NETFLIX da nam więcej filmów! Czy stanie w szranki z kinami?

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Czy Netflix może stać się wkrótce realną konkurencją dla kin? Sądząc po liczbie produkowanych przez platformę filmów, ale także ich rosnącej jakości – taka możliwość istnieje. Szerzej przyglądałem się tej perspektywie w niedawnym felietonie, gdzie punktem wyjścia było ruszenie produkcji Irlandczyka – długo wyczekiwanego filmu Martina Scorsesego. Teraz jednak pojawiły się nowe fakty, wpływające na obraz Netflixa jako rewolucyjnego źródła filmowej rozrywki.

Ted Sarandos, jeden z szefów Netflixa, niedawno ujawnił, że platforma ma w planach na 2018 aż osiemdziesiąt premier swoich oryginalnych filmów. To nawet o trzydzieści tytułów więcej, niż planowano i realizowano w roku obecnym (dla porównania – w całym Hollywood w skali roku zwykle powstaje ok. pięciuset filmów). Liczba ta uwzględnia zarówno obrazy skromniejsze, zakupione na festiwale w typie Sundance, jak i wysokobudżetowe produkcje, pokroju wspomnianego już Irlandczyka (który jednak pojawić się ma w roku 2019).

Ted Sarandos

Budżet na realizację tych planów obejmuje, bagatela, osiem miliardów dolarów, czyli o około miliard więcej, niż wydano w tym roku. Bright, nowy film Davida Ayera planowany na koniec grudnia, którego budżet wynosi dziewięćdziesiąt milionów dolarów, ma być dla Netflixa momentem przełomowym. Za jego sprawą wysłany zostanie bowiem sygnał informujący, że platforma radzi sobie z widowiskami tworzonymi z rozmachem.

Myślę, że ludzie zaczną dostrzegać potencjał tej filmowej inicjatywy, zakładającej, że na potrzeby telewizji również da się tworzyć na ogromną skalę.

Mam jednak wrażenie, że filmowa ofensywa Netflixa została wywołana nie tylko ambicją do stworzenia alternatywy do kin, ale także chęcią… łatania dziur. Sarandos odniósł się bowiem do problemu zakończenia współpracy z Disneyem, uwzględniającego zarówno odłączenie się konkretnych produkcji z zawartości platformy, jak i tworzenie przez wytwórnię konkurencyjnego medium strumieniowego.

Musimy po prostu skoncentrować na tworzeniu treści, bez których nasz użytkownik nie będzie w stanie się obejść. Niezależnie od tego, czy jeden z naszych partnerów zdecyduje się produkować dla nas lub rywalizować z nami, to jednak podejmując ten wybór, musimy przede wszystkim brać pod uwagę własny biznes.

Czy można już mówić o zbliżającej się rewolucji? Myślę, że przesłanki są dość mocne. Netflix coraz częściej daje do zrozumienia, że ich głównym celem jest pozyskanie klienta kinowego. Muszą jednak liczyć się z tym, że nigdy nie będą zarabiać na swoich filmach, tak jak mogą zarabiać wytwórnie, dystrybuujące swoje filmy w kinach – gdzie sprzedaje się nie tylko drogi bilet, ale także równie drogie przekąski. Zasady rywalizacji w największych nagrodach (np. Oscarach) także szybko nie zostaną przemianowane tak, by uwzględniać film mający premierę w telewizji. Nie mówiąc już o tym, że pewnych doznań, dostarczanych przez największe widowiska,  domowy telewizor nigdy nie będzie w stanie zastąpić.

Duch zmian jest jednak bardzo mocno odczuwalny. A wspiera go zwykła ekonomia. Mówię to bowiem z pozycji osoby, która coraz częściej łapie się na tym, że woli wydać swój pieniądz na miesięczny abonament medium strumieniowego, dostarczającego coraz lepsze produkcje (w tym przede wszystkim te serialowe), niż wydawać połowę tej kwoty (!) na jednorazowy seans w kinie, w przypadku którego nie ma się pewności, w jak komfortowych warunkach się odbędzie. Przelicznik jest w tym wypadku nieubłagany.

Ostatnio dodane