MADONNA NICZYM URAŻONA DZIEWICA? Królowa nie wyraża zgody

Autor: Szymon Pewiński
opublikowano

Madonna się skarży, bo nie podoba jej się scenariusz filmu biograficznego o niej właśnie. Wyzywa więc twórców od głupców i zachowuje się niczym obrażona panienka. Ale chyba tylko ktoś bardzo naiwny uwierzyłby, że ów scenariusz – jakkolwiek naciągany by nie był – rzeczywiście jest w stanie zaszkodzić królowej popu. Kto jak kto, ale właśnie Madonna doskonale potrafi trzymać się na powierzchni showbiznesu już czwartą dekadę. I nie takie rzeczy już widziała.

Madonna w „Like a Prayer”

Madonna – to, Madonna – tamto, Madonna – odmieniana przez wszystkie przypadki. Można jej nie lubić, ale to fenomen porównywalny chyba tylko z Michaelem Jacksonem. Nie znam nikogo, kto przesłuchałby jej album w całości, a i tak większość moich znajomych jest w stanie zaśpiewać lub chociaż wymienić co najmniej kilka jej piosenek. Niestety jej filmowych popisów raczej nie da się oglądać.

Wciąż o niej głośno. A warto pamiętać, że jej pierwszy solowy album pojawił się w sklepach, gdy USA rządy sprawował Ronald Reagan. Przez te lata stylizowała się na Marylin Monroe, była też rozmodloną i/lub wyuzdaną „dziewicą”, śpiewała wisząc na krzyżu w koronie cierniowej i całowała się z czarnoskórym świętym w czasach, gdy nikt nawet nie myślał o poprawności politycznej. Nawet „psuła” nam katolickie święta swoimi nieświętymi koncertami.

I nagle, gdy Madonna Louise Ciccone dobiega sześćdziesiątki, ktoś wpadł na pomysł, żeby nakręcić o niej (kolejny) film biograficzny. Scenariusz Blonde Ambition – opowiadający o czasach, gdy początkująca piosenkarka wydaje właśnie swój pierwszy album – kilka dni temu kupił Universal. Tymczasem jego bohaterka uparcie twierdzi, że tekst autorstwa Elyse Hollander jej się nie podoba.

- Nikt nie wie tego, co ja wiem i co widziałam. Tylko ja mogę opowiedzieć moją historię. Wszyscy pozostali, którzy tego próbują, to szarlatani i głupcy szukający natychmiastowego uznania bez ciężkiej pracy. To choroba naszego społeczeństwa – napisała artystka.

Trudno nie przyznać Madonnie – choć częściowo – racji. Przynajmniej jeśli chodzi o drugą część jej internetowego wpisu. W porównaniu ze swoimi naśladowczyniami wciąż wydaje się tytanem pracy. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że jej wypowiedź posiada nawet pewien walor edukacyjny – w końcu „bez pracy nie ma kołaczy”. Gorzej, gdy przyjdzie nam analizować pierwsze zdania.

Bo jakie znaczenie ma w tym przypadku „prawda o Madonnie”? Oczywiście, jako widz chciałbym dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Ale przecież nie o to chodzi w filmach biograficznych. Pamiętacie kontrowersje związane z Ostatnią rodziną i rolą stworzoną przez Dawida Ogrodnika? Pamiętacie list otwarty córki jednego ze współpracowników Jordana Belforta, która zarzucała filmowi Martina Scorsese zabawę tragedią wielu osób oszukanych przez Wilka z Wall Street? Czy miało to jakiekolwiek znaczenie, gdy okazało się, że oba filmy są znakomite i wiele mówią nie tyle o swoich bohaterach, ile o nas samych?

Można narzekać, bo Madonna rzeczywiście nie potrafi rewelacyjnie śpiewać ani – tym bardziej – grać (dziewięć Złotych Malin to jednak imponujący wynik). Można biadolić, że nigdy nie pokazała swojego „prawdziwego oblicza”, ale nie można zarzucić jej naiwności. Blonde Ambition zapewne pominie niektóre fakty, a uwypukli inne – niekoniecznie dla artystki wygodne. Powstanie więc biografia bez autoryzacji, a jej autorom zawsze będzie można zarzucić zbyt mocne popuszczenie wodzy fantazji. Ale to dobrze, bo pojawia się szansa, że otrzymamy film uciekający od sprzedawanego nam przez lata spójnego i pieczołowicie kreowanego wizerunku.

Trzymam kciuki, bo Madonna zasługuje na dobrą nieautoryzowaną biografię. Tym bardziej, że o filmie z 1994 roku pt. Madonna: Innocence Lost chyba niewiele osób w ogóle pamięta.

Ostatnio dodane