Krótkie spięcie

107 tysięcy widzów na SMOLEŃSKU. Co za porażka…

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

A jednak. Filmowy paździerz o nazwie “Smoleńsk” w kinach przepadł. Jedynie 107 tysięcy widzów w pierwszy weekend to dla najbardziej oczekiwanej premiery roku, o której mówili wszyscy i wszędzie, od prawa do lewa – to ewidentna porażka.

Film Antoniego Krauze widzowie zignorowali. Dystrybutor (Kino Świat) rzucił do kin 300 kopii filmu, więc nie można powiedzieć, że “Smoleńska” nie można było obejrzeć. Można było, zarówno w mniejszych kinach, jak i sieciówkach (w tym należącym do Agory Heliosie), ale to nie wystarczyło, aby zapełnić sale kinowe – bo cóż znaczy ledwo 350 widzów na jedną kopię w czasie 3-dniowego weekendu? Wychodzi 120 osób dziennie, czyli jedna mała salka w sieciówce? W tym roku lepsze były „7 rzeczy, których nie wiecie o facetach” „(241 tys. widzów), „Zwierzogród” (231 tys.), „Pitbull. Nowe porządki” (211 tys.), „Deadpool” (206 tys.) i „Planeta singli” (202 tys.).

Podczas pracy nad tym filmem nie ja byłem dyrygentem, nie ja rozdawałem role.

-Antoni Krauze, w wywiadzie dla Dziennika

Nie wierzcie, proszę, w argumenty, że to sukces jak na film niezależny, powstający w niesprzyjających warunkach (rządziła PO), ze złowrogo łypiącym na twórców Putinem, z Unią Europejską starającą się przeszkadzać (Donald, ty draniu!), pozbawiony dotacji PISF i otrzymujący kuksańce  od prawie wszystkich mediów. Po pierwsze, film powstał dzięki prywatnym sponsorom, którzy dobrze wyczuli, z której strony wieje polityczny wiatr. Po drugie, ostatnio miesięcznik Press poinformował o ilości publikacji dotyczących “Smoleńska” – gdyby potraktować je jako reklamę, to mówimy o kampanii rzędu 18 milionów złotych! Ekwiwalent reklamowy jest więc olbrzymi. O Smoleńsku można było przeczytać przed premierą w każdej gazecie, był w głównych wydaniach dzienników telewizyjnych, radio poświęcało wiele dyskusji, internet żył tą produkcją od blisko dwóch lat.

I co? I pstro.

Maciej Pawlicki (po lewej), Antoni Krauze (po prawej),

Maciej Pawlicki (po lewej), Antoni Krauze (po prawej),

Zaklinanie rzeczywistości, które już się gdzieniegdzie zaczęło, nie zmienia faktu, że Smoleńsk przepadł w kinach, a cieszyć dystrybutora może jedynie prestiżowe pierwsze miejsce w box-office, po zdetronizowaniu „Jak zostać kotem”. Jedyne, na co może liczyć producent, to ministerialny prikaz dotyczący wysyłki uczniów do kin. Przepraszam, że powiem to, co powiem, ale trzeba być bezmyślnym, tępym nauczycielem, aby wysyłać dzieci na film kulejący pod tyloma względami, że dziesiątki recenzji nie wyczerpują tematu, będący reprezentantem kiepskiej filmowej roboty i – co zaskakujące – obraz zupełnie bez znaczenia jeśli chodzi o próbę wyjaśnienia okoliczności katastrofy smoleńskiej, przekonania nieprzekonanych i wzbudzenie dyskusji na jej temat. Ot, filmowy gniot, który takim się zapowiadał i spełnił z nawiązką wszystkie pokładane w nim nadzieje, o czym zgrabnie napisał Grzesiek Fortuna w swojej recenzji. Co więcej, w kinach jest właśnie i “Fuocoamare” o uchodźcach, nowy Almodovar, “Komuna” Vinterberga, biografia Milesa Davisa, intrygująca “Destrukcja” – każdy z tych filmów jest obrazem wartościowym, nieoczywistym, dzięki którym młodzież pozna różne oblicza kina (bo nie oszukujmy się, najpopularniejsze są blockbustery), a nauczyciele będą mieli o czym z uczniami porozmawiać.

Czy istnieją, prócz politycznych, jakiekolwiek inne powody, aby zmuszać uczniów do oglądania “Smoleńska”? Jedyne co przychodzi mi na myśl, to pocieszna złośliwość – zobaczcie, proszę, jak się filmów nie powinno robić: jak się nie powinno ich montować, jak kiepsko aktorzy sobie radzą, jak reżyser i scenarzyści nie panują nad całością, jak z każdą minutą wymyka się im szansa na stworzenie niegłupiego, pobudzającego zwoje mózgowe filmu o ważnym, traumatycznym wydarzeniu w historii tego kraju. Zobaczcie i zapłaczcie.

Dlaczego nie udało się podbić kin? Z pewnością kiepskie recenzje zrobiły swoje i większość widzów odstraszyły od filmu (a zachęciły miłośników campu czy dzieł pokroju Sharknado, tych jednak jest niewielu). Pogoda? Na nią zawsze wygodnie zwalić. Gdyby uwzględnić preferencje wyborcze, to elektorat wyborczy PiSu – trochę gorzej wykształcony, w dużej części z mniejszych miejscowości i stanowiący mniejszość w większych miastach – również nie pomógł. Jakby nie było – 107 tysięcy widzów w pierwszy weekend to zaskakująco niewiele i nawet powyższe usprawiedliwienie nie oddaje skali rozczarowania.

Czy film będzie miał “długie nogi”? To zależy w głównej mierze od szkół, o których wspominałem, a także od parafii (ci życzliwi władzy mogą wiele). Pół miliona będzie wielkim sukcesem, ale żeby film z 10-milionowym budżetem mógł na siebie zarabiać powinniśmy mówić o 1,5mln+. Nie ma na to szans. Czyli telewizja? Całkiem prawdopodobne, że TVP zakupi (lub zakupiła) prawa, za co zapłaciła (o ile zapłaciła) na pewno niemało. Dystrybucja dvd, blu – bez większego znaczenia.

Czy się cieszę z porażki “Smoleńska”? Przyznam się, że cieszy mnie porażka filmu zwyczajnie słabego, zrobionego na polityczne zamówienie. Nad “Smoleńskiem” od początku unosił się bowiem propagandowy smrodek i dobrze, że widzowie tego typu produkcjom pokazali środkowy palec. Z drugiej strony, taki film jak “Smoleńsk” – nawet prowadzący do podobnych konkluzji – można zrobić lepiej. Mniej odpowiedzi, więcej pytań – nie przez przypadek “JFK” Olivera Stone’a jest wzorem tego typu zaangażowanego kina i powinien być lekturą obowiązkową dla każdego, kto chce się pobawić w spiski dziejowe. Może warto wypatrywać teraz odważnego, który na poważnie podejdzie do tematu?

PS. Warto przeczytać wywiad z Antonim Krauze w Dzienniku. Niesamowite, jak uznany reżyser dał się wciągnąć w polityczną grę.

Ostatnio dodane