28 Warszawski Festiwal Filmowy - relacja | FILM.ORG.PL

SEN O WARSZAWIE (siódma część relacji)








Filip Jalowski
20.10.2012


Dobrze, że festiwal się kończy, ponieważ moja twarz jest już rozpoznawana przez pracowników Kinoteki. Kiedy przy wyjściu z „Węgry 2011” wrzucałem do pudełka kartkę z moim głosem usłyszałem od jednej z dziewczyn „dzięki”, a gdy zniknąłem za rogiem dodała „już chyba po raz czterdziesty”. Trochę mi głupio, ale co tam. Podliczając bilety, które trzymam w plecaku muszę przyznać, że jej szacunki są niemal bezbłędne (swoją drogą, serdecznie pozdrawiam ;). Przeglądając festiwalowe relacje obecne na innych stronach oraz obserwując inne osoby przewijające się przez biuro prasowe wydaje mi się, że chyba jedynie ja rzuciłem wyzwanie zdrowemu rozsądkowi i postanowiłem przejść w tryb festiwalowego wariata. Niemniej, zdaję sobie z tego sprawę, więc chyba taki do końca stracony nie jestem.

Dziś ponownie kombinacja klasyczna – poranna Kinoteka i wieczorne Multikino. Z racji tego, że nadszedł weekend w kinach znowu tłumy. Poranek zacząłem od mało udanego czesko-słowackiego filmu „Noc jeszcze młoda”, aby moment później nieco dobić się amerykańskim „Zostań ze mną”. Poziom endorfin odrobinę uzupełnił dokument o somalijskich piratach, lecz już chwilę później na skrajnie niski poziom strąciły go „Węgry 2011”, najbardziej pretensjonalny film festiwalu. Obecnie oczekuję na „Witajcie w Pine Hill”, jeśli opowieść o byłym dilerze poszukującym spokoju wśród gęstych lasów nie postawi mnie na nogi, to odpuszczam ostatni seans i uciekam do domu. Dzisiejszy dzień jest jak dotąd najsłabszy ze wszystkich. 

„Pine Hill” było więcej niż w porządku, dlatego zdecydowałem się na pozostanie na ostatni seans. Decyzja okazała się być jedyną słuszną, ponieważ ostatni film, „Sesje”, okazał się dzisiejszym numerem jeden. Choć zaznaczam, że o ten tytuł nie było dziś zbyt trudno.

Jutro będę naprzykrzał się obsłudze Kinoteki i Multikina po raz ostatni. Późnym wieczorem pakuję się do domu, a festiwalową niedzielę obserwuję ze swojego pokoju.

Parafrazując tytuł jednego z wczorajszych faworytów – „Panie, panowie – dzisiejsze filmy”:

 

SESJE

Ben Lewin, USA

Główny bohater filmu od dziecka choruje na polio. W oddychaniu pomaga mu specjalna aparatura, a jego sylwetka wygięta jest w mocno nienaturalny sposób. Marc posiada czucie we wszystkich partiach ciała, lecz permanentny skurcz mięśni uniemożliwia mu samodzielne funkcjonowanie. Jednym z jego głównych problemów jest brak bliskości kobiety. Pewnego dnia mężczyzna dowiaduje się o istnieniu instytucji seks-terapeutki, która pomaga osobom niepełnosprawnym znajdującym się w jego sytuacji. W trakcie terapii dochodzi do zbliżeń seksualnych, lecz główny cel spotkań ma polegać na uzmysłowieniu osobom takim jak Marc, że ich stan nie oznacza upośledzenia w kontaktach z płcią przeciwną.

Film to w głównej mierze pełne humoru kino gadane. Głównymi rozmówcami inteligentnego Marc’a są lokalny ksiądz oraz Cheryl, czyli jego seks-terapeutka. Marc nie jest kreowany na biedną ofiarę, co często bywa minusem tego typu produkcji, ale swoim temperamentem kradnie właściwie każdą scenę, w której się pojawia (nie zdziwiłbym się, gdyby John Hawkes otrzymał nominację do Oscara). Piszę „prawie”, ponieważ absolutnym mistrzem humoru sytuacyjnego jest w „Sesjach” ojciec Brendan, doskonale zagrany przez Williama H. Macy’ego. Jego rady dotyczące pożycia seksualnego i innego typu kontaktów z płcią piękną z całą pewnością nieco naginają restrykcyjne prawa kościoła katolickiego.

„Sesje”, mimo powagi tematu, ogląda się lekko i z nieniknącym uśmiechem na twarzy. Skąpana w ciepłych barwach i momentami nieco ckliwa opowieść o dziennikarzu chorym na polio nie jest kinem wybitnym, ale z całą pewnością godnym uwagi.

 

NOC JESZCZE MŁODA

Olmo Omerzu, Czechy, Słowacja

W noworoczny poranek przecinają się drogi młodej nauczycielki, dwóch mężczyzn i dwóch uczniów. Chłopcy poproszeni są o kupno wódki, dla pozostałej trójki. Kiedy donoszą trunek do mieszkania kobiety zostają zaproszeni do środka. Nie opuszczają tego miejsca przez całą noc.

Szczerze mówiąc, nie wiem co poeta miał na myśli. Jedyny pomysł, jaki przychodzi mi do głowy, to chęć zrobienia filmu o przekraczaniu granic pomiędzy młodością, a dorosłością. Proces przedstawiony jest jednak tak dosłownie, że nie sposób brać filmu na serio. Dzieciaki stykają się ze wszystkim, co w początkowych fazach życia nęci w życiu dorosłych – seks, alkohol, papierosy, wieczorne imprezy itd. Z drugiej strony poznają jednak i ciemne strony dojrzałości, które dominują atmosferę noworocznej nocy spędzonej w domu nauczycielki.

Nie lubię, gdy mówi się o czymś tak dosłownie, mimo wszystko wciąż siląc się na metaforę (zakładam, że wspominany wieczór ma być metaforą dojrzewania i rozczarowań z nim związanych). Film Omerzu zupełnie mnie nie przekonuje.

 

SKRADZIONE MORZA

Thymaya Payne, USA

Dokument o somalijskich piratach. Reżyser zdecydowanie unika przedstawienia problemu z jednej strony. Przeprowadzając wywiady zarówno z przedstawicielami i współpracownikami piratów, jak i z ich ofiarami stara się wskazać na to, że każda ze stron ma swoje racje.

Szczególnie ciekawym elementem dokumentu jest skupienie się na sprawie rejestracji statków oraz sprawie procesów sądowych. W pierwszym przypadku zauważone zostaje, że armatorzy rejestrują swoje okręty pod banderami państw, które na morzu nie wymagają skomplikowanych procedur i za nadanie prawa do ruchu morskiego pobierają groszowe opłaty. Gdy np. amerykański supertankowiec pływa pod banderą Bahamów może bez problemu lekceważyć restrykcyjne prawa USA, ponieważ podlega prawu pierwszego z wymienionych. Decydując się na taki ruch tracą wsparcie marynarki wojennej (Bahamy lub Libia nie posiadają takiej instytucji), tym samym narażając się na ataki piratów. W momencie porwania statku dla armatora bardziej opłacalne jest zapłacenie okupu, niż wszczynanie procesu sądowego, w trakcie którego statek musi być unieruchomiony w porcie. Koło się zamyka.

Podobnych spostrzeżeń jest w filmie więcej, dzięki czemu wykracza on ponad stereotypy i mówi w temacie piractwa coś więcej, niż słyszy się w mediach. Seans na plus.

 

WĘGRY 2011

Reżyserzy węgierscy, Węgry

Dwa dni temu rozpocząłem dzień od zbioru nowel tajwańskich. Nie byłem nimi zachwycony, lecz nie uważałem projekcji za stratę czasu. Zbiór krótkometrażówek węgierskich wychodzi z tego samego założenia, które przyświecało azjatyckiemu „10+10”. W kilkuminutowych filmach reżyserzy mają opowiedzieć międzynarodowej widowni coś o swoim kraju. Węgrzy, niestety, nie mówią nic ciekawego.

Właściwie wszystkie nowele popadają w pretensjonalność. Wśród nich m.in. duże zbliżenia twarzy wypowiadających „cogito ergo sum” w różnych językach i ckliwe deklamowanie wierszy, któremu w tle przygrywa poezja śpiewana. Właściwie nie trzeba pisać nic więcej.

 

ZOSTAŃ ZE MNĄ

Ira Sachs, USA

Nie lubię dramatów gejowskich, ponieważ niemal wszystkie realizują ten sam schemat. Bohaterowie poszukują prawdziwego związku w świecie, w którym wszyscy nastawieni są jedynie na seks. Kiedy się odnajdują pojawia się widmo HIV, a następnie trudny związek pełen rozstań i powrotów.

Przed seansem Sachs wspominał, że film jest dla niego bardzo osobistym doświadczeniem, co również z reguły słyszy się w kontekście tego typu produkcji. Zupełnie nie znam tego świata, dlatego nie wiem na ile opowiadane o nim historie wpadają w pewną konwencję czy manierę, a na ile dotykają sedna sprawy. Z tego powodu nie chcę wdawać się w zbytnią krytykę, tym bardziej, że pod kątem czysto filmowym nie mam do „Zostań ze mną” żadnych zastrzeżeń.

 

WITAJCIE W PINE HILL

Keith Miller, USA

Miejscowy diler próbuje wyrwać się z narkotykowego świata. Porzuca ulicę i znajduje pracę w firmie ubezpieczeniowej, a wieczorami dorabia jako ochroniarz miejscowego baru. Jedynym problemem Shannona nie jest jednak narkotykowa przeszłość, która wciąż puka do jego drzwi. Wizyta u lekarza ujawnia, że mężczyzna choruje na rzadką i złośliwą odmianę nowotworu. Bez ubezpieczenia oraz oszczędności Shannon jest właściwie skazany na śmierć.

Film Millera to wolna narracja, absolutne minimum dialogów oraz ujęcia, z których niemal nie znika główny bohater opowieści. Całość opowiedziana jest bardzo naturalistycznie, a sam reżyser przyznaje, że duża część scen została zaimprowizowana w trakcie kręcenia. Miller zaznacza, że historia Shannona jest wypadkową pomiędzy filmową fikcją, a zapisem doświadczeń samego autora (film poświęcony jest zmarłemu na nowotwór przyjacielowi). Prawdę opowieści zdecydowanie daję się odczuć.

„Witajcie w Pine Hill” jest pełne bólu i beznadziei, ale gdzieś pomiędzy jego szarymi kadrami przebija cień nadziei i triumfu człowieka nad ciężkim życiem i nieuleczalną chorobą. Klimat filmu przypomina nieco wyświetlane w polskich kinach „Burrowing”. W obu jednym z dominujących wątków jest chęć ucieczki od codzienności i próba pogodzenia się z życiem, ze samym sobą. „Witajcie w Pine Hill” nie rzuca na kolana, ale pozostaje w pamięci. Film godny uwagi. 

 

Jutro ostatnia część relacji i krótki komentarz do wyników festiwalowych konkursów!












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Sen o warszawie (szósta część relacji)

Następny tekst

Lepsze życie



Tagi:

OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE