Felietony

Zarwana nocka dla boksu i oskarów

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Kocham boks tak samo, jak kocham kino. To nie jest uczucie porównywalne do oglądania meczu czy śledzenia mistrzostw – na murawie jest bardziej sportowo, mniej kinowo, a tutaj uczestniczysz w zjawisku pełnym nadziei i niewiadomych. Oczywiście każdy zorganizowany sport opiera się na dychotomii „mój – ich”, ale w boksie sprawa jest według mnie zredukowana do potyczki dwóch gladiatorów, a więc wracasz do źródeł walki i opowieści o walkach. Jaskinia, krew i mięso, maleńka! Według mnie o wiele mniej tu niewiadomych, jasno i wyraźnie rozdane karty – dobro kontra zło, nasi kontra inni. Tak, boks zżarł mi umysł jak dobry trailer filmowy i sprawnie przeprowadzony viral.

Zaczęło się od tego, że oglądałem walki bokserskie z dziadkiem, który szczególną estymą darzył tę dyscyplinę. Potem zacząłem dorastać, w moich rodzinnych stronach można było albo znaleźć sobie jakąś dyscyplinę sportową, którą można było w snach koloryzować („będę wielki i najlepszy”), albo zachlać się pod płotem. Potem sam rozpocząłem co chwilę przerywane treningi. Większych sukcesów brak i mimo że byłem pewny, iż z bicia ludzi w przyszłości nie wyżyję, złapałem bakcyla na regularne śledzenie walk w mediach. Zresztą, relacje bokserskie traktowałem jak wyjście do kina, taki magiczny, podniecający wieczór, jakże epicka noc pełna krwi i heroizmu! Niestety, większość gal nadawana była z Las Vegas, więc na main eventy należało czekać do samego rana. Kupowaliśmy z bratem popcorn, smażyliśmy krwiste steki, popijając tę wieczerzę kilkoma red bullami. Analogia nasuwała mi się sama – zarwać noc potrafiłem tylko dla gali bokserskiej lub gali oskarowej. Kino oraz sport, może rejony nie tak odległe, jak się może wydawać?

Ale co w tym całym pięściarstwie filmowego, spytacie? Dwóch narwańców grzejących się po mordach? Porównanie dotyczy nie tego, jak sport rzutuje na kino, ale jak kino rzutuje na naszą percepcję w czasie śledzenia widowisk sportowych. Ostatnio z niecierpliwością wyczekiwałem pojedynku Floyda Mayweathera Juniora oraz Saula Alvareza. Dwóch fenomenalnych pięściarzy, dwie skrajnie różne osobowości, przynajmniej taki wizerunek serwowali nam telewizyjni spin doktorzy. Obgadywałem możliwe scenariusze tej potyczki z wieloma osobami, aż dziw bierze, że wykazywałem się takim brakiem profesjonalizmu, kibicowałem bowiem rudowłosemu Alvarezowi, miłemu chłopcu z sąsiedztwa, oddanemu sportowi, biorącemu udział w wielu akcjach charytatywnych. Charytatywnie udziela się również Mayweather, czarnoskóry bokser pochodzący wręcz z „ulic”, ale w tej narracji był on łotrem, stał po przeciwnej stronie dobra, był antytezą rycerza w lśniącej zbroi. Nie zaskarbił sobie mojego serca tym, że odsiedział jakiś czas w więzieniu za znęcanie się nad kobietą (wyznaję zasadę, uderzysz kobietę, jesteś pieprzoną ciotą), a pieniądze z wygranych walk przepuszczał ostentacyjnie w Las Vegas, instagramując namiętnie owe wieśniackie szastanie kasą. Idealny model na łotra tej opowieści, jeszcze bardziej kibicowałem więc sympatycznemu chłopaczkowi z sąsiedztwa. Niejednogłośnie, acz słusznie, okrzyknięto wspomnianą żonobijkę zwycięzcą tego starcia. Floyd „The Money” po prostu lepiej tłukł po ryju i nie ma co jojczyć, że było inaczej.

Bo życie to nie film. Życie to nie „Rocky VI”, w którym sflaczały fizycznie i psychicznie pięściarz, taki jak Andrzej Gołota, wychodzi na ring, naprawia swoją karierę, zaskarbia serce widowni oraz rodziny, aby na końcu wyjść z areny sportowej w glorii oraz chwale. Życie to nie film, w którym krótka, miesięczna mobilizacja treningowa sprawia, że znowu jesteś w najlepszej formie, a dobre serce na co dzień rzutuje na „performance” w czasie walki. W życiu nie wygrywają harcerzyki, dobrzy chłopcy, ale po prostu – fizycznie, genetycznie lepsi. Wiem, że serwuję tutaj masę truizmów, ale zastanówmy się nad tym filtrem, przez który przelewane jest nasze poznanie. Nawet jeśli nie interesujecie się pięściarstwem, zróbcie eksperyment – przyjrzyjcie się sylwetkom zawodników, poczekajcie do tej trzeciej w nocy i spróbujcie nie pomyśleć o sporcie jak o seansie filmu, którego niby znacie zakończenie. Gwarantuję Wam solidny prawy prosty w nos i natychmiastowe otrzeźwienie. Zaskakujących walk i zaskakujących filmów, moi drodzy!

Ostatnio dodane