Ridley Scott i jego taśmy prawdy udowodnią istnienie UFO

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Szykuje się kolejny film SF nakręcony w konwencji found footage. Opowiadać będzie o lądowaniu UFO. Co ważne – scenariusz napisany został w oparciu o fakty. Film nosi tytuł Phoenix Forgotten i zostanie wyprodukowany przez samego Ridleya Scotta. Właśnie pojawił się zwiastun tego widowiska:

Filmów o spotkaniach z obcymi jest, jak wiemy, co niemiara. Tajemnica związana z domniemanymi lądowaniami UFO na Ziemi wciąż dostarcza inspiracji filmowcom. Proceder ten często wsparty jest jednak zeznaniami świadków, uwiarygadniającymi historię. W wypadku Phoenix Forgotten scenariusz autorstwa T.S. Nowlina (Więzień labiryntu), opowiada o prawdziwym wydarzeniu, które miało miejsce 13 marca 1997 roku w Phoenix. Późnym wieczorem zaobserwowano na niebie wystąpienie dziwnych świateł (wydarzenie to przeszło to do historii jako „światła Phoenix”), kojarzących się z niezidentyfikowanym obiekt latającym. Co istotne, wydarzenie zrelacjonowane zostało przez tysiące osób. Do dziś „światła Phoenix”, obok Roswell, pozostają jedną z bardziej ekscytujących akcji związanych z UFO. Tradycyjnie także zarzuca się rządowi, że nie chce upublicznić prawdy.

W filmie Phoenix Forgotten widz będzie miał okazję zmierzyć się z tajemnicą owego zjawiska razem z grupką studentów, wyposażonych w kamery i ciekawość. Całość zaprezentowana zostanie przy pomocy stylistyki found footage, co widoczne jest w zwiastunie. Może się wydawać, że akurat w przypadku tej tematyki styl taśm prawdy oraz kręcenia z ręki jest strzałem w dziesiątkę. Mam jednak wrażenie, że konwencja ta została już do bólu wyeksploatowana, przez co nie potrafi już działać na widza tak samo, jak jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu. Zresztą był już jeden, udany i dobrze działający film found footage, traktujący o lądowaniu kosmitów. Nazywał się Porwani przez obcych i został nakręcony w 1998 roku.  Z tego też powodu widzę w Phoenix Forgotten jedynie łatwy sposób na pieniądz poprzez wzięcie na warsztat chwytnego tematu, przy formie zdjęć nie generującej zbytnich kosztów. Bo przecież produkcja filmu nie kosztowała pewnie więcej niż bilet lotniczy z Polski do USA.

Zastanawiać może zatem, co na liście płac robi Ridley Scott. Można odnieść wrażenie, że ostatnio słynnego reżysera jest w mediach więcej, co rusz dowiadujemy się o jego nowych pomysłach na fabuły. Parafrazując pewną reklamę z Leo Beenhakkerem w roli głównej, według mnie jest tylko jedna odpowiedź na pytanie o to, dlaczego Ridley Scott sygnuje swoim nazwiskiem przytaczany projekt.

Ridley why? For money!

Ostatnio dodane