Krótkie spięcie

UMIEMY, ALE NIE CHCEMY. O przyszłości i przeszłości w polskim kinie

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Z jednej strony – jest wspaniale. Mamy w końcu Oscara (fizycznie ma go chyba Paweł Pawlikowski albo Piotr Dzięcioł, ale mentalnie mamy go przecież my, Polacy, którzy Pawlikowskiego kochamy lub nim gardzimy), mamy wielki sukces w Cannes (po raz kolejny Pawlikowski, wyrastający na największego współczesnego reżysera polskiego). Mamy znakomite Córki dancingu Smoczyńskiej, boskich Bogów Palkowskiego, ukochaną Wisłocką, nie najgorszego Najlepszego. Zmasakrował nas Wołyń, rozbawiło Disco polo, poruszyło Miasto 44, rozsierdził Jack Strong, zamurowały losy Ostatniej rodziny. Co mają wspólnego wszystkie największe artystyczne i komercyjne sukcesy polskich filmów?

Wszystkie powyższe są biografiami, filmami o wojnie/PRL-u albo biografiami o ludziach żyjących w tamtym czasie. Historia, „fakty autentyczne”, martyrologia zawsze były dominantą polskiego kina, które od wielu, wielu lat radzi sobie bez wyzwolonego, gatunkowego podejścia do tematu. Po drugiej stronie barykady stoją zaś, w większości, komedie romantyczne i filmy Vegi, które są prawdziwym fenomenem – ale również nawiązują do rzekomej prawdy o różnych środowiskach, które nie-incognito infiltruje reżyser.

Polski film sci-fi z lat 80. Można? Można. Refn by się jarał, to pewne.

* Poniższe stwierdzenia, szacunki i opinie dotyczą tylko i wyłącznie filmów polskich i polskiej widowni. Zagranicznych filmów w polskich kinach nie biorę pod uwagę.

Jako Polak jestem dumny z tego, że Polki i Polacy opanowali mistrzostwo filmowego rzemiosła. Wartości produkcyjne naszych filmów są obiektywnie bardzo wysokie. Mamy świetnych operatorów, ciut słabszych montażystów, kilku scenarzystów o wyczuciu i wrażliwości godnej literackich mistrzów oraz sztab młodych reżyserów, którzy co i rusz udowadniają, że można w naszych warunkach nakręcić znakomity film, w dodatku operujący siłą przemyślanego obrazu, a nie schematycznymi, stockowymi kadrami. Mamy też widzów, którzy wydają się być podzieleni wielką schizmą. Stosuję tutaj uproszczenie (by nie zajmować więcej czasu i miejsca niż to naprawdę niezbędne), ale, tak na oko, 3/4 stałych bywalców kina chodzi na Vegę, komedie romantycznie i biografie, 1/2 na Smarzowskiego i „coś ciekawego, bo mówili/pisali o tym”, a 1/4, albo i nawet 1/5 wybiera filmy ze względu na inne kryteria, kierując się na przykład interesującą ekipą czy oryginalnym tematem. Wszystko to razem daje oczywiście więcej niż 100%, ale zauważmy, że te grupy miejscami się przenikają. Nawet i największy fan arthouse’u pójdzie raz na jakiś czas zobaczyć Smoleńsk – choćby z samej ciekawości.

Taki rozkład popytu dyktuje podaż i wytwarza zapotrzebowanie na określony typ scenariuszy. Wystarczy krótki research, by zauważyć, że najwięcej dofinansowań na każdym szczeblu dostają teksty oparte na prawdziwych historiach, PRL-owskich realiach lub prawdziwych życiorysach. Kultywowanie historii i rozliczanie się z przeszłością to oczywiście jeden z filarów tworzenia sztuki w ogóle, ale sztuka współczesna, jak sama nazwa wskazuje, powinna być współczesna (to oczywiście żarcik, jestem świadomy referencji w tym związku). Chodzi o to, że jeśli dalej tak pójdzie, to za około, dajmy na to, dziesięć czy dwadzieścia lat, okaże się, że okres 2015-2025 w polskim kinie to okres, z którego żadne filmowe świadectwo „współczesności” po prostu nie istnieje, albo istnieje w formie zupełnego marginesu. Nie znalazł się bowiem żaden producent, reżyser czy scenarzysta, który wykazałby się inicjatywą nie tylko w kwestiach formalnych, ale także tematycznych.

W kraju gangsterów nie ma ani jednego reżysera kina akcji?

Konkretnie: pomyślcie o dobrej polskiej komedii nie-romantycznej z ostatnich paru lat. Zwykła komedia, która ma bawić. Nie musi być wybitna. Ale jest haczyk: nie może być „historyczna”. Zostają: Atak paniki (przyjęty średnio, chociaż za parę lat może być odkryty na nowo) i Cicha noc, może jeszcze Moje córki krowy. Zostaje też zbrodniczo olany Kamper. Dalej: film kryminalny. Znowu – nie może dotyczyć PRL-u. Powiedzmy, że Ziarno prawdy. O rasowy thriller i horror nie pytam (a nie, przepraszam – mamy Demona i samobójstwo reżysera tuż po premierze…). Przygodowy/familijny: zero. Kostium? Akcja? Sensacja? O gatunkowości w ogóle mówić nie możemy, ale nawet ten uwierający, dziwny i niedający się sklasyfikować arthouse rzadko korzysta z możliwości, których dostarcza nam współczesność i historia inna niż socjalistyczny ucisk i wojna światowa. Pojedyncze tytuły od Kuby Czekaja czy Tomasza Wasilewskiego tylko potwierdzają regułę, w dodatku gros polskiej publiki po prostu nie jest nimi zainteresowane.

Popatrzmy na tematy: moralne problemy służby zdrowia (dramat obyczajowy). Przepracowani policjanci (thriller). Bestiariusz polski i tajemnice kościoła (horror). Problemy mieszkaniowe i finansowe studentów (komedia). Startupy, młodzi przedsiębiorcy, realia biznesu (komedia obyczajowa). Wojny grafficiarzy (akcja). Emigracja, praca na czarno (kryminał społeczny). Życie błazna na królewskim dworze (kostiumowy/przygodowy). Relacja między szlachtą a parobkami (komediodramat kostiumowy). Polscy naukowcy na tropie sensacyjnych odkryć (thriller sci-fi). To garść pomysłów spisanych na szybko. Argument, że sci-fi jest drogie odrzucam na starcie i polecam seans czegoś od Żuławskiego lub Szulkina, albo nawet przeanalizowanie ilości efektów specjalnych w Powrocie do przyszłości.

Czy byłoby to ogłupianie kina? Absolutnie nie! Przecież przygodowa komedia może mieć wspaniale mądry przekaz, a film historyczny lub zaangażowany społecznie razić idiotycznością. Najważniejszy jest balans, dystans i wyczucie, których polskim filmowcom nie brakuje. Mam tylko nadzieję, że u progu kinowej dojrzałości Polska przestanie jedynie rozliczać się z historią i doszukiwać tematów w sentymencie do dat, postaci i wydarzeń, a zacznie wytwarzać nowy rodzaj kinowych przeżyć. Nawet jeśli ¾ publiczności pójdzie na Vegę, to pozostałym też należy się coś z życia.

Ostatnio dodane