Filmowy NEURMONACER w końcu powstanie! Znamy nazwisko reżysera

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Cyberpunk ma ostatnio dobrą passę. Na horyzoncie filmowych zapowiedzi pojawił się bowiem kolejny, wyjątkowo interesujący projekt skąpany w tym sosie gatunkowym. I dodajmy, projekt nie byle jaki, daleki od anonimowości. Tak się bowiem składa, że Neuromancer, czyli słynna powieść Williama Gibsona, należąca do absolutnej klasyki cyberpunku, w końcu doczeka się swojej kinowej wersji!

Krótko o tym, dlaczego jest to dobra wiadomość…

Neuromancer jest dla cyberpunku tym, czym Władca Pierścieni jest dla fantasy. Powieść Williama Gibsona z 1984 roku nie dość, że zainicjowała gatunek cyberpunku, to jeszcze przewidziała zjawisko wirtualnej rzeczywistości. Głównym bohaterem Neuromancera jest Case, haker, którego zadaniem jest wykradanie danych z cyberprzestrzeni. Kulturowego znaczenia wizji Gibsona nie da się przecenić.

Dlatego Hollywood od dawna ostrzy sobie zęby na adaptację powieści. Pamiętam, że lata temu do reżyserii przymierzany był sam Vincenzo Natali – reżyser kultowego Cube. Nic z tych planów jednak nie wyszło. Teraz ma się to zmienić. Wieści zza oceanu podają, że producent Simon Kinberg zaangażował do projektu Tima Millera – reżysera Deadpoola. Wychodzi na to, że reżyser będzie mieć wkrótce pełne ręce roboty – jego nazwisko pojawia się także w kontekście wznowienia serii o Terminatorze.

Mamy więc książkę, będącą marką samą w sobie i aż proszącą się adaptację, oraz wyjątkowo gorące nazwisko, osobę za kamerą zdolną do zamienienia materiału wyjściowego w złoto.

… ale i krótko o tym, dlaczego, tak po prawdzie, nie ma się z czego cieszyć.

Wbrew temu, jak wielki potencjał tkwi w fabule Neuromancera, oraz kto poprowadzi jego adaptację, osobiście pozostanę sceptykiem w ocenie możliwości powodzenia tego projektu. Dlaczego? Powód jest prozaiczny. Kino niejednokrotnie miało już okazję zaprezentować pomysły Gibsona na wielkim ekranie. Dowodem na to są chociażby takie filmy jak Dziwne dni, Johnny Mnemonic czy w końcu Matriks, które czerpie z założeń powieści garściami (powielając także postać protagonisty), na czele z negatywną wizją rozwoju sztucznej inteligencji oraz funkcjonowania cyberprzestrzeni. Według mnie, filmowy Neuromancer jest już kompletnie zbędny – całkowicie inaczej sprawa by się miała, gdyby do adaptacji doszło w latach 90.

Ryzyko jest zatem takie, że widownia może uznać filmowego Neuromancera za twór gatunkowo wtórny, nie rozumiejąc pionierskiego kontekstu jego literackiej podstawy. Wówczas widowisko może podzielić losy takiego chociażby Valeriana, który jako barwna space opera nie robi dziś specjalnego wrażenia na odbiorcach. Inna jest jednak perspektywa znaczenia dla gatunku SF, jakie miał oryginalny komiks, na bazie którego powstał film. Ten bowiem przeżywał swój okres świetności wtedy, gdy świat nie znał jeszcze Gwiezdnych wojen.

Jeśli macie jednak inne zdanie i według was adaptacja Neurmoancera jest skazana na sukces, podzielcie się tym w komentarzu.

Ostatnio dodane