Krótkie spięcie

WONDER WOMAN tylko dla kobiet. Bez facetów lepiej się ogląda?

Autor: Berenika Kochan
opublikowano

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak różni się postrzeganie superbohaterek na ekranie przez mężczyzn i kobiety? Mężczyźni ponoć automatycznie dokonują seksualizacji (nie tylko dla wygody wojowniczek te skąpe lub superdopasowane stroje), kobiety natomiast utożsamiają się, ulegają sugestii „mam tę moc”. A jeśli doświadczają filmu w gronie „women only”, wrażenie jest ponoć o wiele wyraźniejsze.

Popremierowe seanse Wonder Woman „tylko dla kobiet” zorganizowała znana amerykańska sieć kin studyjnych Alamo Drafthouse. Uczestniczące w nim panie przeżyły „jedno z najpiękniejszych doświadczeń filmowych w swoim życiu”. Obyło się bez zakłóceń, choć teoretycznie mogłyby się zdarzyć. Pokazy były bowiem dostępne dla każdego, kto identyfikuje się jako kobieta, bez względu na płeć biologiczną. Obsługa wydarzenia (w całości żeńska) kontrolowała wchodzących przez bramki.

Idea pokazów nie spodobała się sędziemu Stephenowi Clarkowi, który złożył na organizatorów skargę. Podparł ją obowiązującym w Austin przepisem z kodeksu miejskiego, zabraniającym wydarzeniom publicznym ograniczania udziału ze względu na płeć czy rasę. Środowiska feministyczne odpowiadają: gdyby wyświetlano Magic Mike’a, nikt by się nie burzył.

Właściwie to seanse „tylko dla pań” filmów o znanym chippendalesie również miały miejsce. Na podobnej zasadzie wyświetlano już wiele innych tytułów, a wzburzenie nad tym jednym tylko potwierdza, że równouprawnienie w kinie, i na ekranie, i przed nim, nie idzie w dobrym kierunku. Londyńskie seanse hollywoodzkiego hitu Supergirl w reżyserii Jeannot Szwarc w wersji „women only” odbywały się już w roku premiery filmu, 1984. Co ciekawe, było to wydarzenie, choć cieszące się dużą popularnością, to niekontrowersyjne i oczywiste – londyńskie kina zaczęły wtedy wprowadzać do swojego repertuaru seanse wyłącznie damskie. Nie tak liczne, bo i filmów dopasowanych tematycznie, z przewodnią rolą żeńską, było mało. Wyświetlano m.in. Nie jestem aniołem z 1933 roku, a wyłącznie dla czarnoskórych kobiet Murzynkę pani X z 1966 i Emitaï z 1971 (obydwa w reżyserii Ousmane Sembene).

Podobne projekcje odbywały się już w latach 60. XX wieku w Hong Kongu. Baby Doll Elii Kazana czy The Most Beautiful Woman in the World łączono z pokazami bielizny czy makijażu.

Niektóre kobiety twierdzą, że na seansach filmów akcji czy science fiction czują się nieswojo w męskim towarzystwie. Czują się oceniane spojrzeniem typu „co ona tu robi?”, jakby były nie dość – mądre? kompetentne? lubiące takie kino? – by móc przebywać na sali w trakcie projekcji. Chcą oglądać filmy reżyserowane przez kobiety, traktujące o kobietach wyłącznie w damskim towarzystwie, by nie odczuwać seksistowskich wibracji, nie widzieć śliniących się do superbohaterek mężczyzn, odebrać je wyłącznie w swoim kontekście.

Nie rozumiem tego, ale w porządku. Są zjazdy motocyklistów, dyskoteki dla gejów i lesbijek, śniadania biznesowe. Są osoby, które lepiej czują się w towarzystwie o tych samych zainteresowaniach, tej samej płci czy narodowości. Czy problemem jest dla mężczyzny kupić bilet na wyświetlaną na tysiącach „normalnych” pokazów Wonder Woman? Raczej nie. Niech się feministki gromadzą. Na tym polega magia kina, że każdy widzi w nim co innego.

Ale… Czy obecne na seansach lesbijki również nie seksualizują Gal Gadot? Zresztą, kto mógłby się oprzeć uroczemu uśmiechowi Izraelki?

Ostatnio dodane