Po kiego mi aberracje, skoro mam gadającego konia? | FILM.ORG.PL

Po kiego mi aberracje, skoro mam gadającego konia?








Jakub Koisz
18.08.2015


Z

serialami to ja mam ostatnio taki problem, że mam je gdzieś. Jestem wręcz pewny, że z powodu mojej arcyignorancji ucieka mi mnóstwo tytułów, ale nie mogę się skoncentrować na większej ilości niż trzy rocznie. Te zostawiane na „kiedyś” są zapewne wartościowe, sprawnie zrealizowane, a może w jakiś mniejszy lub większy sposób rewolucyjne dla gatunków kryminalnych, dramatycznych, komediowych, fantastycznych. No ale nie mogę i już, przepraszam, stresujący dzień, kochanie, czy coś w tym stylu. To chyba związane jest z wiekiem, bo rzeczy, które kiedyś wydawały mi się w serialach najciekawsze, czyli kilkunastogodzinne wycieczki w światy mi nieznane, nie są już żadną wartością, a nawet odwrotnie – nudzą mnie niezmiernie.

Dzisiaj w serialach szukam życia. Nieważne, czy mojego, czy Twojego, czy może jakiegoś szaraka zza Oceanu, ważne, że pozbawionego inności, tropikalności, bo mi te aberracje niepotrzebne.

Nudzi mnie świat biznesu, wielka polityka i antybohaterowie, ziewam, gdy jakiś wojownik w zbroi walczy z lodową poczwarą, a smoki i mafie to mnie nudzą najbardziej. O wiele łatwiej mi rozumieć świat, gdy przyglądam się ludziom z krwi i kości, a człowiekiem z krwi i kości jest dla mnie obecnie telewizyjny… koń.

louie_shitter

I choć dalej uważam „Detektywa” za serial warty uwagi, gdyż nawet spadek jakościowy, który odnotował w drugim sezonie nie przeszkadza mu w byciu dziełem lepszym niż większość bzdur, które przyswajamy codziennie, to jednak w tym roku rządzą u mnie satyry i obyczajówki. Jestem bowiem wielkim fanem tego, co robi z krótkim formatem Louise C.K., czyli scenarzysta, reżyser i aktor w jednym. „Louie” z kolejnym sezonem nie rozczarował, serwując nam nowe porcje celnych obserwacji. Podobał mi się „Daredevil”, ale tutaj zachwyt opiera się na niedowierzaniu, że doczekałem tak poważnej produkcji telewizyjnej opartej na komiksie, bo to dojrzała rzecz, a nie jakieś – cytując moją babcię – fiu-bzdziu banialuki. Wsiąkłem również w perypetie wariatuńciów z „You’re The Worst”, czyli ironicznej komedii o miłości, która dzisiaj ma jakby wpisane w siebie przeświadczenie, że to i tak wszystko o kant dupy rozbić, że się skończy, jednak serial prezentuje te treści z taką klasą i urokiem, że z niecierpliwością wyczekuję drugiego sezonu.

140821_TV_BoJAC.jpg.CROP.promovar-mediumlarge

Te wszystkie produkcje łączy jedno – szukają dobra w codzienności i heroizmu w zwyczajności, a identyfikacja z bohaterami nie opiera się na pobożnych życzeniach, aby być jak ci bogaci, piękni, potężni i źli, ale jednak w tym złu ciekawi. Identyfikowanie się z jakimś bohaterem serialowym to januszostwo, które bawi mnie niczym cosplay grubych dziewczyn przebranych za „Czarodziejki z księżyca”.

Z przerażeniem jednak zauważam, że widzę w sobie trochę nie rozumiejącego już świata Louiego, trochę złośliwego, niespełnionego pisarza Jimmy’ego z „You’re The Worst”, a nawet BoJacka, konia z serialu „BoJack Horseman”, choć tutaj jest się najmniej czym chwalić. BoJack jest bowiem typkiem, który codziennie musi szukać powodów, aby lubić ludzi (czy tam zwierzęta). Gorąco Państwu polecam tę animację, bo to jedna z dojrzalszych produkcji, na jakie ostatnio trafiłem. Tytułowy koń to gwiazda zdjętego z anteny serialu z lat 90., obecnie alkoholik, który uważa, że wydanie swoich pamiętników to jedyny sposób, aby przypomnieć o sobie widowni. Fascynujące w tym serialu jest to, że gdzieś między jedną animacją a drugą zapominamy o kreskówkowym świecie, w którym antropomorficzne zwierzęta żyją obok istot ludzkich i w pełni wsiąkamy w losy BoJacka. Koń z deprechą staje się żywszy niż jakikolwiek bohater „Gry o Tron”. Z czym się tu identyfikować? Ano z konceptem egzystowania w świecie wyzutym z wartości, byciem cynikiem, a jednocześnie szarpać się czasem na zdroworozsądkowe, makiaweliczne czyny, tylko dlatego, że… tak i już. I gra nie toczy się tutaj nawet przez chwilę o zdobycie wielkiej rzecze, nawet i sława zachlanego BoJacka ma wymiar raczej mikro niż makro, ale właśnie dlatego jest to dla mnie ważne. Kocham sceny,w których BoJack ma czas, aby usiąść obok jakiejś postaci i zastanawiać się trochę nad tym, co go otacza. Serial mówi nam o trzecioligowcach tego świata. Polecam więc bardzo, trzecioligowcy.

Myślę, że seriale telewizyjne przeżywają dzisiaj to samo co literatura w XX wieku.

Skończył się okres pozytywistycznej i zachłyśniętej psychoanalizą gatunkowości; nieco trącają już myszką seriale o wielkich sprawach, kręcone z rozmachem, próbujące oczarować krytykę fajerwerkami i rzemieślnictwem, bo dużo wszędzie i głośno wszędzie. Przyszedł czas na mikroświaty, historie wyrwane z codzienności, a nawet pocztówki znad krawędzi, jak te wysyłane nam przez Louie’ego i BoJacka. I dobrze, medycyna, procedurale, opowieści o władzy i zbrodni były idealnym narzędziem ku temu, aby znobilitować mały ekran, aby nie miał kompleksu krótkiej pytki w konfrontacji z kinem, ale o to walczyć już nie trzeba. Seriale znalazły swoje miejsce, nie pretendują już do wielkości w sferze formalnej, czas na te cichsze głosy, ale według mnie – prawdziwsze.

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz











Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu

Następny tekst

Kryptonim U.N.C.L.E.



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE