Felietony

WYJDŹ ZA MNIE. Bez męża i telewizora życie nie ma sensu

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Wiosenna ramówka 2018 w telewizji obfituje w sporo nowości. O powodujących hejt Majdanach w TVN pisał już kolega redaktor Damian Halik. Hipnozę sam wziąłem na warsztat, próbując zrozumieć, gdzie znajduje się ta granica zabawy z człowiekiem, wyjście poza którą  przestanie śmieszyć widzów. Uważam, że jej nie ma, co najwyżej jest chwilowo ograniczona przez decydujący o epoce medialnej czas. Podobnie z rodzajem nagrody dla uczestników takich programów. Póki co w zdecydowanej większości przypadków są to albo pieniądze, albo wartościowe rzeczy. Najnowszy show, tym razem w Polsacie, pt. Wyjdź za mnie, doskonale pokazuje, że telewizja ma już wystarczającą siłę, żeby przesunąć społeczną percepcję wartościowania nagrody z pieniędzy na sławę bądź dosłownie na innego człowieka. Można go sobie w tydzień wygrać, razem z fajnym tyłkiem, uczuciami, fejmem, powierzchowną wiedzą na temat tego, kim jest, i nakręcić jeszcze przy tej okazji film w stylu mydlanej opery, praktycznie bez cięć, rozpisanych dialogów i dubli. Czy kinematografia obawia się takiej konkurencji?

Jestem po pierwszym odcinku programu i już teraz wiem, że obejrzę jeszcze przynajmniej kilka.

Na to pytanie odpowiem bliżej końca. Również ideologiczną przemowę zostawiłem sobie na podsumowanie. Póki co chcę spokojnie napisać coś konstruktywnego o samym programie Wyjdź za mnie. Program powstał jako odpowiedź na konkurencyjny show w TVN Ślub od pierwszego wejrzenia. Widać, że producenci inspirowali się mocno programem Big Brother, który zresztą wspominam z sentymentem, bo dokładnie śledziłem dwie pierwsze edycje. Jest więc specjalnie wynajęty luksusowy dom na wybrzeżu Costa del Sol w Hiszpanii, uczestnicy są izolowani od świata zewnętrznego – nie mogą opuszczać posiadłości, korzystać z telefonów i Internetu. W tzw. pierwszym rzucie do Domu Zaręczyn wprowadziło się dwanaście osób (po sześć z każdej płci). Podobno spełniają oni warunek bycia singlem i bardzo szybko chcą to zmienić. Według zasad programu mają na to zaledwie tydzień. Po upływie tego czasu mogą spróbować się komuś oświadczyć, zarówno mężczyźni kobietom, jak i kobiety mężczyznom. Innej konfiguracji chyba nie przewidziano, a szkoda. Byłoby mniej sztampowo.

Jak zapewnia Polsat, uczestnicy zostali profesjonalnie wybrani, cokolwiek to znaczy. Zadbali o to znani psychologowie, którzy pełnią równocześnie funkcję prowadzących show. Są to Maria Rotkiel i Tomasz Kozłowski. Marię Rotkiel pamiętam jeszcze z programów Ostatnia szansa w TV4 i Kamasutra w Polsat Play. Z tego drugiego nawet kilku rzeczy się dowiedziałem, a i same komentarze Marii Rotkiel były rzeczowe i sugerowały, że pani ekspert wypróbowała w praktyce seksualne techniki, o których z taką pasją opowiada, co tylko zwiększyło autentyzm jej wypowiedzi.

