28 Warszawski Festiwal Filmowy - relacja | FILM.ORG.PL

Sen o warszawie (szósta część relacji)








Filip Jalowski
19.10.2012


Festiwal wkracza na ostatnią prostą. Większość filmów miała już swoją premierę, a jury powoli zbliża się do wydania werdyktów w konkursowych kategoriach. Atmosferę końca wyczuwa się szczególnie na porannych seansach, które na początku zapełniały niemal wszystkie miejsca, a obecnie rzadko zajmują chociaż ich połowę. Klimat udziela się również widzom obecnym w salach projekcyjnych. Coraz więcej osób przysypia podczas seansów (mi również zaczęło się to zdarzać), coraz więcej zniecierpliwionych opuszcza kino w trakcie trwania filmu. Może to jedynie przypadek w doborze filmów, może ogólna tendencja. Ciężko stwierdzić.

Festiwalowy czwartek rozpocząłem od „Pablo” Richarda Goldgewichta. Dokument o Pablo Ferro, który odpowiedzialny jest za wykonanie dziesiątek czołówek filmowych, zwiastunów, komiksów, reklam i bóg jeden raczy wiedzieć czego jeszcze był zdecydowanie dobrym startem. Następnie ciężki i trudny w odbiorze film dokumentalny poruszający kwestie przebaczenia. Zaraz potem bieg na „Zabić czas”, czyli kino rumuńskie mające ponoć dorównywać samemu Tarantino. Podobieństw rzeczywiście sporo, lecz filmowi brak błysku geniuszu obecnego w filmach Amerykanina. Wygląda to raczej na udoskonalającą warsztat zabawę z cudzą stylistyką, a nie autonomiczny film autorski. Obecnie czekam w Multikinie na produkcję o chińskich wielbicielach muzyki rockowej, którzy podążają śladem swoich ulubieńców. Jeszcze nie wiem, czy chodzi o groupies, czy o „normalnych” fanów, zobaczymy. Multikino niemal puste, choć zapewne za kilka godzin znów zaczną ustawiać się kolejki.[pullquote]Po wyjściu z „Pogoni za idolem” byłem zachwycony – jak do tej pory to mój festiwalowy numer jeden. [/pullquote]

Po wyjściu z „Pogoni za idolem” byłem zachwycony – jak do tej pory to mój festiwalowy numer jeden. W kontekście filmu muszę jednak wspomnieć również o niemiłym doświadczeniu. Pani tłumacz, która prowadziła spotkanie z twórcami zdecydowanie minęła się z powołaniem. Jej zachowanie było po prostu niedopuszczalne. Na co drugie zadawane pytanie chciała odpowiadać sama, bez pytania obecnych na sali filmowców, rozpoczynając odpowiedź słowami: „tutaj właściwie sama mogę udzielić odpowiedzi, bo…”. Jako widza nie interesuje mnie to, że tłumaczka mieszkała dwa lata w Chinach i widocznie pragnie podzielić się swoimi doświadczeniami. Absurdalne było również wręcz agresywne odnoszenie się do pytań, które nawet delikatnie odnosiły się do polityki Państwa Środka. Zupełnie niewinne pytania atakowane były przez nią tak, jakby miały na celu obrażenie twórców. Czarę goryczy przepełniło dyskutowanie z samym sensem pytań. W momencie, gdy jeden z widzów zapytał się o odniesienie rzeczywistości filmowej do japońskiej sceny muzycznej tłumaczka niemal nakryła go śmiechem i zaczęła insynuować, że zadane pytanie jest idiotyczne. Totalny brak profesjonalizmu! Wydaje mi się, że łatwiej byłoby rozmawiać z filmowcami po chińsku lub na migi, niż z pomocą tej Pani.  

Wracając do kolejnych seansów, sprawdziły się domniemania na temat wieczornych kolejek. Około godziny osiemnastej Multikino przestaje świecić pustkami. Na „Martwym i szczęśliwym” pojawiło się tyle osób, że część musiała zadowolić się miejscami na schodach (jeden Pan przyniósł nawet ze sobą wędkarskie krzesło). Ostatnim filmem było „Panie, panowie – ostatnie cięcie”, które zapełniło niemal całą największą salę projekcyjną Złotych Tarasów. Sądząc po owacjach publiczność była zachwycona.

Dzisiejszy dzień, pod kątem filmowym, należy do jednego z najbardziej udanych. Zawiódł jedynie „Zabić czas”, po którym spodziewałem się nieco więcej oryginalności. Wszystkie pozostałe filmy stały na wysokim poziomie, a „W pogoni za idolem” oraz „Panie, panowie – ostatnie cięcie” pozostaną w mojej pamięci na bardzo długo, dlatego właśnie od nich zaczynam dzisiejsze recenzje.

 

W POGONI ZA IDOLEM

Peng Lei, Chiny

Na taką niespodziankę czekałem. Jak do tej pory „W pogoni za idolem” jest dla mnie filmem festiwalu. We wstępie sygnalizowałem, że ma opowiadać o chińskich wielbicielach rocka, którzy podróżują wraz ze swoimi zespołami. Ta sytuacja nieco mija się z prawdą. W istocie, najważniejszą postacią filmu wydaje się być nastoletnia Even, która wraz z koleżanką zafascynowana jest lokalnymi zespołami rockowymi. Film nie skupia się jednak na zjawisku „groupies”, czy całkowicie oddanych fanów. „W pogoni za idolem” jest niezwykle wrażliwą, klimatyczną i poruszającą opowieścią o chińskiej scenie rockowej i, przede wszystkim, rozpaczliwej próbie odnalezienia samego siebie.

 

W tle występują prawdziwe zespoły, a aktorzy w większości związani są z pekińskimi zespołami rockowymi. Sam reżyser na co dzień występuje w jednym z najbardziej znanych chińskich zespołów punkowych. Właśnie dlatego czuć, że opowiedziana historia jest prawdziwa. Filmowcom zależy na tym, aby opowiadać szczerze, pokazać siebie i swoich przyjaciół. Fakt ten podkreśla prośba reżysera, który przed seansem poprosił o to, aby tłumaczka przekazała widzom jak ciężko nakręcić w Chinach tego typu obraz i zakomunikowała, że występujący w nim ludzie to prawdziwi muzycy.

Młoda Even krzątając się od lewej do prawej strony ekranu pozostaje w ciągłym zawieszeniu, poszukuje ścieżki, którą chciałaby podążać. Inne postacie, zgrywając się na rockowych pasjonatów,  w istocie również usiłują odnaleźć odpowiedź na pytania związane z własną tożsamością. Wszystko wypada niezwykle przekonująco.

Wśród poetyckich ujęć, całej masy dużych zbliżeń i jazd kamery przedstawiających błądzących po Pekinie bohaterów, wśród gitar Joy Division kupionych na Ebay’u i duchów Cobainów przesiadujących w pokojach „W pogoni za idolem” dotyka tego, co niezwykle ciężko uchwycić w słowach. Ma to „COŚ”, co decyduje o tym, że film jest wielki.

 

PANIE, PANOWIE – OSTATNIE CIĘCIE

György Pálfi, Węgry

Magiczny hołd złożony kinu. Film to klasyczna love story, która składa się z ujęć z ponad pięciuset filmów. Bohaterowie wciąż zmieniają twarze. Raz w rolę kochanka wciela się Marcelo Mastroianni, innym razem Zbigniew Kieślowski, który za moment zmienia się w Ala Pacino lub Klausa Kinskiego. Z kobietami podobnie – w jednej scenie nogę na nogę zakłada Marlene Dietrich, w innej Sharone Stone, a zaraz potem na ekranie pojawia się Scarlett Johansson, Uma Thurman lub Claudia Cardinale. Film łączy ludzi i epoki, kino artystyczne i popularne (film rozpoczyna ostatnie ujęcie Avatara). Gatunek, kraj produkcji i czas realizacji nie mają znaczenia. W filmie Pálfiego wszyscy jednoczą się, aby oddać cześć miłości pomiędzy kobietą, a mężczyzną.

 

Mimo galopady ujęć, setek twarzy i przeplatających się motywów muzycznych „Ostatnie cięcie” nie zmienia się w niezrozumiały bełkot. Dzięki doskonałemu doborowi scen i świetnemu montażowi film ogląda się doskonale. Odgadywanie kolejnych tytułów sprawia taką samą przyjemność, jak śledzenie samej historii miłosnej. Mnie osobiście cieszy natomiast to, że jednym z najczęściej powtarzających się reżyserów był Lynch (zarówno w warstwie wizualnej, jak i muzycznej). Swoje filmy znajdzie tu jednak każdy.

Warto obejrzeć również napisy końcowe. Wśród instytucji, którym dziękują twórcy znajduje się jedna z największych stron torrentowych – isohunt. To wyraźny sygnał, że bez tego typu miejsc ten film by nie powstał.

 

PABLO

Richard Goldgewicht, USA

Każdy kinoman pamięta czołówki takich filmów, jak „Dr Strangelove” i „Mechaniczna pomarańcza” Kubricka, czy „Bullit” Petera Yatesa. Mało kto wie jednak, że za ich stworzeniem stoi Pablo Ferro, bohater dokumentu Richarda Goldgewichta.

Urodzony na Kubie Ferro jako młody chłopak przeniósł się z rodziną do USA. Był rok 1947. W roku 1949 ojciec zostawił rodzinę, a na barkach młodzieńca spoczęła odpowiedzialność jej utrzymania. Właśnie wtedy trafił on do kina wyświetlającego artystyczny repertuar i otrzymał w nim pracę biletera. Z czasem właściciel zauważył, że Ferro ma talent plastyczny i poprosił go, aby stworzył reklamę zachęcającą potencjalnego widza do odwiedzenia sali kinowej. I tak się zaczęło.

 

Życie Ferro to idealny przykład stereotypu szalonego życiorysu artysty. Jest w nim wszystko – wzloty oraz upadki, alkohol i narkotyki, rozstania i powroty, postrzały i seksualne orgie, znani ludzie i typki spod ciemnej gwiazdy. O artyście opowiadają zarówno przyjaciele z dawnych lat, całymi dniami przesiadujący w jego nowojorskim lofcie, jak i członkowie rodziny oraz byłe partnerki  nieco demitologizujący obraz kreowany przez tych pierwszych.

Dokument w dużej mierze składa się z animacji, które wykonane są w stylu przypominającym prace samego Ferro. Krzykliwe obrazy doskonale łączą się z materiałami archiwalnymi, wywiadami oraz rozmowami z samym Ferro, który nie żyje już na takiej stopie, jak miał to w zwyczaju w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Do całości doskonale pasuje również narracyjny komentarz Jeffa Bridgesa.

Ciekawy dokument o ciekawym człowieku.

 

GDY NASTANIE POKÓJ

Miri Laufer, Erez Laufer, Izrael, RPA

Główną bohaterką dokumentu jest matka izraelskiego żołnierza, który został zastrzelony przez palestyńskiego snajpera. Jej syn nie poszedł do wojska z własnej woli i zdecydowanie sprzeciwiał się konfliktowi na linii Palestyna – Izrael. W momencie śmierci był bliski ukończenia obowiązkowej służby wojskowej. Targana emocjami matka wysyła list do zabójcy syna i wyrusza w podróż, która ma pomóc poradzić sobie z sytuacją, w jakiej się znalazła. Wzorem dla jej postępowania stać ma się Komisja Prawdy i Pojednania działająca w RPA. Organizację stworzono po to, aby pojednać osoby stojące po przeciwległych stronach konfliktu w czasie apartheidu.

 

Dokument nie pozwala sobie na żadne wizualne ekstrawagancje. Jest po prostu klasycznym zapisem podróży, rozmów oraz przemyśleń bohaterów. Mimo tego, że idea przebaczenia bez wątpienia jest godna pochwały, to twórcy filmu podkreślają, że nosi ona piętno ambiwalencji. Zauważa to również poszukująca ukojenia matka.

„Gdy nastanie pokój” to bez wątpienia solidny dokument, który usiłuje zachować obiektywizm w sprawie, która aż prosi o zajęcie jasnego stanowiska. Film ogląda się ciężko, ale i ciężko go nie docenić.

 

MARTWY I SZCZĘŚLIWY

Javier Rebollo, Argentyna, Hiszpania, Francja

Płatny zabójca, jak sam wspomina, jest hodowcą guzów nowotworowych. Jeden z nich przetrzymuje w mózgu, inny w trzustce, a ostatni w nerkach. Śmierć w szpitalnym łóżku nie jest tym, o czym marzy. Dzięki układom z seksowną pielęgniarką udaje mu się otrzymać kilkanaście fiolek morfiny. Wraz z nimi wsiada w samochód, którym wyrusza na podróż po Argentynie. Po drodze spotyka kobietę około czterdziestki. Od tej pory w samochodzie zajęte są już dwa miejsca.

Koncepcyjnie film zbliżony jest nieco do „Tam, gdzie rosną poziomki” Bergmana. Z tym, że więcej tu humoru oraz zabawy samym językiem filmowym. Przez cały film towarzyszy nam narrator trzecioosobowy, który opisuje to, co dzieje się na ekranie. Nadaje to filmowi charakter opowieści, które słyszy się przy ognisku lub poznaje się przez ludowe pieśni, które z resztą stanowią ważny element filmu.

 

Mimo tego, że reżyser na każdym kroku usiłuje nas rozśmieszyć, co niejednokrotnie mu się zresztą udaje, to „Martwy i szczęśliwy” jest jednak filmem, który ma na celu coś więcej, niż rozbawienie publiki. Swoisty rachunek sumienia poczyniony przez głównego bohatera w trakcie podróży daje do myślenia. Czy bandyta uległ przemianie, czy pozostał taki sam, jakim był przez całe życie? Czy żałował, czy był zadowolony z tego, jak przeżył swój czas? Czy był silną jednostką, czy słabeuszem uciekającym przed odpowiedzialnością? Wszystkie te pytania pozostają w zawieszeniu, dzięki czemu na twarzy widza prócz uśmiechu pozostaje cień zastanowienia nad tym, co właśnie obejrzał.

 

ZABIĆ CZAS

Florin  Piersic Jr., Rumunia

W pomieszczeniu przebywa dwóch płatnych morderców, którzy oczekują na nadejście kolejnej ofiary. Jeden z nich jest ekstrawertykiem, który nie może znieść nawet chwili ciszy, drugi milczy i odpowiada na pytania jedynie półsłówkami. Im dłużej przebywają razem ze sobą, tym bardziej zaczynają puszczać im nerwy, a atmosfera staje się coraz gęstsza.

 

Film ma być hołdem dla kina Tarantino i rzeczywiście można odnaleźć w nim wiele podobieństw do obrazów Amerykanina. Florin nie jest jednak Quentinem, czuć to od początku aż po plansze końcowe. To, że wstawimy do filmu ekscentrycznych gangsterów, którzy rozmawiają o wielkości członków superbohaterów nie oznacza od razu osiągnięcia poziomu absurdu obecnego w „Pulp Fiction”. Piersic jedynie kopiuje, nie daje nic od siebie. Jego film jest laurką dla mistrza, a te mają to do siebie, że może są ładne i przyjemne, ale raczej kiczowate i nienadające się do wielokrotnego użytku.












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Mel Blanc. Mel kto?!

Następny tekst

SEN O WARSZAWIE (siódma część relacji)



Tagi:

OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE