Zamiast myśleć o Batmanie, sfilmuj swoje podwórko | FILM.ORG.PL

Zamiast myśleć o Batmanie, sfilmuj swoje podwórko








Grzegorz Fortuna
18.04.2014


Kilka dni temu Janek Steifer wrzucił na forum KMF link do wywiadu z Maciejem Ślesickim, reżyserem, scenarzystą, producentem i jednym ze współzałożycieli Warszawskiej Szkoły Filmowej. W odpowiedzi na pytanie o tematy i gatunki wybierane przez młodych scenarzystów, Ślesicki stwierdza: „Powstaje coraz mniej tekstów o superbohaterach, wiedźminach i innych bzdurach, a coraz więcej jest tych pisanych przez młodych ludzi o młodych ludziach i ich prawdziwym życiu. To coś, czego ja sam staram się uczyć w Szkole i co uważam za najważniejsze: aby rozejrzeć się wokół siebie i robić filmy o nas, nie próbując tworzyć kalek z amerykańskich produkcji”. Zamiast myśleć o Batmanie, sfilmuj swoje podwórko – mówi studentom reżyser, choć tego typu wytyczne są już dziś kompletnie bezsensowne.

198187.1

Ślesicki krytykuje co prawda jedynie kinową fantastykę, ale wydaje się, że jego wypowiedź odzwierciedla opinię, jaką znaczna część polskich twórców filmowych i wykładowców filmówek ma o szeroko rozumianym kinie gatunkowym. Filmy popularne ciągle traktowane są u nas jako coś gorszego, mniej istotnego, w pewnym sensie niegodnego artysty. Tymczasem dzisiaj, w 2014 roku – skoro od dawno wiadomo już, że podział na kulturę wysoką i niską, na kino artystyczne i gatunkowe nie ma żadnego sensu – takie podejście wydaje się co najmniej absurdalne.

Spójrzmy zresztą na wyniki frekwencji kinowej, publikowane na bieżąco przez portal PISF-u. Chwalone przez Ślesickiego filmy o „młodych ludziach”, „prawdziwym życiu” lub też „młodych ludziach i ich prawdziwym życiu” naraz mają tam wyjątkowo silną reprezentację, szkoda natomiast, że nie w czołówce zestawienia. „Sekret”, który niewątpliwie zalicza się do wymogów Ślesickiego, obejrzało aż 722 widzów, co oznacza, że więcej jest w Polsce osób, które urodziły się z nadprogramową liczbą palców, niż tych, którzy zdecydowali się przeznaczyć pieniądze na seans nowego filmu Przemysława Wojcieszka. Nieco lepszym wynikiem może się pochwalić Krzysztof Łukaszewicz ze swoim „Żywie Biełaruś!” – też o młodych, w dodatku żyjących w świecie reżimu Łukaszenki – który zebrał w kinach 5.574 widzów. W zestawieniu są także filmy o młodych ludziach, które młodzi ludzie rzeczywiście chcieli oglądać – „Bejbi Blues” (423.429) i „Mój biegun” (384.037) – ale to raczej efekt odpowiedniego tematu (film o nieletniej matce; film o Jaśku Meli) i marketingu („nowy film reżyserki Galerianek!”; TVN-owska kampania reklamowa), a nie kunsztu twórców lub nowatorstwa wymienionych tytułów.

No to teraz zerknijmy na pierwszą trójkę omawianego zestawienia – „Drogówka” (1.019.816), „Wałęsa” (963.341) i „Sęp” (603.988), a więc – rasowy thriller, dość klasyczny pod względem narracji film biograficzny i nieco mniej rasowy thriller. Jak by nie patrzeć, są to trzy filmy gatunkowe.

A wiecie, jaka produkcja prowadzi w tej chwili w zestawieniu 2014 roku? „Jack Strong”, czyli stuprocentowy thriller szpiegowski.

JACK STRONG

Dobra, dobra, przecież polscy widzowi chodzą nawet na „Ciacha” i „Weekendy”, więc te statystyki nic nie znaczą – mógłby teraz zaoponować uważny czytelnik i prawdopodobnie miałby rację. Problem w tym, że szeroko pojęte kino gatunkowe, filmy o superbohaterach, wiedźminach zjawach czy agentach specjalnych, są potrzebne każdej kinematografii do zdrowego funkcjonowania. Jeśli pójdziecie do dowolnej biblioteki, znajdziecie wiele książek o twórczości Antonioniego czy Viscontiego, w których opiewa się (nie bez przyczyny) artyzm wymienionych reżyserów, ale prawda jest taka, że na każdy film któregoś z nich przypadało w tym okresie we Włoszech kilkanaście spaghetti westernów, peplum (widowiska miecza i sandałów, wzbogacone zwykle o tematykę mitologiczną) czy horrorów lub thrillerów, które włoską kinematografię de facto utrzymywały. Podobnie bywało we Francji, Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii. O Stanach Zjednoczonych nawet nie wspominam.

