NIE ŻYJE MARTIN LANDAU. Po raz kolejny żegnamy Belę Lugosiego

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Niestety, klasyczni artyści nie będą już młodnieć i coraz szybciej musimy się żegnać z kolejną wielką generacją. Wczoraj odszedł jeden z reżyserskich ojców współczesnego horroru i ten, który wychował zombie na ludzi, George A. Romero, a chwilę później świat obiegła wiadomość o śmierci innej wielkiej persony przemysłu filmowego.

Martin Landau dożył znakomitego wieku – kto by nie chciał dotrzeć na 89. poziom egzystencji, poprzedzony zastępem znakomitych ról? Co ciekawe, podobnie jak Romero, Landau też stał się ikoną filmowego horroru, chociaż do gatunku wbił się z impetem trochę tylnymi drzwiami. W 1994 roku skradł dla siebie znakomitego Eda Wooda Tima Burtona i mimo kipiącego energią, fantastycznego Deppa w tytułowej roli, to właśnie Bela Lugosi w wersji Landau lśnił tam najjaśniej. Charakterystyczny aktor ukryty pod makijażem dosłownie skumulował w sobie całą siłę zbliżającej się do kresu życia legendy kina grozy i czarował w każdej scenie – był sarkastyczny, zgorzkniały, wybuchowy, diabelnie zabawny (Karloff? Sidekick? FUCK YOU! Karloff did not deserve to smell my shit! That limey cocksucker can rot in Hell for all I care!), a przy tym pełen ciepła i po prostu ludzki. Nic dziwnego, że Akademia przyznała mu za tę rolę Oscara – jednego z najbardziej zasłużonych i bezsprzecznych w całej dekadzie (jeśli nie historii).

Na pewno to właśnie jego Lugosi będzie najmocniej już na zawsze żył w umysłach kolejnych pokoleń kinomanów, bo to prawdziwa lekcja tego, jak zagrać prawdziwą postać, pobawić się nią, oddać jej hołd, ale nie popadać w nadmierny sentymentalizm i przede wszystkim zachować w kreacji sporą część siebie. Jednak za jego karierą stoją dziesiątki bardzo dobrych ról telewizyjnych i filmowych. Już początki aktorskiej drogi Landau były mocnym uderzeniem – najpierw w 1955 dostał się do obleganego Actors Studio, jako jedna z dwóch osób (wspólnie ze Steve’em McQueenem; w końcu został tam zresztą wykładowcą i uczył m.in. Jacka Nicholsona) wybranych z ponad pięciuset kandydatów, a u zarania kariery zagrał w wielkim Północ, północny zachód Hitchcocka, gdzie dostał bombę w nos od samego Jasona Masona. Później mocno walczył z przemysłem filmowym, szukał swojego miejsca, ale w końcu udało mu się zapisać na kartach historii. Co ciekawe, w latach sześćdziesiątych odrzucił rolę Spocka w Star Treku, co mogło niebagatelnie zmienić historię popkultury (chociaż odbił sobie później te kosmiczne wojaże w serialu Kosmos 1999 z lat 1977-1979, popularnym również w naszym kraju).

Landau, dobry kumpel Jamesa Deana, mimo swojej charakterystycznej twarzy nigdy nie został zaszufladkowany, a zapewnił sobie to już na początku kariery, gdy w serialowym Mission: Impossible wcielił się w mistrza kamuflażu, operującego co odcinek innymi akcentami i przebraniami, a na filmowym koncie zapisał sobie m.in. role w Kleopatrze czy Nevada Smith. W latach 70. i 80. jego kariera przystopowała, ale powrócił z wykopem pod koniec tej drugiej dekady, gdy zgarnął dwie nominacje do Oscara z rzędu za Tuckera. Konstruktora marzeń (1988) Francisa Forda Coppoli oraz Zbrodnie i wykroczenia (1989) Woody’ego Allena. Sam Landau stwierdził zresztą, że rola u Coppoli wyrwała go z niskobudżetowego grajdołka, gdzie na jego stół trafiały kolejne role kreskówkowych złoczyńców – gdy dostał scenariusz Tuckera, z ulgą stwierdził: dzięki Bogu, w końcu jakiś prawdziwy człowiek.

Rola u Wooda okazała się jego magnum opus, znakomitym podsumowaniem kariery i w kolejnych latach grał już głównie dla własnej przyjemności – zdobył m.in. nominacje do nagrody Emmy za role w serialach Bez śladu i Ekipa (gdzie miał kupę radochy, wcielając się w podstarzałego producenta filmowego).

Bogata kariera, sędziwy wiek, znakomity warsztat – żegnamy jednego z ostatnich wielkich aktorów epoki filmowej elegancji.

Martin Landau. 20.06.1928-15.07.2017

Ostatnio dodane