Nie wątpię, że obydwoje są świetnie kierunkowo wykształceni. Zajmują się nie tylko klasyczną psychologią, ale też mowami motywacyjnymi, terapią, coachingiem, pracą z ludźmi w sytuacjach granicznych itp. Co jednak robią w takim programie, skoro praktycznie ich nie widać? Za kulisami piszą naukowe prace, obserwując, jak desperacko samotni ludzie chcą zaistnieć przed kamerą i znaleźć „miłość”? Po Marii Rotkiel od kilku lat ewidentnie widzę, że ma coraz większe parcie na szkło. Wcale nie mam jej tego za złe, bo bardzo sobie cenię jej wiedzę i celne komentarze. W programie Wyjdź za mnie jednak nie widać tej przebogatej wiedzy. To nawet nie jest stanie z boku, tylko pozwalanie uczestnikom na psychologiczną wolną amerykankę, która w założeniu ma doprowadzić do odnalezienia tajemniczej recepty na miłość, a w praktyce wygląda jak szybkie randki z kilkoma pytaniami typu: Podobam ci się? Z iloma wcześniej spałaś/eś? Jakiej kobiety/mężczyzny szukasz? itd. Tak można co najwyżej znaleźć partnera do spotkania w trybie one night stand, ale miłość do zawarcia ślubu, i to kościelnego?

W programie Big Brother sugestywny głos Jarosława Ostaszkiewicza przynajmniej aktywnie sterował życiem mieszkańców. W przypadku najnowszego show Polsatu najwięcej zastrzeżeń można mieć do epizodycznej roli ekspertów oraz zbyt szybkiego montażu, który został wymuszony długością programu. Trzeba pokazać jak najwięcej, a emitowany jest tylko jeden odcinek na tydzień. Żeby w miarę sensownie zaprezentować życie 12 uczestników w jednym domu, potrzeba przynajmniej o jedną emisję tygodniowo więcej.

Jestem po pierwszym odcinku programu i już teraz wiem, że obejrzę jeszcze przynajmniej kilka. Ciekawi mnie po prostu, co się dalej stanie z uczestnikami? Czy założony cel twórców show zostanie zrealizowany. A co nim jest? Ślub. A raczej najpopularniejsza jego stereotypowa wizja, czyli biała sukienka, wesele, ołtarz, no i symbol czystości – welon – niezależnie od tego, ilu chłopów się już w łóżku zdarło. Szkoda, że w przypadku tej ceremonii wciąż czuć patriarchalne wpływy. W końcu mężczyźni też powinni być oznaczani jakimś symbolem nierozprawiczenia. Ogólnie z tym marzeniem niektórych uczestników programu o „pójściu do ołtarza” to też jest ciekawa sprawa na osobny tekst o socjologicznym i psychologicznym wpływie religii na nasze świeckie życie. Bo oczywiście ślub kościelny tak, zaliczyć trzeba dla babci, dziadka, sąsiada, żeby nie gadali, ale niedzielna msza już nie, bo kto sprawdzi. Obłuda jak okiem sięgnąć.

Np. jedna z uczestniczek programu, 30-letnia kosmetyczka Katarzyna, twierdzi, że ma tradycyjne, z klasą podejście do relacji damsko-męskich, a po kilku głębszych wychodzi z niej tylko rzucanie „kurwami”, prostacka gestykulacja i sposób myślenia pasujący raczej do blachary z Huty, że się tak moim krakowskim slangiem posłużę. Z kolei niejaka Aneta, stylistka, malarka i co ciekawe podobno coach na pytanie – Co tutaj robisz? odpowiada – Jestem. No i ma jeszcze pretensje, że zupełnie nie znający jej mężczyzna nie za bardzo wie, co ma na tak filozoficznie postawioną kwestię odrzec. Oj, przy takim abstrakcyjnym podejściu, kawałka konkretnego męskiego ciała nasza artystka, Aneta, pewnie nie znajdzie. Z dialogów specjalisty od KSW, Kamila, również można by ukręcić niezłe gagi. Mnie jednak zapadła w pamięci kwestia Anity z Krakowa – Bez męża życie nie ma sensu. Uwielbiam tę galerię osobliwości. Jest podobna do lustra, w którym można zrobić sobie prywatną superwizję.

Ostatnio dodane