Krótkie spięcie

Stereotypy w kolorze żółtym. Hollywood mówi „nie” Azjatom

Autor: Berenika Kochan
opublikowano

Publicyści poruszają ten temat cyklicznie, jakby przy okazji walki o reprezentację w filmach osób czarnoskórych. Ok, o #BlackLivesMatter zrobiło się głośno, jednak whitewashing wypiera z ról pisanych specjalnie dla nich (?) również inne mniejszości. Jak w Ghost in the Shell, Wielkim Murze czy Witamy na Hawajach, Azjatów.

Tym razem dyskusja przybrała na intensywności, bo chodzi o kolor najważniejszy – zielony. Wymienione powyżej filmy nie zarobiły tyle, ile powinny, nie stały się wielkimi hitami i producenci dociekają: dlaczego? Może przybranie przez hollywoodzkiego znanego aktora (przecież skośnych oczu mu nie zrobimy) azjatyckiego nazwiska nie wystarczy, by film się sprzedał? A może dobrych azjatycko-amerykańskich aktorów po prostu nie ma?

Są. I jak się okazuje, chodzą po Krainie Snów (pozwolę sobie na wstawkę świąteczną) od Annasza do Kajfasza.

Jenna Ushkowitz w Glee

Na castingi do ról prawników, lekarzy, informatyków, terrorystów, masażystek, prostytutek. Do ról pobocznych. Jeśli mają szczęście, zostaną jednym z Power Rangers, członków klubu Glee czy ekipy studentów matematyki, którzy znaleźli sposób na trzepanie kasy w blackjacka. To z filmu 21, przedstawiającego losy owej grupy, która w rzeczywistości składała się głównie z uczniów azjatycko-amerykańskich. Azjatom przysługują w Hollywood role drugoplanowe, epizodyczne, czasami tworzone dla odhaczenia punktu „różnorodność rasowa”. Mam wrażenie, że na takiej samej zasadzie, jak każdy popularny serial powinien mieć swojego geja, powinien mieć również Azjatę. Koreańczyka, Hindusa, Pakistańczyka, wszystko jedno.

Byung-Hun Lee, znany z G.I. Joe czy Siedmiu wspaniałych, południowokoreański aktor z 25-letnim doświadczeniem w branży, mówi o karierze w USA:

Czuję się, jakbym zaczynał od nowa.

Czy gdyby w Ameryce mieszkał od urodzenia, byłoby mu łatwiej? Może odrobinę. Na pewno z trudnością przyszłoby mu zdobycie roli wiodącej. Nawet w pełnometrażowej, live-action adaptacji anime – a te, wydawałoby się, przepełnione są nawiązaniami kulturowymi (które swego czasu wskazywałam w odniesieniu do Death Note, kolejnej wybielonej przez Hollywood historii).

Reżyser nie zatrudni w roli głównej aktora-Azjaty ot tak. Nawet, a może zwłaszcza, świetnie mówiącego po angielsku z amerykańskim akcentem, żyjącego w kulturze USA od urodzenia. Dlaczego? Jego twarz jakby sama z siebie opowiada już inną historię. To wynik zakorzenionych głęboko w kulturze Zachodu stereotypów: kawaii lolitki, Chińczyka skrzypka, Pakistańczyka terrorysty, skośnookiego geeka, Tajki masażystki ewentualnie pracownicy salonu z pijawkami etc. etc.

Piękny Dev Patel

Wyjątki tylko potwierdzają regułę. Deva Patela, choć to Azjata brytyjski, doceniono w Ameryce. Zaczynał jednak od roli nieco na doczepkę. W Kumplach (znanych lepiej pod nazwą Skins), zgodnie z regułą, że powiew egzotyki w serialu jest potrzebny. Wsławił się oscarowym Slumdogiem – bo trudno, żeby rolę Hindusa w kręconym w Indiach filmie, w otoczeniu w całości indyjskim, przyznać białej twarzy. W 2017 Patel nominowany został do Oscara dla najlepszego aktora drugoplanowego za rolę szukającego domu rodzinnego Saroo w Lionie. Bo też trudno, żeby w tworzonej z takim rozmachem historii na faktach obsadzić białego człowieka. Do takiej roli tylko sprawdzony, popularny już aktor.

Korzystający ze swoich pięciu minut Hayden Szeto

W sieci znajdziemy mnóstwo zestawień „najlepszych aktorów azjatyckoamerykańskich”. Należą do nich m.in. znany z porządnego teen-movie The Edge of Seventeen Hayden Szeto, który jako drugoplanowiec skradł w filmie debiutującej reżyserki Kelly Fremon Craig ekran. Czy też Ludi Lin, zniewalający czarny wojownik w Power Rangers. Dziennikarze prorokują – po tych aktorach można się w przyszłości wiele spodziewać.

Czy będzie im dane wystąpić w neutralnej rasowo roli w filmie dużego formatu?Czy zaszczyt ów spotyka jedynie azjatyckie jednostki wybitne, mieszane w stronę zachodnią, ładne według naszych kryteriów? Nie bez powodu mianem jedynego amerykańskiego aktora, który w Hollywood równa się z amerykańskimi, określa się pana ze zdjęcia tytułowego.

Hollywood stawia na wszystko, co sprawdzone, a o czym decyduje liczba sprzedanych biletów. Publicyści i dziennikarze mogą bić pianę, ale… oni na seanse zazwyczaj wchodzą za darmo.

Ostatnio dodane