PYCHA KROCZY PRZED UPADKIEM. Zwykły żart czy kompleksy gigantów?

Autor: Szymon Pewiński
opublikowano

Dyrektor generalny Sony Pictures Entertainment obejrzał, razem z innymi gośćmi trwającego w Las Vegas CinemaCon, fragmenty Blade Runnera 2049 i najwyraźniej stwierdził, że dzięki takim produkcjom Netflix ze swoimi pomysłami może z tylko z podziwem patrzeć na cały filmowy przemysł. Pewność siebie? Zwykły żart? Przemyślana strategia, a może… kompleksy?

Na razie Tom Rotham ma powody do zadowolenia

Wiosna za oknem, więc w ramach wstępu pozwolę sobie na pewną analogię. Kilka lat temu w Polsce rozpoczęła się tzw. piwna rewolucja. Po pewnym czasie okazało się, że miłośnicy złocistego trunku nie widzą problemu, żeby zamiast 2,50 zł zapłacić za butelkę cztery razy tyle. Teoretycznie nic się nie stało: piwne koncerny nie upadły, ale strata kilku procent udziałów w rynku to już nie przelewki. Teraz najwięksi poszerzają ofertę, próbując dostosować się do gustów konsumentów; raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Wojny nie przegrały, ale dostały solidne lanie.

Podobny scenariusz wieszczę tym wytwórniom, które zamiast reagować na zmieniający się rynek dystrybucji filmów i wyprzedzać pewne ruchy, wciąż są zapatrzone w swoje pomysły i długofalowe strategie uważając, że widzowie oczekują właśnie produkcji „znanych i lubianych”. Tom Rothman ze swoim „Netflix, my ass” (bo takie stwierdzenie padło z jego ust) doskonale wpisał się w tę narrację.

Na razie liczby stoją za wielkimi wytwórniami. Wynik Pięknej i Bestii mówi sam za siebie. Blade Runner 2049, reżyserowany przez Denisa Villeneuve’a, z Ryanem Goslingiem, Harrisonem Fordem, Robin Wright i Jaredem Leto to murowany hit – obecni na CinemaCon byli zachwyceni fragmentami, które obejrzeli. Hitami będą również kolejne części Gwiezdnych wojen i Obcych. Ale przyjdzie czas, że części widzów znudzą się odgrzewane kotlety; kolejne rebooty, spin-offy i ekranizacje komiksów, zbierające – trzeba to przyznać – bardzo różne recenzje, od dobrych po druzgocące.

Czy Netflixowi zależy na pokonaniu konkurencji gigantów takich jak Sony Pictures Entertainment? Oczywiście że nie, bo z częścią musi współpracować. Platforma najlepiej (jak dotąd) wypełniła niszę pomiędzy tradycyjnym rynkiem dystrybucji a internetowym piractwem. Teraz, powoli i systematycznie, zabiera się za kolejne, coraz bardziej ambitne i, co jeszcze ważniejsze w tym kontekście, kosztowne produkcje. Jeśli filmy takie jak War Machine czy The Irishman odniosą sukces, możemy spodziewać się coraz większej liczby netflixowych hitów z hollywoodzkimi gwiazdami. 

A wtedy szefowie wielkich firm usiądą na tyłkach (które – według Toma Rothmana - Netflix może dziś tylko oglądać lub/i całować) i zaczną liczyć straty.

A gdy już się doliczą, część z nich straci premie, część – posady. Stare powiedzenie mówi, że pycha kroczy przed upadkiem.

Z drugiej strony doskonale rozumiem żartobliwy ton prezentowany przez Rothama. Z zaciszu gabinetów można dyskutować, prezentować tabelki i wprost mówić, jak jest. Publicznie trzeba grać twardziela – szefa gałęzi wielkiego koncernu, któremu byle Netflix nie podskoczy. Przecież nikt o zdrowych zmysłach otwarcie nie przyzna, że rządzona przez niego firma ma problem. Paradoksalnie Rotham to właśnie powiedział.

Sony zajmuje się światową dystrybucją kontynuacji jednego z najlepszych filmów lat 80. Tymczasem na trwającym do 30 marca CinemaCon przedstawicieli Netflixa nawet nie ma. Jego produkcje (jeszcze) nie trafiają do kin, a to ich właściciele spotykają się na tej dorocznej konwencji. Tym bardziej nieładnie żartować z nieobecnych, panie Rotham.

Ostatnio dodane