W MGNIENIU OKA. SZTUKA MONTAŻU FILMOWEGO.
 Autor: Walter Murch

"W MGNIENIU OKA. SZTUKA MONTAŻU FILMOWEGO" - PIERWSZA KSIĄŻKA WALTERA MURCHA,
MONTAŻYSTY "CZASU APOKALIPSY", PO RAZ PIERWSZY W POLSCE.


Już 22 września odbędzie się polska premiera książki W mgnieniu oka. Sztuka montażu filmowego, autorstwa Waltera Murcha, traktująca o niezwykle istotnym procesie powstawania produkcji filmowej, jakim jest montaż. Książka ukaże się nakładem filmowego Wydawnictwa Wojciech Marzec. Dla montażystów, producentów, studentów szkół filmowych oraz wszystkich zainteresowanych arkanami filmu.

Jedyna tego typu książka na rynku polskim odsłaniająca kulisy montażu filmowego - polecana zarówno zawodowcom z branży, początkującym montażystom jak i miłośnikom kina. Autor, będąc niekwestionowanym autorytetem w branży filmowej, funduje czytelnikowi niezapomnianą podróż po estetyce i praktycznych problemach cięcia taśmy filmowej. Jego osobiste doświadczenie związane z montażem mechanicznym i cyfrowym oraz cenne wskazówki poparte są przykładami z największych światowych hitów kinowych. Historia montażu opowiedziana w sposób lekki i niezwykle interesujący, poruszająca najintymniejsze tajnik zawodu.

Patronat nad książką objęły: Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, Telewizyjna i Teatralna im. Leona Schillera w Łodzi, Stowarzyszenie Filmowców Polskich, Polskie Stowarzyszenie Montażystów, portale filmowe STOPKLATKA, Film.org.pl oraz Szorty.pl.

Autor książki Walter Murch to ceniony montażysta, realizator dźwięku, reżyser i scenarzysta, który otrzymał wiele nagród i nominacji Amerykańskiej i Brytyjskiej Akademii Filmowej za montaż zdjęć i dźwięku, między innymi do następujących filmów: "Rozmowa", "Amerykańskie graffiti", "Czas Apokalipsy", "Ojciec chrzestny II i III", "Nieznośna lekkość bytu", "Dom z kart", "Uwierz w ducha"," Crumb", "Angielski pacjent" i "Utalentowany pan Ripley".

Więcej informacji na stronie internetowej: www.w-wm.pl

Kontakt: Wydawnictwo Wojciech Marzec, ul. Klimczaka 8/35, 02-797 Warszawa
tel. (22) 550 15 60, fax. (22) 550 15 61, kom. 503 129 345, e-mail: w-wm@w-wm.pl

Zobacz wyniki konkursu - szczegóły po kliknięciu na niniejszy link



Recenzja książki: Jerzy Stuhr
Aktor, reżyser, rektor PWST w Krakowie

Książka Waltera Murcha kiedy czyta ją aktor - reżyser, jawi się w świetle szczególnym. Jest to pensum uwag przede wszystkim i nade wszystko praktycznych, które przybliżają, wyjaśniają i uczą tajemnej sztuki montażu. Praca napisana jest niezwykle prostym, zrozumiałym nawet dla laika językiem. Autor operuje często przykładami, które w jasny, prosty sposób unaoczniają zasady i sztukę montażu. Mnie jako aktora przede wszystkim ujęły następujące sekwencje. Pierwsza to sklasyfikowanie sześciu podstawowych zasad montażowych w takim porządku, że jako fundamentalne kryterium montażu przyjmuje emocje (51%) jakie mają zaistnieć aby odtworzyć te emocje, które wydobyli z siebie aktorzy na planie, a przede wszystkim emocje, które musza zawładnąć widzem. To mnie, człowieka "pracującego emocjami" ujęło szczególnie. Niezwykle dla mnie ciekawym spostrzeżeniem, odkrywczym z punktu psychologicznego podejścia aktora do zadania na planie filmowym jest podporządkowanie rytmu montażu do mrugnięć powiekami aktora. Z niezwykłym znawstwem psychologicznym opisuje Murch stany emocjonalne, w których albo mrugamy częściej lub rzadko, nawet wbrew zasadom biologii. Uzależnienie rytmu montażu od tej behawiorystycznego elementu naszej ekranowej obecności jest dla mnie niezwykle pouczające i odkrywcze. Murch z wielkim szacunkiem odnosi się do aktora. Widać, że w jego twórczych poszukiwaniach montażowych aktor zajmuje miejsce szczególne. To tropem jego ekspresji, rytmu wewnętrznego, emocji nawet mrugnięcia powieką powinien podążać montażysta. Z pracy Murcha można też dowiedzieć się wiele ciekawych szczegółów na temat pracy wielkich reżyserów: Francisa Coppoli, czy Freda Zinnemana. Są to cenne spostrzeżenia z fazy pracy tych reżyserów, która nigdy nie jest możliwa do podglądnięcia przez osoby postronne. Faza twórczości dziejąca się w zaciszu montażowni. Z zazdrością czyta polski reżyser jaką ilością materiału dysponował Murch przy "Ojcu Chrzestnym II" czy "Julii". Te fragmenty należałoby dać do czytania obowiązkowego producentom filmowym kiedy zastanawiają się co może przyczynić się do sukcesu artystycznego filmu. Książka ta powinna być obowiązkową lekturą na Wydziałach Reżyserskich i Operatorskich Szkół filmowych.



Recenzja książki: Adrian Szczypiński - Adi
Klub Miłośników Filmu

"Plus przyciąga minus. Negatyw ma swój pozytyw. Czarne i białe. Dobro przeciwstawia się złu. Teza i antyteza. Synteza. Dialektyka!!" - prof. Milczarek w legendarnym wykonaniu Wiesława Michnikowskiego z kultowej "Hydrozagadki", wspiął się tu na szczyty własnego intelektu. Abstrahując od absurdalnie wykręconego kontekstu tej szalonej komedii, produkcja filmu jako żywo przypomina walkę dwóch żywiołów. Mówi się, że każdy film powstaje trzy razy. Podczas pisania, kręcenia i montażu. Scenarzysta po wymyśleniu osi fabuły obudowuje ją postaciami, dialogami i wątkami drugoplanowymi. Skrypt rozrasta się do rozmiarów opasłego tomiszcza. Po przyjęciu do produkcji następuje proces odwrotny, polegający na bezlitosnym ciosaniu wszelkich niepotrzebnych wątków, dialogów i postaci (jeśli twórca tego nie zrobi, wychodzi film rozgadany i za długi, ew. zaopatrzony w pokaźną liczbę scen wyciętych na DVD). Etap zdjęciowy to już prawdziwa walka z żywiołem. Aby zmieścić się w mniej więcej dwóch godzinach finalnej projekcji (ponad 3000 metrów taśmy), standardowy reżyser kręci ponad 30 km celuloidu (za kilka lat i ten wynalazek zniknie z produkcji filmowej, ale to temat na osobną opowieść). Jeśli jest sprawny, znany i ma producenta zaopatrzonego w serce zamiast liczydła, stać go na niekończące się duble i kilometry zapisu z 10 kamer przy skomplikowanej sekwencji akcji. Jeśli nie, z bólem serca musi amputować wypichcone koncepcje z planu zdjęciowego, albo zadowalać się drugim dublem. Alfred Hitchcock tak dokładnie przygotowywał film przed wejściem na plan, że przy kamerze właściwie nie miał zbyt wiele do roboty, a niewykorzystane celuoidowe ścinki stanowiły ułamek finalnego metrażu. Ale on był wyjątkiem potwierdzającym regułę, z której Stanley Kubrick uczynił znak rozpoznawczy swoich rozpasanych logistycznie, czasowo i metrażowo arcydzieł. Wreszcie cały materiał zdjęciowy ląduje na biurku montażysty, a tu zabawa z filmem zaczyna się właściwie od początku. Dziesiątki kilometrów taśmy, mnóstwo dubli, różnych wersji tego samego ujęcia, niebotyczna góra zarejestrowanych błędów inscenizacyjnych i aktorskich, a obok reżyser z wyniesionym z planu obłędem w oczach i szumem w uszach. Teraz trzeba to wszystko poskładać, żeby cały wysiłek włożony w produkcję był wart tych kilku drobniaków, wydanych przez widza na bilet lub płytę DVD. Nie wspominając o takich detalach, jak założona z góry data premiery, sztab dźwiękowców czekających na udźwiękowienie i postsynchrony pod zmontowany materiał, czy doraźny brak ujęć, równolegle przygotowywanych przez magików od efektów specjalnych.

Montaż to najbardziej unikalna część produkcji filmowej. Przed scenarzystami byli pisarze, przez operatorami malarze i fotograficy. Reżyserzy, aktorzy i scenografowie spalali się w teatrach, zanim wynalazek braci Lumiere przewrócił świat sztuki do góry nogami. Ich pierwsze filmy były prostymi rejestracjami, zgodnymi z ludzką percepcją ciągłego postrzegania rzeczywistości. Nagle okazało się, że za pomocą prostego, nieznanego wcześniej zabiegu zamiany jednego ujęcia w drugie, można dokonywać cudów. Wyniesiona z życia ciągłość zdarzeń została brutalnie zachwiana, lecz, o dziwo, ten zabieg został wyjątkowo gładko przyswojony przez widzów. Prozaiczne nożyczki i klej stały się potężnym orężem, kształtującym odbiór ruchomych obrazów. Proste zabiegi montażowe, polegające na zachowaniu ciągłości akcji, zaczęły ewoluować w kierunku wyrafinowanego środka ekspresji. Dzięki światłej myśli rosyjskich i amerykańskich twórców, proces montażu zyskał iście demiurgiczny status, nie mniejszy od precyzji scenariusza, brawury operatora, wiarygodności aktorów czy geniuszu reżysera. Lew Kuleszow dowiódł rewolucyjnego znaczenia montażu, zestawiając to samo ujęcie z każdorazowo ujęciem innym. Pozbawiona emocji ludzka twarz, zmontowana kolejno z diametralnie innymi obrazami, za każdym razem była przez widza interpretowana inaczej. Dwa niezależnie nakręcone, następujące po sobie ujęcia, zyskiwały nowa jakość dramaturgiczną. Pojawiły się emocje, których scenarzysta i reżyser nie był czasami w stanie przewidzieć.

"Ja nie jestem do myślenia. Ja jestem od klejenia" - te słowa Magdy Teresy Wójcik (montażystka) do Krystyny Jandy (reżyserka Agnieszka) w "Człowieku z marmuru" Andrzeja Wajdy, z całą pewnością nie oddają specyficznej więzi między reżyserem i montażystą, choć, jak pamiętamy, to na barkach doświadczonej montażystki spoczywał dobór archiwalnych materiałów o Birkucie, oglądanych z zapartym tchem przez nerwową panią reżyser. Montaż to nie jest składanie do przysłowiowej kupy materiału zdjęciowego. Przynajmniej nie tylko. Montaż to myślenie, to mozolne poszukiwanie prawidłowości. Najpierw wśród chaosu materiałów zdjęciowych. Gdy chaos zostanie okiełznany, a nieudane ujęcia wylądują w koszu, rozpoczyna się wieloetapowy wyścig na końcu którego widz otrzymuje produkt, który wg założeń twórców powinien zapamiętać i odróżnić od setek innych. Jak to się robi? Nie ma jednej definicji udanego montażu. Inaczej swoje filmy składał Charlie Chaplin, inaczej Orson Welles, inaczej Andriej Tarkowski, inaczej Michael Bay. A każdy z nich, pomimo oczywistych różnic, osiągał zamierzony efekt. Ten sam montażysta, zatrudniony kolejno przez reżyserów z odmiennych artystycznie bajek, potrafi złożyć filmy zgodnie z ich intencjami. I w drugą stronę - dwaj równolegle pracujący nad tym samym filmem montażyści, są w stanie zrobić z identycznego materiału dwie zupełnie inne opowieści. Jak to możliwe?

Na te pytania odpowie książka "W mgnieniu oka. Sztuka montażu filmowego" Waltera Murcha, opublikowana nakładem Wydawnictwa Wojciech Marzec. Kim jest Walter Murch? Zacznijmy od tego, że nazwisko montażysty nie przykuwa uwagi podczas napisów początkowych, lub końcowych. W końcu kto zaprząta sobie głowę nazwiskiem przy funkcji "film editor" lub "edited by", gdy na całej szerokości ekranu widnieje nazwisko aktualnej supergwiazdy Hollywood? Ewentualnie siłą rozpędu można dostrzec nazwisko Michaela Kahna, niezmordowanego weterana filmów Stevena Spielberga, człowieka, który za montaż "Poszukiwaczy zaginionej arki", "Listy Schindlera" i "Szeregowca Ryana" otrzymał w pełni zasłużone Oscary. Inne nazwiska umkną oczom i pamięci. A teraz małe audiotele - kto pamięta "Ojca chrzestnego", "Czas apokalipsy", "Uwierz w ducha", "Angielskiego pacjenta", czy "Wzgórze nadziei"? Królewski zestaw filmów wybitnych i/bądź oscarowych (jedno nie zawsze idzie w parze z drugim, niestety). Wszystkie w/w filmy zmontował Walter Murch. Gdyby to był scenariusz, teraz musiałaby nastąpić 5-minutowa scena owacji na stojąco. Jego książka, stanowiąca zapis wykładu na temat montażu filmowego, wygłoszonego w australijskim Sydney w 1988 roku, dwukrotnie uzupełniona w latach 1995 i 2001, to prawdziwa uczta dla adeptów montażu, historyków sztuki oraz techniki klejenia i cięcia, a także dla pasjonatów kina, którzy kiedykolwiek zastanawiali się, dlaczego jedne cięcia wywołują dreszcz emocji, a drugie nie. Warto od razu zaznaczyć, że nie jest to metodyczny przewodnik, jakim było wcześniejsze wydawnictwo tej oficyny "Jak napisać scenariusz filmowy". Walter Murch, człowiek, który na montażu zjadł przysłowiowe zęby, nie oferuje gotowych, ściśle zdeterminowanych rozwiązań, gdyż takowych nie sposób udzielić. O wartości jego wykładu decyduje podana nad wyraz przystępnym językiem filozofia hierarchii filmowych części składowych. Przed lekturą wydawać sie może, że czynnikiem nadrzędnym jest rytm i podążanie cięć za akcją. Walter Murch przekonująco wyjaśnia, że najważniejsze są emocje. Zarówno te, towarzyszące bohaterom, jak i widzom. Mimo, że montaż to przede wszystkim czynność techniczna, to jej zadaniem jest jak najlepsze wyciągnięcie na pierwszy plan psychologicznych niuansów opowiadanej historii. Dopiero wtedy można skupić się na warsztatowej sprawności i pozwolić sobie na brawurę wykonania 10 cięć w ciągu 5 sekund. Opierając się na zaskakująco trafnych porównaniach z najprzeróżniejszymi aspektami otaczającego nas świata (czy ktoś pomyślał o tym, że udany montaż powinien być w pewnym stopniu odzwierciedleniem... mrugania oczami, o czym informuje już sam tytuł?), Walter Murch z iluzjonistyczną wprawą redaktorów z National Geographic, gładko i lekko serwuje czytelnikowi całe spektrum trudnej, hermetycznej i fascynującej sztuki montażu filmowego. W dodatku na konkretnych i wyjątkowych przykładach, m.in. dwuletniego okresu montażu "Czasu apokalipsy", przy którym Walter Murch i jego współmontażyści musieli przebrnąć przez 230 godzin materiału.

Sporą część publikacji wypełnia refleksja nad zagadnieniami czysto technicznymi. Walter Murch to chodząca encyklopedia techniki montażu obrazu i dźwięku. Dodać bowiem należy, że jako jeden z nielicznych, najbardziej liczących się montażystów, jest mistrzem składania zarówno taśmy filmowej, jak i taśmy dźwiękowej (za "Angielskiego pacjenta" otrzymał Oscary za montaż obrazu i dźwięku). Zaczynając pracę w 1965 roku, doświadczenie zdobywał właściwie na każdym montażowym wynalazku, poczynając od klasycznych stołów Moviola i KEM, poprzez pierwsze, prymitywne rozwiązania analogowo-cyfrowe, aż do oszałamiających możliwościami komputerowych systemów Avid i Lightworks. Przyznam się, że przy czytaniu rozdziałów o ewolucji techniki montażowej, bardzo pomogło mi moje skromne, dziewięcioletnie doświadczenie montażysty. Uwzględniając wszelkie proporcje, przeszedłem nieco podobną drogę, od magnetowidów S-VHS, poprzez prymitywną kartę video z liniowo dodawanymi efektami, aż do stacji Matrox RTX-100 i programu Adobe Premiere Pro 1.5. Każde kolejne rozwiązanie otwierało nowe, nieznane wcześniej możliwości kreacji. Pomimo lat i sentymentu żywionego dla tradycyjnego stołu montażowego z gilotynką i taśmą klejącą, Walter Murch jest entuzjastą nowych technik cyfrowych, których analiza jasnych i ciemnych stron zajmuje 50% książki. W odróżnieniu od jej pierwszej połowy, wykład o cyfrowym montażu wymaga od czytelnika jako takiego pojęcia o czysto technicznych aspektach pracy montażysty. Ktoś, kto nigdy nie widział na oczy Premiere'a, Final Cuta czy Avida, nie odbierze w sposób pełny wszystkich fachowych uwag Murcha, przynajmniej nie za pierwszym razem. Choć z drugiej strony, ja sam Moviolę widziałem tylko w telewizji, a mimo to nie miałem większych problemów z pobieżnym zwizualizowaniem sobie pracy przy takim sprzęcie. Wszystko dzięki stylowi Murcha, dalekiemu od belferskiego dyktowania suchych formułek. Jego wykłady przypominają po prostu doskonale zmontowany film, z montażystą w roli głównej, maszynami w rolach drugoplanowych, scenariuszem, stanowiącym podróż po historii kina i kilkoma kulminacjami w momentach znaczących przełomów technologicznych. A wszystko to jest w udany i zrozumiały sposób prezentowane przed niespodziewającym się treści widzem. Można tylko przyklasnąć entuzjastycznemu wstępowi do książki, autorstwa samego Francisa Forda Coppoli, zachwycającego się sposobem przekazywania wiedzy przez Waltera Murcha. "W mgnieniu oka. Sztuka montażu filmowego" przypomina barwne gawędzenie bajkopisarza, który z podziwu godnym entuzjazmem i fachowością odsłania tajniki magicznej sztuki montażu.

POWRÓT DO WYBORU | STRONA GŁÓWNA