LEKSYKON FILMOWEGO HORRORU
 Autor: Bartłomiej Paszylk

Recenzja książki: Piotr Kocoń - Burial
Klub Miłośników Filmu, 30 kwietnia 2011
piotr.kocon@go2.pl

Samotna, drewniana chatka, której powstanie datowane jest na rok, w którym w krakowskim Domu Katolickim odbył się wiec protestacyjny przeciw szerzącej się w prasie, literaturze i teatrze pornografii pod batutą między innymi biskupa Sapiehy, wydaje się być miejscem idealnym do oddania się szponom nałogu, z którego nijak wyzwolić się nie mogę. Jeśli dodamy do scenerii niemierzalne ludzkim okiem połacie górskiego, dzikiego lasu, mamy miejsce więcej niż idealne, albowiem określane w terminologii osadniczej jako to, którego dotknął palec boży. Wraz z nadejściem szarugi zmierzchu, w powietrzu daje się odczuć pewien nieopisany niepokój, u jednych, bogobojnych osadników zwiastujący nadejście pory mroku, kiedy najlepiej zamknąć wierzeje domostwa i czekać niecierpliwie świtu, u innych zaś czas, w którym wskazane jest małe, filmowe co nieco. Mając niewątpliwą przyjemność przeniesienia się z dużego miasta w miejsce dzikie, spokojne i odludne, do łask wróciło małe zboczenie filmowe, jakim jest uwielbienie dla wszelkiego rodzaju dzieł, w których główne skrzypce gra jakaś strzyga, wampirek, rekin ludojad, agresywny diabeł tasmański, bezlitosny morderca niewiast - słowem do kina mającego widza straszyć i wgniatać w fotel. Jak wiadomo, aby to się w pełni udało, muszą być spełnione odpowiednie ku temu warunki - atmosfera, czas, liczba osób w zasięgu wzroku, włączona i będąca na pełnych obrotach wyobraźnia. Wszystko zawsze było, brakowało jedynie miejsca - wiadomo, miasto nie lubuje się w ciszy, nie spowija go całun ciemności, no, chyba że jakaś miejska elektrownia stwierdzi, że znudziło się jej bycie elektrownią i postanowi spróbować czegoś nowego, ale jak wiadomo, bez prądu ciężko jest zainicjować działanie telepatrzydła. Ale do rzeczy - miejsce mam obecnie idealne. Ciemność, spokój, cisza, czasem przerywana westchnieniami i poskrzypiwaniem starego domostwa. Pozostaje jedynie problem, co włożyć w wiecznie głodną paszczę odtwarzacza?

Problem po części rozwiązuje niejaki pan Bartłomiej, podsuwając pod nos szukającego krótki, praktyczny przewodnik po świecie filmowej makabry. Krótki, choć gatunek ten, jeden z pionierskich w historii kina i bądź co bądź zwiastujący w wielu przypadkach niewielką rewolucję, jest gatunkiem obszernym, po brzegi wypełnionym tytułami mniej lub bardziej udanych produkcji. Są perełki, rzeczy budzące autentyczny strach, które w najlepszych dla siebie i kina czasach siały spustoszenie w umysłach przerażonej gawiedzi, znajdzie się też, niepokojąco często ostatnio, coś, co smakuje jak odchody chomika i mniej więcej też tak wygląda. Ogarnąć temat jest niezwykle trudno. Dlatego też w tym ambarasie z nieskrywaną uciechą przyjąłem pomocną dłoń, trochę oślizgłą, trochę pomarszczoną, zakończoną szponami, łaknącymi wyrwania kawałka soczystego mięsiwa z okolic karku. Niczym dłoń tajemniczego gościa spod łóżka, czy lokatora szafy, wychodzącego w przestrzeń pokoju w czasie pełni księżyca, łapiąc moją baniastą łydę, sprawiała, że serce me zaczynało bić w tempie szybszym niż czas Kubicy na pętli toru Hungaroring. Nie żeby była sama w sobie straszna - to, co wpędzało w ruch mechanizm przerażania, odzwierciedlało się w pogrubionych tytułach poszczególnych dzieł. Te, które widziane lat kilka temu, lecz z premedytacją schowane gdzieś głęboko, po delikatnym przypomnieniu wracały na ekran wyobraźni, jeszcze mocniejsze, wyraźniejsze i bardziej druzgoczące - wszystko za sprawą lat, lęków i zdobytych doświadczeń, oraz te, które zwiastowały niepokojącym tytułem, tudzież nazwiskiem reżysera nadciągającą niczym huraganowa burza grozę, zamieniały mój tyłek w nos królika. Lektura poszczególnych stronic leksykonu pomogła mi wrócić do czasów, w których człowiek po seansie filmu bał się nawet pierdnąć, bo strasznym wydawał się nawet odgłos inkryminowanego bąka, do lat pacholęcych spędzanych co noc na sprawdzaniu jakaż to straszna mara zaczaiła się pod łóżkiem i jakie niecne zamiary wysnuwać zamierza w stosunku do trzęsącego się gówniarza zawiniętego w pachnącą strachem pościel. Wspaniałe. Ale nie do końca - jak to zwykle z leksykonami bywa, wiele rzeczy zostało pominiętych, celowo lub nie, nie mnie w to wnikać. Uwarunkowane było to zapewne formatem i ilością dostępnego miejsca, ale być może doczekamy się w przyszłości równie ciekawego suplementu pozycji autorstwa pana Paszylka.

Mamy tu do czynienia z posegregowaną chronologicznie listą tytułów, które w mniemaniu autora zasłużyły na miejsce w małym informatorze dla grozomaniaków. Krótkie recenzje opisujące w sposób krótki zarys fabularny, później próba wejrzenia w to, o co chodziło twórcom, słów kilka o momentach szczególnych, scenach trwale zapisanych w annałach filmowych dokonań, a także o rzeczach, które zasługują po latach na napiętnowanie, czy to za swoją infantylność, czy po prostu za to, że nie wyszły jak trzeba. Kończy się to bardzo ciekawym, choć krótkim, zestawieniem dla kogo lub nie dla kogo, dana pozycja jest lub nie jest. Trzeba przyznać, że dobór filmów udał się autorowi dość dobrze - postawił słuszną tezę, że należy uwzględnić rzeczy, które były czymś więcej, niźli przysłowiową premierą kinową. One kształtowały gatunek, wyznaczając mu trendy, kształtując gusta, a także były swoistą ściągawką dla wielu późniejszych naśladowców. Mamy tu klasyczne przemieszanie podgatunków horroru - gore, giallo, slasher, epoka zombie, kino wampiryczne i to spod znaku wyjącego wilka. Wszystko zasłużyło się w rozwoju gatunku, stawiając swoją małą cegiełkę na fundamencie kina grozy. Razem zebrane dają obraz tego, w jaki sposób kino ewoluowało i w jaki sposób nadal to robi.

Zawsze byłem sceptycznie nastawiony na wszelkiego rodzaju leksykony, albowiem wychodziłem z założenia, że wszystkie je można o kant dupy potłuc. Zawsze pominięte zostanie coś co lubię, a wyniesione na piedestał coś, co w moim subiektywnym przekonaniu nadaje się do tego tak, jak szambiara na stację kosmiczną. A tu małe zaskoczenie - do większości tytułów przyczepić się nie mogłem, zatem przyjemność doszukiwania się dziury w całym musiała ustąpić miejsca innemu rodzajowi przyjemności. Zaliczania pozycji z listy, które do tej pory skutecznie uchylały się przed moim wzrokiem, jak i tych, którym się to kiedyś nie udało. I ta przyjemność, w scenerii mojego małego sanktuarium, do którego nie sięga sępi wzrok sąsiada z naprzeciwka, jest najlepszą zaletą i jednocześnie rekomendacją owej książki. Otwiera oczy na gatunek często traktowany po macoszemu, w sposób niejednokrotnie dowcipny pokazując nam nieznane oblicze filmowego horroru.

POWRÓT DO WYBORU | STRONA GŁÓWNA