Tymczasem Polska – mimo że pretendujemy do tego, by była uznawana za część Europy Zachodniej – jest chyba jedynym państwem tego rejonu, które właściwie nie posiada swojego kina gatunkowego, a przez to nie mamy niemal w ogóle filmów na eksport. Owszem, czasem trafi się taka „Ida” (która zebrała we Francji dwa razy więcej widzów niż w Polsce), ale to raczej wyjątek. Na ekranach naszych kin pojawiają się hiszpańskie i francuskie horrory, szwedzkie kryminały lub thrillery, brytyjskie komedie itd., ale my nie mamy już innym krajom za wiele do zaoferowania. Pewnie, zdarzy się raz na rok, że jakieś „W imię…” zdobędzie drugorzędną nagrodę w Berlinie, ale tak naprawdę niewiele to daje.

Być może ten brak zainteresowania kinem gatunkowym wynika z faktu, że około 80% polskich filmów nie podlega prawom rentowności. Jeżeli film otrzymuje od PISF-u tłuste dofinansowanie, a potem okazuje się klapą, to właściwie… nic się nie dzieje. Producentowi wystarczy, żeby dane dziełko zebrało kilka pozytywnych recenzji i otrzymało nagrodę publiczności na festiwalu w Wólce Wielkiej. Pieniędzy zwracać przecież nie musi.

PISF. Polski Instytut Sztuki Filmowej - Polskie premiery

Ślesicki wspomina w wywiadzie o tym, że polskie filmy gatunkowe to kalki produkcji amerykańskich. Rzeczywiście tak się czasami zdarza, ale powodem tego jest właśnie niechęć producentów i wykładowców ze szkół filmowych do kina gatunkowego. Pierwsze włoskie westerny czy horrory (będę się trzymał tego kraju, bo ich kinematografia jest mi najbliższa) też często kopiowały rozwiązania z filmów amerykańskich, a powód takiego stanu rzeczy był prosty – aby modyfikować daną konwencję i wprowadzać do niej nowe elementy, należy najpierw nauczyć się rzemiosła. Tymczasem w Polsce rzemiosło filmowe zawsze traktowane było jako coś drugorzędnego wobec artyzmu. I wydaje mi się, że to dlatego wiele polskich filmów wygląda, jakby ktoś kręcił je zza krzaka, i brzmi, jakby mikrofony przymocowano do przechodzącego obok planu psa. Im dłużej będziemy zniechęcać młodych filmowców do kina gatunkowego, tym dłużej takie kino będzie orbitowało gdzieś na marginesie naszej kultury.

Mam wrażenie, że wiele osób związanych z kinem w Polsce ciągle uważa, że film może być albo rozrywką, albo dziełem, komentującym różnego rodzaju Ważne Sprawy. Tego typu rozróżnienie jest koszmarnie anachroniczne i nijak nie przystaje do dzisiejszych realiów. Autorom tego typu stwierdzeń nie przychodzi najwidoczniej do głowy, że te dwie płaszczyzny można połączyć – robili to choćby Niemcy po pierwszej wojnie światowej czy Amerykanie po aferze Watergate i wojnie w Wietnamie – i opowiadać o ważnych problemach za pomocą konkretnej konwencji.

Jeśli polskie kino ma się zmienić, rozwinąć, osiągać sukcesy za granicą, musi otworzyć się na gatunek. Opowiadajmy o czarownicach, bohaterach i szpiegach. Ekranizujmy Sapkowskiego i Tyrmanda. Niech ktoś, do ciężkiej cholery, nakręci wreszcie film o Czarnej Wołdze albo weźmie do ręki klechdy spisane przez Leśmiana i zamieni jedną z nich w pełną grozy krótkometrażówkę. Nie bójcie się tego, bo nie ma powodów. A jeśli Ty, drogi czytelniku, planujesz studia scenopisarskie i napisałeś tekst o superbohaterze albo Wiedźminie, przyślij mi go na maila. Naprawdę chciałbym wreszcie taki polski scenariusz przeczytać.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Latest posts by Grzegorz Fortuna (see all)







  • Macc

    Dobry tekst. Tylko jedno małe ale. Skąd mamy wziąć reżyserów gatunkowych? Uczyć się od Vegi, czy może od Brodzkiego? Film gatunkowy to jedno, ale żeby dało się go oglądać to drugie.

    • Janek Steifer

      Polskie kino potrzebuje robionego na serio kina klasy B, takiego w stylu Rogera Cormana. Nie żartów w stylu Roberta Rodrigueza i exploitation, a takie filmy gatunkowe najczęściej u nas powstają, jezeli juz powstają. Na b-klasówkach Cormana wyszkoliło się wielu świetnych twórców gatunkowych (największy to chyba James Cameron). I tego Polsce trzeba – tanich filmów, które próbują kopiować popularne hity gatunkowe, a przy których twórcy uczą się jak takie filmy robić, by w końcu mogli stworzyć coś lepszego, własnego.

  • Robert

    Przez takich ludzi powstają takie pseudo filmy jak Bejbi Blues,Obietnica,Galerianki,a polskie fantasy, horror czy kino sensacyjne leży i kwiczy. Dziękujemy!

  • szczyglis

    Ślesicki gada jak potłuczony. Jeden jedyny film mu się udał – „Trzy minuty 21:37”, a reszta to hmm, a zgrywa jakiegoś wielkiego guru. Problem z kinem gatunkowym w Polsce nie leży w braku reżyserów, ale w producentach, bo budżet by się znalazł, zdolni młodzi też, tylko że ta kasa zostanie przepierdolona pod stołem i to jest problem. Tematów mamy multum, choćby wspomniany Sapkowski – jedna próba była i jak wyszło każdy wie. Tu się nie podchodzi poważnie do tematu, tu jest wciąż komuna.

  • steppenwolf1982

    zgadzam się z ogólną tezą artykułu. jednym z problemów naszej kinematografii jest podejście wykładowców w szkołach filmowych, ale też samych studentów, którym wstyd robić filmy „niepoważne”, które zresztą nie dadzą im wygranej na festiwalach. do niedawna, zwłaszcza od czasów „męskiej sprawy” fabickiego, w łódzkiej filmówce istniał trend na społeczno-psychologiczny realizm, choć powoli zaczyna się to chyba zmieniać. natomiast inną sprawą jest to, że póki co, nie ma kto u nas tego kina gatunkowego robić – bo, żeby powstał prawdziwie przerażający horror lub trzymający w napięciu film akcji, nie wystarczy dobre rzemiosło, ale również autentyczna fascynacja i wiara w dany gatunek – tymczasem polscy filmowcy chcą robić filmy „na temat”, ale brakuje im szczerej pasji do kina

  • michax

    Ciekawa sprawa że akurat z ust Ślesickiego takie słowa bo może nie kręcił takie filmy jak Pasikowski, czyli próba przeniesienia amerykańskich gatunków na nasze podwórko, ale jednak czysto rozrywkowe filmy jak „Sara”, „Tato”, „Show” czy serial „13 posterunek”, pierwszy polski sitcom. Dobre w filmy w większości więc nie jest też tak że tylko „Trzy minuty 21.37” mu się udały, w sumie chyba dość krytycznie wszyscy mówią o tym filmie.

  • Mefisto

    Nie ma co drzeć szat, o to, co gdzieś tam, kiedyś tam powiedział twórca takich hitów jak Sara i Show – zresztą przypuszczam, że tylko po to, by zareklamować własną szkołę. Jeszcze rok wcześniej Ślesicki publicznie bardzo ekscytował się pewnym projektem bynajmniej nie podwórkowym, a zahaczającym właśnie o fantastykę (słusznie zresztą, bo pomysł był dobry – oczywiście nie powstanie, bo i czemu miałby w tym kraju). Teraz powiedział co innego, za rok pewnie powie coś jeszcze. Takie gadanie zamiast robienia filmów. Szkoda czasu na jakąkolwiek polemikę. Polskie środowisko filmowe pełne jest zresztą znacznie większych hipokrytów.

  • KetRaab

    Pytanie tylko: po co robić coś, co z góry jest skazane na drugie miejsce? Nie wierzę, że w Polsce powstanie lepsze kino gatunkowe niż w Stanach. Poza tym u nas nie ma przemysłu filmowego, do gatunku potrzeba forsy i rozpędu czego u nas nie znajdziemy. Mieliśmy wspaniałą Polską Szkołę Filmową więc teoretycy obstawiają dosyć rozsądnie, że jeśli iść w jakimś kierunku to w jakiś hmmm… „artyzm”?

    • Janek Steifer

      Horror nie potrzebuje dużego budżetu. Ba, nawet przemyślane sci-fi i fantasy nie potrzebuje dużego budżetu. Wystarczy pisząc historie pamiętać, co się ma pod ręką do wykorzystania.

