Zarwana nocka dla boksu i oskarów | FILM.ORG.PL

Zarwana nocka dla boksu i oskarów








Jakub Koisz
25.09.2013


Kocham boks tak samo, jak kocham kino. To nie jest uczucie porównywalne do oglądania meczu czy śledzenia mistrzostw – na murawie jest bardziej sportowo, mniej kinowo, a tutaj uczestniczysz w zjawisku pełnym nadziei i niewiadomych. Oczywiście każdy zorganizowany sport opiera się na dychotomii „mój – ich”, ale w boksie sprawa jest według mnie zredukowana do potyczki dwóch gladiatorów, a więc wracasz do źródeł walki i opowieści o walkach. Jaskinia, krew i mięso, maleńka! Według mnie o wiele mniej tu niewiadomych, jasno i wyraźnie rozdane karty – dobro kontra zło, nasi kontra inni. Tak, boks zżarł mi umysł jak dobry trailer filmowy i sprawnie przeprowadzony viral.

Zaczęło się od tego, że oglądałem walki bokserskie z dziadkiem, który szczególną estymą darzył tę dyscyplinę. Potem zacząłem dorastać, w moich rodzinnych stronach można było albo znaleźć sobie jakąś dyscyplinę sportową, którą można było w snach koloryzować („będę wielki i najlepszy”), albo zachlać się pod płotem. Potem sam rozpocząłem co chwilę przerywane treningi. Większych sukcesów brak i mimo że byłem pewny, iż z bicia ludzi w przyszłości nie wyżyję, złapałem bakcyla na regularne śledzenie walk w mediach. Zresztą, relacje bokserskie traktowałem jak wyjście do kina, taki magiczny, podniecający wieczór, jakże epicka noc pełna krwi i heroizmu! Niestety, większość gal nadawana była z Las Vegas, więc na main eventy należało czekać do samego rana. Kupowaliśmy z bratem popcorn, smażyliśmy krwiste steki, popijając tę wieczerzę kilkoma red bullami. Analogia nasuwała mi się sama – zarwać noc potrafiłem tylko dla gali bokserskiej lub gali oskarowej. Kino oraz sport, może rejony nie tak odległe, jak się może wydawać?

Ale co w tym całym pięściarstwie filmowego, spytacie? Dwóch narwańców grzejących się po mordach? Porównanie dotyczy nie tego, jak sport rzutuje na kino, ale jak kino rzutuje na naszą percepcję w czasie śledzenia widowisk sportowych. Ostatnio z niecierpliwością wyczekiwałem pojedynku Floyda Mayweathera Juniora oraz Saula Alvareza. Dwóch fenomenalnych pięściarzy, dwie skrajnie różne osobowości, przynajmniej taki wizerunek serwowali nam telewizyjni spin doktorzy. Obgadywałem możliwe scenariusze tej potyczki z wieloma osobami, aż dziw bierze, że wykazywałem się takim brakiem profesjonalizmu, kibicowałem bowiem rudowłosemu Alvarezowi, miłemu chłopcu z sąsiedztwa, oddanemu sportowi, biorącemu udział w wielu akcjach charytatywnych. Charytatywnie udziela się również Mayweather, czarnoskóry bokser pochodzący wręcz z „ulic”, ale w tej narracji był on łotrem, stał po przeciwnej stronie dobra, był antytezą rycerza w lśniącej zbroi. Nie zaskarbił sobie mojego serca tym, że odsiedział jakiś czas w więzieniu za znęcanie się nad kobietą (wyznaję zasadę, uderzysz kobietę, jesteś pieprzoną ciotą), a pieniądze z wygranych walk przepuszczał ostentacyjnie w Las Vegas, instagramując namiętnie owe wieśniackie szastanie kasą. Idealny model na łotra tej opowieści, jeszcze bardziej kibicowałem więc sympatycznemu chłopaczkowi z sąsiedztwa. Niejednogłośnie, acz słusznie, okrzyknięto wspomnianą żonobijkę zwycięzcą tego starcia. Floyd „The Money” po prostu lepiej tłukł po ryju i nie ma co jojczyć, że było inaczej.

Bo życie to nie film. Życie to nie „Rocky VI”, w którym sflaczały fizycznie i psychicznie pięściarz, taki jak Andrzej Gołota, wychodzi na ring, naprawia swoją karierę, zaskarbia serce widowni oraz rodziny, aby na końcu wyjść z areny sportowej w glorii oraz chwale. Życie to nie film, w którym krótka, miesięczna mobilizacja treningowa sprawia, że znowu jesteś w najlepszej formie, a dobre serce na co dzień rzutuje na „performance” w czasie walki. W życiu nie wygrywają harcerzyki, dobrzy chłopcy, ale po prostu – fizycznie, genetycznie lepsi. Wiem, że serwuję tutaj masę truizmów, ale zastanówmy się nad tym filtrem, przez który przelewane jest nasze poznanie. Nawet jeśli nie interesujecie się pięściarstwem, zróbcie eksperyment – przyjrzyjcie się sylwetkom zawodników, poczekajcie do tej trzeciej w nocy i spróbujcie nie pomyśleć o sporcie jak o seansie filmu, którego niby znacie zakończenie. Gwarantuję Wam solidny prawy prosty w nos i natychmiastowe otrzeźwienie. Zaskakujących walk i zaskakujących filmów, moi drodzy!

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz






  • Mefisto

    Można się kłócić – weźmy pierwszy z brzegu przypadek Jamesa Braddocka, który potem przysłużył się kinu, a który zaprzecza powyższym tezom. Oczywiście to wyjątek od reguły, w dodatku z innych czasów, ale jednak… życiowy.

  • canismajoris

    Dobry tekst, ale bardziej pasowałby na prywatnym blogu pana Kuby niż na stronie o filmach. No i czemu urwaliście „Urwany film”?

    Dziwnie się porobiło na KMFie. Klub wyewoluował w jakiś dziwny portal w którym górują newsy, rankingi, blogi i „znalezione w sieci”, a wymarły wartościowe działy jak f/x, dir cut czy soundtracki. Mnóstwo ciekawych pozycji nie ma recenzji, a beznadziejne Transformers 3 zostało zrecenzowane chyba z 5 razy.
    Mam wrażenie, że więcej od prawdziwych miłośników filmów jest tu teraz pozerów wykorzystujących popularność KMF do wylansowania się.

    • koala

      a mi się wydaje odwrotnie, że jest więcej, ciekawiej, bardziej zróżnicowanie. Każda najwazniejsza premiera ma recenzje i dużo się starych rzeczy recenzuje.
      No i felietony Koisza są rewelacyjne, bo osobiste, na tym felieton polega.

      Szkoda fx czy wersji reżyserskich ale już wiele razy to tłumaczono: to wymaga ogromnej ilości czasu, a ci którzy pisali zajmują się innymi rzeczami w życiu, a nie spędzaniem tygodni na robieniu zrzutów ekranu.

      • Leszy

        A co można dziś ciekawego powiedzieć w temacie f/x? Ta sztuka przestała się rozwijać wraz z powstaniem CGI.

      • Rafał Donica

        Ej no, dział Dir Cut działa – kilka dni temu pojawiło się przecież opracowanie Wodnego świata ;)

        • kartofelek007

          Działać działa, ale jest tego stanowczo za mało. To były jedne z najciekawszych materiałów :}

          • Rafał Donica

            Uwierzcie wszyscy, że tu wsztystko rozbija sie nie o brak chęci lecz o brak czasu. Łatwiej nam w obecnym KMF, klubie złożonym z dorosłych, pracujących ludzi, znaleźć czas na napisanie recenzji / felietonu niż czas na zrobienie opracowania do Remake, F/X czy Dir Cut – te opracowania to niemal zawsze kilkanaście godzin spędzonych przed kompem, oglądanie filmu kilka razy, ślęczenie nad screenami itd. Wodny świat robiłem bite 2 tygodnie, każdy wieczór, każdy poranek, wolnymi chwilami. Opracowanie, któremu poświęciłem kilkanaście godzin zebrało 22 polubienia, gdy tymczasem wpis-żart o trailerze Robocopa, który napisałem na kolanie w pracy między wystawianiem faktury a wysyłaniem przelewu, zdobył ponad 50 polubień i znacznie więcej komentarzy – taki odzew czytelników także sprawia, że porzucamy dłuuugie i wymagające formy na rzecz krótszych, które wzbudzają znacznie większe zainteresowanie czytelników. Tak w ogóle to bardzo nie fair jest wpis kolegi Koala, który zdaje się nie widzieć całokształtu obecnej sytuacji KMF, jaką tłumaczyliśmy wielokrotnie. Dziwi jeszcze bardziej te dziewięć osób, które przyznały Koali rację. Moi drodzy, przecież oprócz rankingów (nota bene wymagających ogromnego nakładu pracy rozłożonej na całą redakcję), wciąż ukazują sie recenzje, analizy, felietony i krótsze formy blogowe – to są wciąż NASZE teksty, a że obok są Znalezione w sieci, trailer, plakat czy Fota dnia? I co z tego, służy to tylko uatrakcyjnieniu „oferty”. Soundtracki? Po co je dalej recenzować, skoro recenzje nie wywoływały ani dyskusji, ani nie dostawały żadnego polubienia na FB? Są to mierniki popularności danego działu i trzeba miec nie po kolei w głowie, żeby poświęcac wciąż czas na coś, co jest olewane przez czytelników. Co do Dir Cut czy F/X nie jest powiedziane, że nie powrócą. Pamiętajcie że jesteśmy w fazie transformacji, zmieniamy się powoli z klubu pasjonatów hobbystów w profesjonalną redakcję. Szukamy nowych sposobów na interesujące treści, na pewno zdarzą się rzeczy nudne czy niepotrzebne, chybione, ale kto nie szuka ten nie znajdzie, ten się nie myli kto nic nie robi. Niefajnie jest, że nagle pod felietonem Kuby pojawia się wpis w którym ktoś stwierdza, że się kończymy, choć przed i po felietonie Kuby na stronie pojawiło się i pojawia cała masa naszych autorskich dokonań. Kolejne dziewięć osób takiej nagonce przyklaskuje, zamiast rozejrzeć się po stronie, zerknąc w jej przeszłość, wieloletnie dokonania, NON-PROFITOWE przecież, których non-profitowość musiała się zakończyć. A komercjalizacja nie może się skupiać na rzeczach stricte hobbystycznych, bo rynek nas przeżuje i wypluje. Musimy znaleźć równowagę między treściami dla pasjonatów, a treściami dla mas, bo komercyjna strona nie utrzyma się z opracowań DIR CUT odwiedzonych przez garstkę pasjonatów, taką stronę utrzymają newsy o gołej dupie Cameron Diaz – taka jest okrutna rzeczywistość. Oczywiście nie będzie u nas ani gorących newsów, ani dupy Cameron Diaz, ale musimy szukać i nieco zagłębiać się w to, co poszukiwane, klikane, komentowane, coś, co generuje na stronie ruch, który zainteresuje reklamodawców. A jak nam się uda z powodzeniem wskoczyć w buty komercji, na pewno nie zabraknie też opracowań Dir Cut, F/X i innych, które przez lata budowały naszą markę. Tymczasem dajemy Wam całą masę świetnej publicystyki i plebiscytów, patrz choćby ukazująca się regularnie Szybka piątka. Nie piszcie że KMF leci na łeb na szyję, bo za moich rządów (czyli przez 13 lat) nigdy nie było tylu nowych tekstów dziennie. Wiem co mówię, bo za moich czasów aktualizowałem stronę 2-3 razy w tygodniu, teraz 2-3 nowe teksty pojawiają się W CIĄGU JEDNEGO DNIA.

          • kartofelek007

            Zdajemy sobie sprawę, że łatwiej jest napisać taki tekst jak
            powyższy, niż np bardzo skrupulatnie przeanalizować np Obcego. Nie
            atakujemy, piszemy tylko, że tamte teksty były po prostu arcy
            ciekawsze.

            W necie jest wiele Pudelków, informacyjnych portali w których teksty pisane są na „kolanie”. Każdy z nas się z tym spotkał. Takie portale mają spory odzew, ale też szybko kończą swój żywot.

            Takich artykułów jak te np traktujące o produkcji i efektach Predatora (z działu FX)
            można szukać ze świecą. U was są i to się bardzo ceni.

            Tak sobie teraz myślę. Każdy musi znaleźć swoje miejsce w nurcie netu. Gdy chcę czytać proste teksty i wrzuty na film w komentarzach, wchodzę na FilmWeb :}. Gdy chcę poczytać porządnie przygotowane teksty, wchodzę na waszą stronę.

            Ostatnio był tutaj np tekst o Hallowen. To było coś wyjątkowego. I właśnie takich tekstów my czytelnicy życzymy sobie jak najwięcej. A że będzie ich nieco mniej? To nic.

            PS. Czy lajki określają jakość danego tekstu i rzeczywiste zaciekawienie czytelników?

  • KetRaab

    Niestety zgadzam się z canismajoris. KMF leci na łeb, na szyję.

    • Rafał Donica

      KMF nie leci ani na łeb ani na szyję. Zapraszam do lektury mojego wpisu pod komentarzem Kartofelka ;)

  • Wolfik

    Jak zwykle dobrze i osobiście napisane, brak felietonowego generyzmu.

  • martin

    Floyd Mayweather Jr jest najlepszy i tyle. Mimo, ze poza ringiem trochę buracko się zachowuje to jest on jednym z pięściarzy wszech czasów. BTW, ostatnio widziałem dobry acz nieco zapomniany Koreański film o boksie, którego zabrakło mi w Waszym przeglądzie filmów bokserskich: „Champion” – http://www.filmweb.pl/film/Champion-2002-212906 Warto obejrzeć.

  • Michał Rubel

    Floyd to geniusz boksu. Specjalnie gra łotra by zarobić więcej pieniędzy, Jest bardzo inteligentny na ringu, ale także poza nim, dlatego zarabia mnóstwo pieniędzy. Nauczył się doskonale jak to działa i to wykorzystuję. Po wszystkich wypowiedziach i all access’ach im bliżej walki, tym bardziej byłem pewny jego bezdyskusyjnego zwycięstwa. Dla mnie wygrał wszystkie rundy, cynamonek może dwie urwał. Kiedyś aż tak bardzo go nie lubiłem, chciałem żeby ktoś go zatrzymał, żeby było ciekawie. Przestałem o tym marzyć 4 lata temu i doceniłem jego geniusz. Jest profesjonalistą pod każdym względem. Nauczył się doskonale jak się zarabia pieniądze na całej otoczce wokół boksu i swojej osoby.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Let him have it

Następny tekst

NAJLEPIEJ ZAPOWIADAJĄCY SIĘ REŻYSERZY, CZĘŚĆ 1



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE