mniej i serialu Santa Clarita Diet.

Venom w wersji Eddiego Brocka to relikt ostatniej dekady XX wieku – kosmiczny symbiont połączony z przypakowanym byłym dziennikarzem, który wini Petera Parkera za wszystkie swoje niedole.

I naprawdę nie wiem, co o tym projekcie w tej chwili myśleć. Venom w wersji Eddiego Brocka to relikt ostatniej dekady XX wieku – kosmiczny symbiont połączony z przypakowanym byłym dziennikarzem, który wini Petera Parkera za wszystkie swoje niedole. Zawsze ekspresyjnie wyraża stany emocjonalne i dużo gada, co tak średnio koresponduje z ekranowym emploi Hardy’ego, który może i jest wielkim chłopem a emocje zawsze w nim buzują, jednak trzyma je na wodzy – niby ma już wybuchnąć, ale nie wybucha. I robi to znakomicie. Widać jednak, że Hardy chyba dla podreperowania budżetu lubi co kilka poważniejszych filmów (i nominacji) wskoczyć dla odmiany do jakiegoś blockbustera, gdzie się pobawi a jego małe w tym momencie dzieci za kilka lat będą mogły oglądać ojca w roli drabów/bohaterów. Dotychczas nie robił tego też na odwal się – co widać po znakomitej roli Bane’a – więc i tutaj raczej nie ma się co martwić o jego podejście. No i jest to nazwisko, które powinno marketingowo uratować Venoma. Zresztą Sony trafiło w idealny moment, bo aktor właśnie opuścił pokład akcyjniaka Triple Frontier – w którym miał zagrać razem z Channingiem Tatumem.

Fleischer to natomiast wyrobnik, tańszy niż gorące teraz nazwiska, ale w jakimś stopniu solidny. Jednak tutaj też nie wiadomo, w jaką stronę pójdzie obraz, bo sam Venom sprawdza się w konwencji czarnej komedii i konkretnego horroru, a ta pierwsza jest zdecydowanie bliższy reżyserowi. Jak to jednak wyjdzie w czasach, gdy nagle szkarłatna R-ka jest najmodniejszym kolorem w kinie komiksowym?

Losy kolejnych pajęczych filmów Sony na pewno zagmatwają się jeszcze mocniej, ale Hardy’ego na ekranie zawsze dobrze zobaczyć – a jeśli ma zagrać egocentryka gadającego z kosmicznym żywym kostiumem, to tym bardziej.

A tutaj jeszcze twitterowe zdjęcie jakim studio doprawiło wiadomość:

Ostatnio dodane