      • KetRaab

        Ja to doskonale rozumiem, tylko, że to się nie sprzedaje.
        Ludzie nie pójdą do kina na polskie SF za kilkadziesiąt tysięcy jeśli mają „sprawdzonego”, milionowego bloskbustera za tą samą cenę. Nie ma dla kogo robić tych filmów.

        • Janek Steifer

          „Drogówka” jakoś zarobiła. Nawet ten nieszczęsny „Sęp”. Nawet głupie komedie zarabiają. Mimo wszystko Polacy CHODZĄ na polskie filmy.

          Na horror czy przemyślane sci-fi czy fantasy nie potrzeba dużego budżetu i w Holiłud tez o tym wiedzą. Coraz więcej horrorów powstaje tam w przedziale budżetowym milion-5milionów (model Blumhouse) – miejsce, pomysl i dobra realizacja to jest to. Oczywiscie nawet milion dolarów to duzo, ale podejrzewam, że dałoby się to dopasować do polskich warunków. Serial „Black Mirror” też podejrzewam, że nie ma jakiegoś super-budżetu, a nawet jak ma to opowiada historie sci-fi, które da się opowiedzieć bez milionów w kieszeni.

          Jasne, jakbyśmy chcieli robić „Władce Pierścieni” no to oczywiscie, że nie ma na to kasy, ale wiele opowiastek ze świata Wiedźmina nie potrzebowałoby az takiego budżetu. Tak samo „Sęp” realizacyjnie nie wyglądał wcale tragicznie. Co kulalo w nim najbardziej? Scenariusz.

          Problem wlaśnie w tym, ze nikt nie uczy tych ludzi jak pisac gatunkowe scenariusze by były dobre i przemyślane. Co jest w ogole zabawne, bo Ślesicki chwali Breaking Bad, które jest mocno gatunkowe, i mowi, że ten serial dlatego dał rade się utrzymac, bo pisany był z myślą o budżecie, którzy mieli twórcy.

          Nie wiem, ja odnosze wrażenie, że polskie szkoły filmowe przede wszystkim zabijają pasje w domorosłych filmowcach. I jeżeli klepie im się takie rzeczy, jak te z wywiadu ze Ślesickim, to nic dziwnego, że potem nie mają parcia, żeby robić kozacki horror czy wymyślić ciekawe, proste sci-fi, tylko siedzą i dłubią jakieś pierdy o chlejacej młodzieży.

          • KetRaab

            Etiuda jednego ze studentów operatorki.
            Idę o zakład, że ludzi z takimi pomysłami jest więcej. Zastanawiam się tylko, co się z nimi później dzieje?

          • Janek Steifer

            Filmik nie w moim klimacie, bo za bardzo w strone kampu exploitation idzie, ale co się dzieje z takimi ludźmi? Myślę, ze to dośc proste: wyślą kilka razy tego typu filmy na konkursy czy festiwale i zobaczą potem, że wygrywa jakaś krótkometrażówka o smutnej rodzinie, molestowaniu, filozoficznych rozważaniach nad śmiercią czy innym gównie, i tracą zapał, wiec biora sie za robienie reklam, teledysków, czy czegoś co po prostu da im zarobić.

  • Mike

    Młodzi chcą oglądać porządnie zrobione filmy o sobie, czego przykładem jest „Sala samobójców”.

    • „O sobie”?! LOL

      Nie wiem o kim był ten film, ale na pewno nie o polskiej młodzieży.

  • rob

    ja tam bym nakręcił film w stylu starej godzili albo power rangers czy ultramana nakręciłbym bym dwa warianty i skosił mnóstwo kasy bo ludzie by walili drzwiami i oknami a czemu bo film miałby tytuł dla wschodniej i południowej polski peace riders vs tuskidorach ;-D a na zachodzie i pomorzu jako donald powers vs kaczodzilla ;-D gwarantowany sukces no i koszt nie za wielki bo trzeba tylko kostiumy i tekturowe budynki do rozdeptania i spalenia :D no dobra pożartowałem a bardziej serio dałbym wiele by zobaczyć jakiś polski serial SF mamy sporo książek i autorów military SF mamy alternatywne wersje histori mamy fantasy materiału by było na bollywódzką wręcz skale kręcenia filmów wiecie avengery są poza naszym zasięgiem ale takie np.halo4 czy dajmy na to internetowy mortal kombat to nie są już szczyty niedosiężne o asylum i filmach SYFY nie wspomnę

  • Pingback: Trashhh! - czyli polski musical o zakochanych śmietnikach | FILM.ORG.PL()






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Powrót do PRESSŁOŚCI #33 - Gdzie są chłopcy z tamtych lat?

Następny tekst

Urwany Film #50 - 3 filmy idealne na Wielkanoc



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE