Anne Hathaway jest potworem!

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Może nie jest to tak wybitna szansa na chwytliwy tytuł newsa, jak wiadomość o Patricku Stewarcie podkładającym głos kupy w filmie o emotikonach („Patrick Stewart… dostał gównianą rolę”, „…jest w dupie”, „… dostał rolę z tyłka”, „… ma przesrane”, „… spuści swoją karierę w kiblu” – prawdziwe pomysłowe El Dorado), ale zapowiedź nowego filmu Nacho Vigalondo również ma potencjał.

I nie tylko pod względem newsowych akrobacji, bo sam pomysł – na razie tylko po krótkim, ale zaskakująco treściwym traserze – zapowiada ciekawe podejście do tak mocno skonwencjonalizowanego gatunku, jak filmy o kiju. Wiadomo, głównie chodzi w tym wyśnionym przez Japończyków schemacie o widowiskową destrukcję miast i ostrzeliwanie potwora przez nieefektywne wojsko albo o wesołą rozwałkę dwóch lub więcej kreatur. Jednak już w pierwszej Godzili szkieletem opowieści było ostrzeżenie przed igraniem z energią atomową, a taki Cloverfield w przyjemny sposób przedstawił koszmar tak abstrakcyjnej tragedii z punktu widzenia szeregowych mieszkańców niszczonej metropolii.

Vigalondo od dawna miał pomysł na zabawę z tą skostniałą konstrukcją i wygląda to na razie naprawdę intrygująco – mamy tutaj niby atak potwora, ale… okazuje się, że jest on połączony na jakiejś psychicznej płaszczyźnie (albo emocjonalnej, dowiemy się po premierze) z wyraźnie zagubioną życiowo protagonistką. I nagle katastroficzny akcyjniak zamienia się w komedię? Film o poszukiwaniu siebie? To jest temat, który można w prosty sposób zamordować i uczynić zupełnie niejadalnym, ale również ma potencjał na bycie smacznym i świeżym daniem.

Wierzę na razie w Vigalondo, bo właśnie mija dziesiąta rocznica od jego świetnego debiutu, Zbrodni czasu, który był naprawdę zaskakującą wariacją na temat filmów o temporalnych wojażach. Hiszpan ma zresztą niezwykłą smykałkę do skrajnego wykręcania zasad gatunkowych – czasami film mu się posypie, przesadzi z intrygą, ale nie można mu odmówić tego, że zawsze próbuje myśleć nieszablonowo: tak było z My, oni i obcy (inwazja kosmitów) czy z Linkiem do zbrodni: hitchcockowską eksploatacją ery cyfrowej, gdzie zebrał na planie m.in. Elijaha Wooda i Sashę Grey, a potem tak zagmatwał całość, że widz mógł się tylko łapać za głowę. Dlatego może denerwować, momentami zawodzić, ale nie można mu odmówić talentu i gdy już trafi w temat (i nie udziwnia go ponad stan), to wychodzą mu filmy niezwykłe. Dlatego liczę na Colossal, szczególnie, że reżyser ma tutaj kupę utalentowanych aktorów – na czele z Anne Hathaway, która jeśli tylko wstrzeli się w rolę, to potrafi wydestylować z niej pełnię piękna. A są tutaj jeszcze Dan Stevens i Jason Sudeikis.

Zresztą Colossal zdążyło już w zeszłym roku pojawić się na festiwalu w Toronto, a teraz wpadł do Sundance i zbiera naprawdę niezłe oceny. W kwietniu dowiemy się, czy zasłużenie.

Vigalondo zaczął swoją przygodę z filmem z wysokiego C, bo jego znakomita krótkometrażówka 7:35 rano (2003) – zupełnie zwichrowany film o miłości – była nominowana do Oscara. Dlatego do każdego jego projektu podchodzę z wiarą i ciekawością – mając nadzieję, że uda mu się w końcu dogonić te wczesne filmowe wspaniałości:

Ostatnio dodane